Nie czas umierać, No Time to Die (2021), reż. Cary Joji Fukunaga,
Nie czas umierać, No Time to Die (2021), reż. Cary Joji Fukunaga,

Nie czas umierać. Recenzja filmu No Time to Die

Tam, tara ra tam, tara, tam, tara ra tam, tara, taaaa raaaam. Recenzja filmu Nie czas umierać.

O czym jest film Nie czas umierać

Emerytowany agent Jej Królewskiej Mości James Bond (Daniel Craig) spędza błogi czas na Jamajce, gdzie w łazience swojej rezydencji zamontował sobie wodospad. Wieczorami eksploruje rozrywki Jamajki, na której zamieszkał sam po tym, jak pięć lat wcześniej zawiodła go Madeleine Swann (Lea Seydoux). Nikt mu nie zawraca głowy i wygląda na to, że MI6 bez byłego już agenta 007 ma się dobrze. To jednak tylko pozory, gdyż na skutek zuchwałej kradzieży z tajnego laboratorium agencji znika zarówno groźny wirus, jak i podły wirusolog (David Dencik). Ich śladem wysłana zostaje agentka Nomi (Lashana Lynch), jednak znalezieniem wirusa i wirusologa zainteresowane jest też CIA. Agent CIA Felix Leiter (Jeffrey Wright) odwiedza starego kumpla Jamesa Bonda i proponuje współpracę. Wkrótce wszystkie drogi krzyżują się na Kubie, gdzie odbywać się będzie tajna impreza, na której pojawią się wszyscy członkowie organizacji SPECTRE.

Zwiastun filmu Nie czas umierać

Recenzja filmu Nie czas umierać

Czytając opinie na temat nowego filmu o Bondzie, często odnoszę wrażenie, że jest traktowany jako film, który został zrealizowany z pełną świadomością pandemii COVID-19, czyli jako taki, który powinien być tak bardzo efektowny, żeby z powrotem zagonić widzów do kin i sprawić, żeby w nich już zostali. No wiecie, na zasadzie: ludzie nie chodzą do kina, dajmy im prawdziwą petardę, żeby zaczęli! No i ludzie idą do tego kina, a potem marudzą. A przecież to film, podczas którego realizacji twórcy nie mieli świadomości, że za chwilę cały świat sparaliżuje pandemia. I miał wchodzić do kin w czasach, w których ludzie chętnie tam chodzą i zostawiają po miliardzie dolarów na tytuł. Miałby wtedy łatwiej, a i opinie o nim pewnie byłyby łaskawsze (choć i tak są dobre). Czasy się zmieniły, film ma trudniej, a ludzie zdają się zapominać, że to produkcja przedcovidowa. No ale może tylko mi się zdaje i nie ma w tej tezie większego sensu. Ja co do niej jestem w każdym razie przekonany. Dlatego warto iść na nowego Bonda jako na film sprzed pandemii i pamiętać, że nie jest to film mający za wszelką cenę dupęurwać, a tylko (aż – drugiej próby nie będzie) film, który ma zakończyć panowanie Craiga na 007-tronie.

Nie czas umierać z pewnością nie jest filmem dla widzów, którzy Bonda traktują jako sensacyjne widowisko z Timothym Daltonem i Pierce’m Brosnanem. Tak między nami mówiąc, nie widzę tam nawet tych wszystkich 200 milionów dolarów, które kosztował (czy coś koło tego). Oczywiście jest filmem widowiskowym i zrealizowanym na poziomie, ale żeby aż tak kosztownym? No nie wiem. Praktycznie wszystkie „grubsze” akcje pokazane zostały w zwiastunach i film nie prezentuje żadnej spektakularnej sceny akcji, której byśmy się nie spodziewali. Nie ma żadnego gonienia samolotu rzucając się w dół tamy czy innego wjechania koparką do pociągu.

Dzieje się tak pewnie dlatego, że scenarzyści Nie czas umierać (było ich co najmniej czworo) postawili na tzw. human-story. Opowieść o Bondzie jako o człowieku, który musi stawić czoła nie tyle wrogom ojczyzny, co po prostu rzucającemu mu pod nogi kłody życiu. Sam Bond na początku filmu nie liczy pewnie na nic więcej niż na kąpiel w wodospadzie. Nie spodziewa się, że może mu jeszcze na czymś w życiu zależeć. Szybko zostaje postawiony do pionu, ale za te nowe cele w życiu przyjdzie mu zapłacić. I nagle z bohatera kina akcji, Bond staje się bohaterem tragicznym. Gdzie się nie obróci, ponieść będzie musiał koszty. Tym dotkliwsze, im bardziej mu na czymś zależy. Był kiedyś Bond bliżej takiego zwykłego szarego ciebie bądź mnie? Nie przypominam sobie, choć jakimś specjalnym fanem serii nie jestem, a każdy jej film widziałem co najwyżej raz. No Licencję na zabijanie z dziesięć, ale to zupełnie inna historia.

Z Nie czas umierać zadowoleni będą więc chyba najbardziej ci, dla których liczy się solidna historia. Fabuła, w której ważni są ludzie, a najważniejszy on, Bond. Zanim odpocznie będzie musiał się trochę napocić, ale te fizyczne popisy to nic w porównaniu z tym, z czym przyjdzie mu się zmierzyć na płaszczyźnie prywatnej. Temu podporządkowana jest filmowa opowieść, a nie temu, żeby było widowiskowo i ojacięniepierdolę!

Jednocześnie, pomimo odpuszczenia sobie warstwy widowiskowości i faktu, że to najdłuższy Bond w historii, Nie czas umierać w ogóle mi się nie dłużył i zleciał szybciutko. A przecież to prawie trzygodzinna cegła z pół godziną gadania o uczuciach. W tej kwestii widzę, że zdania są podzielone, ale moje jest takie, że tego metrażu w ogóle tu nie czuć. Całość ogląda się sprawnie i bez znużenia.

Kluczem do udanego seansu wydaje się więc wciągnięcie w opowiadaną przez Nie czas umierać historię. Pozwoli to nie tylko na udane spędzenie trzech godzin w kinie, ale nawet i na wzruszenie, czego po filmie o Bondzie można by się spodziewać na końcu. Owe wciągnięcie pozwoli też nie zwracać uwagi na kilka słabszych elementów filmu Fukunagi, którego nawiasem mówiąc najwięcej jest chyba tylko w sekwencji początkowej (zamiast Bonda miał zdaje się kręcić To i czuć, że nastawiony był chłopina na horror, bo ta sekwencja to bardziej pasuje do slashera niż do filmu o Bondzie), bo potem to już reżyser podporządkowany jest Bondowi, a nie na odwrót.

Na pewno aktorsko Nie czas umierać nie powala. Do Bonda zastrzeżeń nie mam (lubię Craiga, niekoniecznie filmy z nim), choć momentami widać, że jest too old for this shit. Najbardziej do gustu przypadł mi Dencik, który jak dla mnie jest największym aktorskim zwycięzcą tego filmu. Ana de Armas jako Paloma też jest w porządku, choć to bardziej zasługa fajnie napisanej postaci niż jakiegoś ogromnego talentu aktorskiego dziewczyny, która jeszcze niedawno pukała (do) Keanu Reevesa. Niestety jej występ trwa max dziesięć minut, więc nie ma za dużo czasu, żeby się nią nacieszyć. Cała reszta to jedynie tło bądź drewniane tło. W tym miejscu czas zdissować Ramiego Maleka, który wiele wskazuje na to, że pozostanie aktorem jednej roli (no dwóch licząc robota). Jednak charakterystyczny wygląd to czasem bardziej przekleństwo niż atut. Poza tym nigdy nie rozumiałem tego hype’u na oscarowych aktorów. W styczniu nikt go nigdzie nie chce, w lutym dostaje Oscara i nagle jest najbardziej zdolnym aktorem pokolenia, który gra w każdym filmie. A potem bredzą o „klątwie Oscara”. Żadna klątwa, po prostu za mało rozsądku, za dużo marketingu. Tak jak u nas z Zawieruchą. W styczniu maluje celę w epizodzie Za marzenia, w lutym gra pięć minut u Tarantino – nagle największy polski aktor, który występuje w każdym polskim filmie.

No dobrze, ale ja tu o Zawierusze, a prawda taka, że to scenariusz nie pozwolił rozwinąć skrzydeł Malekowi, który dostał rolę słabego złoczyńcy za bardzo balansującego na granicy popadnięcia w śmieszność. Paradoksalnie, bo same popełnione przez niego czyny stawiają go wśród najciekawszych przeciwników, z jakimi mierzył się Bond.

Na koniec jeszcze szacunek dla pana Hansa Zimmera, który po raz nie zliczę już który wziął kasę za tę samą kompozycję, co w kilku swoich poprzednich filmach.

PS. Po przeczytaniu tej recenzji zmieniłem ocenę z Siódemki na Ósemkę. Dobra robota, Q 😉

(2497)

Tam, tara ra tam, tara, tam, tara ra tam, tara, taaaa raaaam. Recenzja filmu Nie czas umierać. O czym jest film Nie czas umierać Emerytowany agent Jej Królewskiej Mości James Bond (Daniel Craig) spędza błogi czas na Jamajce, gdzie w łazience swojej rezydencji zamontował sobie wodospad. Wieczorami eksploruje rozrywki Jamajki, na której zamieszkał sam po tym, jak pięć lat wcześniej zawiodła go Madeleine Swann (Lea Seydoux). Nikt mu nie zawraca głowy i wygląda na to, że MI6 bez byłego już agenta 007 ma się dobrze. To jednak tylko pozory, gdyż na skutek zuchwałej kradzieży z tajnego laboratorium agencji znika zarówno…

Czas na ocenę:

Ocena: 8

8

wg Q-skali

Podsumowanie: James Bond przerywa emeryturę, by pomóc CIA w sprawie kradzieży groźnego wirusa z laboratorium MI6. Porządne pożegnanie Daniela Craiga z rolą Jamesa Bonda, które kosztem widowiska stawia na opowieść o człowieku, który nagle ma po co żyć. Przy okazji pozostaje w ramach klasycznego filmu o Bondzie z wszystkimi jego atutami i manieryzmami.

16 odpowiedzi

  1. Lubię cykl z 007, którego fanem zostałem jak leciały wieki temu w TVP filmy z Seanem Connery, Georgem Lazenby, Rogerem Moorem i Timothy Daltonem. Byłem w kinie na każdym Bondzie od pierwszego z Pierce Brosnanem, czyli GoldenEye, więc nie mogłem przepuścić premiery 25 odcinka serialu

    A tak ogólnie o franczyzie to lubię każdego aktora w tej roli tak samo, nawet Lazenby’ego. Każdy z aktorów coś innego ciekawego wnosił do tej roli i każdy pasował idealnie do takiego Bonda, jakiego miał do zagrania i do czasów w których te filmy się pojawiały.

    Najlepsze dla mnie są Pozdrowienia z Rosji, W tajnej służbie JKM, Szpieg który mnie kochał, Tylko dla twoich oczu (film zaczyna sie żenująco od sceny z kominem i Blofeldem ,ale czym dalej to coraz lepiej, choć powinien mieć tytuł Bond kontra sporty zimowe, bo chyba każdy zimowy sport mamy w tym filmie, plus wspinaczka za pomocą… sznurówki), Zabójczy widok (Moore był za stary, ale uwielbiam muzykę, piosenkę, Walkena, sceny akcji i pomocnika Bonda), W obliczu śmierci i Licencja na zabijanie.

    Filmy ze świetnym Daltonem są zapowiedzą tego co zrobiono w filmach z Cragiem, czyli poważniejsze podejście do franczyzy, ale przez to jak mieszany odbiór filmy miały, zwłaszcza drugi, to przerwa była długa. Ciekawe jakby wyglądały te filmy z Brosnanem, który w nich nie zagrał, bo nie pozwolili mu twórcy serialu Remington Steele (dobrze sie stało, bo za młody wtedy był). Jak już jestem przy Brosnanie to świetny jest Jutro nie umiera nigdy, znakomity Świat to za mało (cenię za wątek z Sophie Marceau i rozwinięcie relacji z M).

    Dobre są Goldfinger, Goldeneye, a porządne Operacja Piorun, Ośmiorniczka i Moonraker. Co do ostatniego co wymieniłem, to film, który został zrobiony tylko dlatego, bo w kinach pojawiły się Star Wars, więc wysłano Bonda w kosmos, ale kupuję tą pełną absurdów przygodę 007 w kosmosie, nawet jak na lata ery Moore’a, w której rządził kicz, camp i autoparodia.

    Średniaki to Dr No, Żyje się tylko dwa razy, Spectre, a najsłabsze są Brylanty są wieczne, Nigdy nie mów nigdy więcej (nieoficjalne), Żyj i pozwól umrzeć, Człowiek ze złotym pistoletem, Quantum of Solace.

    Problem mam z ostatnim Bondem z Brosnanem, który za premiery w kinie podobał mi się, ale do połowy, za np. pomysł torturowanego agenta i podejrzewanego o zdradę, za Halle Berry, ale w drugiej połowie rządzą słabe efekty CGI i przegięte pomysły, które nawet za Moore’a byłyby uznane za przeskoczenie rekina, a po latach już tak dobrze tego filmu nie oceniam, który jest przesadzony, przegadżetowany.

    Ale to w sumie jedyny słabszy film z Brosnanem. Więc każdy z aktorów ma słabego i średniego Bonda na koncie, a nie same dobre, z tych aktorów, którzy zagrali więcej razy jak Lazenby i Dalton, którzy mają same dobre filmy, bo zagrali odpowiednio raz i dwa razy.

  2. Ale przecież takie podejście do franczyzy jak w Bondach z Craigiem to było wcześniej już, w Bondach z Daltonem i w filmie z Lazenby.

    Wiele osób uważa że Bond Craiga to ten najlepszy, bo realistyczny, a ja powiem tak, że jak lubię komediowego, pastiszowego Bonda, ale też realistycznego, poważnego, to nie zgadzam się z tym, że wcześniej nie było prób wyjścia poza schemat franczyzy. W tym cyklu tak już jest, że raz dostajemy poważniejszego Bonda, a potem komediowego, campowego, kiczowatego, więc pewnie teraz po poważnym podejściu wrócą do Bonda w stylu Moore’a czy Brosnana. Choć co do Bondów z Brosnanem to nie każdy jest tak przegadżetowany i przesadzony jak jego ostatni film.

    Miał też poważniejszą stronę Bond w wykonaniu Pierce Brosnana, np w Świat to za mało, ale nie pamięta się przez słaby ostatni jego film. Co do uczłowieczania Bonda i pokazywania innej strony 007 to takie próby były już w filmach z Timothy Daltonem. Dwa filmy z tym aktorem to tak naprawdę zapowiedź ery z Craigiem, podobnie jak W tajnej służbie JKM z George Lazenby, z którego najnowszy film sporo zapożycza.

    Podobnie jak w Tajnej służbie Jej Królewskiej Mości w No time to die mamy mocno rozwinięty wątek romantyczny i pojawia się piosenka Loisa Armstronga, która była w tamtym filmie. No i zakończenie jest bardzo podobne co zakończenie filmu z Lazenby, tak bez spoilerów.

    Filmy z Brosnanem też próbowały coś takiego robić, tak jak filmy z George Lazenby, Timothy Daltonem i Danielem Craigiem, czyli pokazać inną stronę agenta, bardziej realistyczną. Przecież w Świat to za mało dostaliśmy wątek nietypowy i zaskakujący jak na ten cykl, z doskonałą Sophie Marceau, coś czego wcześniej nie zrobiono. A jak film wchodził do kin to nie zdradzano kogo gra Sophie Marceau.

    W wątku z francuską pięknością ciekawie rozwinięto postać Bonda i też w tym filmie rozwinięto mocno relacje 007 z M, co powtórzono później w „Skyfall” z Craigiem. W trzecim Bondzie z Danielem był też pomysł na pojedynek dwóch 00, który dostaliśmy też w pierwszym filmie z Brosnanem, gdzie walczył z byłym brytyjskim agentem granym przez Seana Beana.

    Też pamiętam scenę z Jutro nie umiera nigdy, gdy 007 w wersji Brosnana załatwia speca od tortur. Dosłownie wykonuje egzekucje z zimną krwią, strzela w głowę. No i ta scena pokazuje, że 007 to jest tak naprawdę morderca pracujący na zlecenie rządu Anglii. Bond Brosnana to była taka mieszanka cech filmów z Connery, Moorem, ale też poważniejszego podejścia jak z filmów Daltonem, plus dodawał sporo od siebie aktor.

    Chcę powiedzieć, że uczłowieczanie Bonda w filmach z Craigach to przetwarzanie starych motywów z tej franczyzy. Podobnie jest z dziewczynami Bonda, które były wcześniej równoprawnymi partnerkami w scenach akcji, jak np. Michelle Yeoh w drugim filmie z Brosnanem, czy dziewczyna z Licencji na zabijanie, potrafiły kopać, strzelać, prać po pyskach, a nie tylko zakochiwać się w agencie, więc to co dostajemy w filmach Craiga też nie jest wcale nic nowego, a jakoś widzowie o tym nie pamiętają, że wcześniej były te same motywy.

    Wydaje mi się że powtarzanie od lat 90 tych samych motywów ma to związek z tym, że głównymi scenarzystami franczyzy są od lat 90 Neal Purvis i Robert Wade, którzy przerabiają swoje lub innych wcześniejszych scenarzystów pomysły, więc wydają się być czymś świeżym i nowym w cyklu, ale są powrotem do tego co wcześniej już próbowano i też z dobrym skutkiem (nawet jak finansowo się nie opłacało i rezygnowano na dłużej z takich zmian w cyklu).

    No i podobnie jest z najnowszym filmem gdzie ci sami scenarzyści, z pomocą reżysera filmu Cary Joji Fukunagi (najlepiej znanego z reżyserii 1 serii serialu True Detective) i Phoebe Waller Bridge, wzięli pomysły z filmów z Connerym, Lazenby’ego, Moore’a, Daltona, Brosnana i dostosowali do współczesnych czasów, co wyszło im o wiele lepiej jak w przypadku poprzedniego filmu.

  3. Chciałbym spinoffa z agentką graną przez cudowną Aną de Armas. Nie zgadzam się że dziewczyna nie ma talentu, widziałem ją w Na noże i Kamienne pięści i była dobra. W ogóle oglądając ten fragment filmu pomyślałem, że dziwne, że przez tyle lat, nie zrobiła rodzina Brocollich filmów z bohaterami z drugiego planu, tylko ciągną z jednym bohaterem. Może czas pomyśleć o spinoffach. A takie są teraz przerwy między filmami, że mogą takie poboczne filmy o innych agentach i agentkach robić.

  4. Podobał mi się Craig w Nie czas umierać, widać jak się stara w swoim ostatnim filmie. Choć pewnie wielu się dziwi, że jednak wrócił, przez te ostre słowa, jakie powiedział po premierze Spectre, że prędzej żyły sobie podetnie, jak wróci do tej roli.

    Ale ja wierzyłem Craigowi, bo aktorom nie wierzy się w to co mówią. Barbara Broccoli jest najważniejszą osobą w tym cyklu, a nie mówiła nic o jego odejściu, jak wygłaszał takie teksty. Gdyby ona potwierdziła jego słowa to bym uwierzył. Dla mnie to było raczej takie gadanie na zasadzie, że aktor był zmęczony produkcją ostatniego filmu. A niedawno obejrzałem na HBO GO dokument „Być Bondem”, w którym o każdym filmie z Danielem opowiada Craig, Broccoli i Wilson. Wspominają też o hejcie jaki aktora spotkał i też tej jego wypowiedzi. Potwierdzili to co ja myślałem, czyli facet był tak zmęczony po „Spectre”, że to tak jakby sportowca zapytać zaraz po wyczerpującym meczu/pojedynku/konkurencji i też by tak by odpowiedział.

    A przy okazji się dowiedziałem, dlaczego taki zmęczony był w „Spectre”. Jeśli było o tym mowa w czasie premiery to zapomniałem, ale Craig cały film grał ze złamaną nogą, miał bioniczną nogę, co go rozpraszało.

    Pewnie podobnie gadali tak jak Craig po nakręceniu trzeciego, czwartego, czy któregoś tam Bonda Connery, Moore czy Brosnan, że więcej nie zagrają że więcej nie wrócą a jakoś wracali. Chyba Żyje się tylko dwa razy miał być ostatnim Bondem z Seanem Connery, a wrócił w Diamenty są wieczne, a potem nieoficjalnie w Nigdy nie mów nigdy więcej (i w Twierdzy Baya, jako agent brytyjski na emeryturze;-)

    Z Moorem ostatni miał być chyba Tylko dla twoich oczu albo Moonraker, a zagrał jeszcze w Ośmiorniczce i (znakomitym) Zabójczym widoku, choć już był za stary w tym ostatnim. Więc nie wierzyłem w odejście Craiga, bo ważne jest to co mówi Broccoli i tylko ona, jeśli chodzi o tą franczyzę.

    A nawet jeśli naprawdę mu się nie chciało grać wićcej razy to nie mógł pewnie odejść przez kontrakt. Co do tej franczyzy to wierzę, tylko rodzinie Broccoli, co oni mówią o przyszłości serii.

    I dlatego nigdy nie wierzyłem w plotki, że Bond będzie kobietą, zwłaszcza od momentu, gdy Barbara Broccoli, czyli kobieta która rządzi tym serialem potwierdziła kilka razy w ostatnich m-cach, że Bond jest facetem i tak zostanie. Dopóki ona rządzi franczyzą nic takiego nie nastąpi. Liczą się tylko jej słowa i jej decyzje.

  5. 25 Bond to połączenie pomysłów z Connery’ego, Brosnana, Moore’a (Malik to jak zły z Bondów z lat 60-80, ale też najsłabszy element filmu), Daltona i z Lazenby’ego, bo podobnie jak w tym ostatnim bardzo rozbudowali wątek dramatyczny, który jest za bardzo melodramatyczny.

    Aktorzy się starają, tzn Craig i Seydoux, ale nie ma między nimi chemii. A nawet jest piosenka Armstronga znana z filmu W tajnej służbie z Lazenbym, gdyby ktoś nie załapał z czego czerpią.

    Jest trochę humoru, niektóre fajne dialogi i bawienie się schematami z bondów, ale to taka delikatna zabawna, np. wydaje sie że laska leci na Bonda bo go rozbiera, a rozbiera go bo tylko chce by założył garnitur, i nic więcej. Domyślam się że to Phoebe Bridge odpowiada za ten humor.

    Choć i tak o wiele lepiej wyszło połączenie poważniejszego bonda z pomysłami z filmów lat 60-80, jak w Spectre. Reżyser 1 serii Detektywa porządną robotę odwalił, ale też nic specjalnego, typowa robota jak w większości Bondów, czyli jak w serialach, przyszedł i zrobił swoje, ale jakbym nie wiedział kto zrobił film to bym nie poznał, że to Fukunaga. A przez muzykę Zimmera, która brzmi jak z filmów Nolana, zwłaszcza Batmanów to właśnie bardziej bym obstawiał,czy to przypadkiem nie był film Nolana.

    Nie czas na śmierć to gorszy film od Skyfall i CR, ale lepszy od średniego Spectre i nudnego Quantum of solace, ale za długi. No i nie wiem czy dobrym pomysłem była serializacja, czyli to jest finał pięciu filmów, więc jak się nie pamięta co było np. w Spectre to się można pogubić. Lepiej jednak w Bondach jak się nie łączą ze sobą fabularnie, tylko każdy jest osobną całością, bo to trochę się robi jak w filmach MCU, czyli lepiej nie oglądać jak się wcześniejszych nie widziało.

    Najgorszy jest ostatni akt,tzn finalowa strzelalina, o wiele lepsze są wprowadzenie, akty pierwszy i drugi. A własnie początek, przed czołówka też jest trochę inny, trochę sie droczą z fanami, bo jest scena akcji, ale dużo też jest po prostu obyczajówki w tej scenie, więc chyba z 30 minut trwa ten początek, choć dobry. Tak długiego wprowadzenia chyba żaden film nie miał.

  6. Mogłeś zostawić 7, byłaby taka sama ocena jaką ja dałem 😉 Ogólnie bardzo dobre zakończenie runu Craiga jako Bond. A teraz rób ten wpis o 10 seansach Licencji na zabijanie, bo rozpaliłeś moją ciekawość.

  7. SPOILERY! Dla mnie 6,5/10 i tyle, zakończenie tez słabe, wolał do piachu niż być wstanie bronić własnego dziecka przed zagrożeniami świata tym bardziej, że będąc z takiej rodzinki to jakiś dawny wróg mógłby chcieć obie je pif paf, bardziej dramatycznie byłoby gdyby tylko mogli porozmawiać na odległość :) a tak zrobili oklepany z filmów motyw styranego życiem „superbohatera” który odchodzi na swoich zasadach, a przy okazji odcinamy się grubą kreską od Craiga i starego typu Bonda, teraz nowy rozdział z Bondem naszych czasów…

  8. Quentin

    @michax
    „Żyj i daj umrzeć” to mój ulubiony :). Nie twierdzę, że Ana de Armas nie ma talentu, ale poczekajmy może z ostateczną opinią do tego jak zagra Marilyn Monroe.

    @Cucu
    Dałeś Siedem, bo nie przeczytałeś mojej recki :).

    @rekrut
    Spokojnie, zaopiekuje się nimi MI6 (tak jak wirusem :) ).

  9. Skoro są spoilery co do zakończenia w komentarzu to nie będę pytał, czy mogę bardziej szczegółowo napisać o zakończeniu, a bez spoilerów się nie da.

    @rekrut86, ale przecież nie przeżyje po zarażeniu, więc jak miałby żyć z rodziną?

    @quentin

    przyznam, że były emocje w tej scenie, która mnie zaskoczyła. Coć od pewnego momentu, można było się spodziewać takiego rozwiązania.

    Ale mnie bardziej interesuje co innego, bo jeśli zostanie stara obsada, czyli Ralph Fiennes (M), Ben Whishaw (Q), Naomie Harris (Moneypenny), to jak wytłumaczą pojawienie się nowego Bonda? Mogą to zrobić, że 007 to tylko numer, który dostaje kolejny nowy agent, tak jak w tym filmie.

    Więc pewnie tak zrobią, jeśli obsadę zostawią (a przecież też M grana przez Judi Dench była w filmach z Pierce Brosnanem, czyli przed restartem jaki nastąpił w filmach z Craigiem), ale też ja bym zrobił tak, że jak nowy agent dostanie numer 007, to też dostaje nowe imię i nazwisko, np. jakiś tam Anglik będzie się posługiwał w akcji nowym nazwiskiem, tak jak pod przykrywką się pracuje, czyli James Bond, jako taki hołd od MI6 dla pierwszego Bonda, craigowskiego. Wiem, że to bez sensu, ale innego wyjaśnienia nie znajduję, bo co mogą innego zrobić, jak uśmiercili? Nie będą wspominać o nim, a jego rodzina się nie pojawi?

    I też w czasie śmierci Bonda pomyślałem, czy od teraz każdy aktor w swoim ostatnim Bondzie też będzie umierał? Bo jeśli tak to po pewnym czasie zamieni się to w kliszę i za każdym razem jak będą ogłaszać to ostatni film z tym aktorem, to wszyscy będą się zastanawiać jak zginie.

    Zabicie Jamesa to też zakończenie przypominające zabicie żony w filmie z Lazenby, czyli rozwiązanie, którego się nikt nie spodziewa i kolejne nawiązanie do tego klasyka w 25 Bondzie.

  10. Film spoko ale faktycznie problemem jest aktorstwo. Lea, Remi czy nawet Ralph sa strasznie niewyrazisci (tesknie za Judi Dench), Ana jest super ale jak pisales za krotko, ale najgorsza zdecydowanie jest Nomi… a Ty o niej ani slowa. jesli liczyli ze pociagna dalej serie z nia to sie natna mocno, jest bez charyzmy i nie wzbudz sympatii. Nie mam nic przeciwko czarnoskorej kobiecie jak 007 ale kurcze nie tej… to juz MoneyPenny bylaby lepsza.

  11. A jeszcze jedno, jest retrospekcja w której jest Malik, a potem akcja skacze do przodu o 25-30 lat i Malik cały czas tak wygląda jak na początku filmu, jakby był w wieku Lea Seydoux. Zakonserwował się na 30 lat?:)

  12. Quentin

    Spoilerów ciąg dalszy.

    @rekrut
    Przepraszam Cię, rekrut, ale bez słowa komentarz Ci zedytowałem o słowo „SPOILERY!”. W sumie nawet nie zauważyłem, że tam są :).

    @michax
    Na razie chyba stara obsada nie ma kontraktów na ciąg dalszy. A przynejmniej Q, który miał kontrakt na trzy filmy i w trzech filmach zagrał.

    Nie wiem czy widzowie kupią Jamesa Bonda, który nie jest Jamesem Bondem. James Bond to James Bond i już mi żona płacze, że ona nie chce innego i nie jest zadowolona z takiego obrotu sprawy. Na razie uspokoiłem ją słowami: „Spoko maroko, okaże się, że to nie był Bond tylko jego hologram”.

    Nie no, chyba aż tak daleko akcja nie przeskoczyła. Na początku Madeleine miała z dziesięć lat, a potem… Hmm, no ze dwadzieścia lat minęło, faktycznie. Ale wiesz, może taka poparzona skóra się nie zmienia aż tak widocznie :).

    @Loki
    Po co o tym pisać? To niedobra jest! :) Nie kumam tej popularności Lashany, która całkiem z dupy się wzięła w „Kapitan Marvel” chyba i nagle wielka nadzieja czarnych. Chyba tylko #BLM można to tłumaczyć, bo jak piszesz, aktorsko się nie broni. Zresztą podobny kejs co Jodie Turner-Smith.

  13. następnym Bondem będzie pewnie kobieta… poprawność…

    a Nie czas umierać mnie się trochę dłużył… za zakończenie jednak +…

    a najlepszy film z Bondem to Skyfall i Casino Royal.

  14. Solidna produkcja, tyle że z fatalnym scenariuszem. Fantastyczne zdjęcia i pomysły na „akcję”, ale sporo scen dodanych do filmu tylko dla efektu. „Uczłowieczanie” Bonda i jego kobiet/dziewczyn – akurat tutaj pretensjonalne i nieprzekonujące. Dodanie (też chyba cokolwiek na siłę) dziecka – i uwikłanie go w orgię pościgów, wybuchów i masowego zabijania – mocno kontrowersyjne i chyba jednak niedopuszczalne (gdzie tu jest ta „progresywna” wrażliwość?) Lubiłem Craiga w roli Bonda ale co za dużo to nie zdrowo – nic dziwnego, że chce teraz zagrać Makbeta. W sumie: mieszane uczucia po obejrzeniu (NO) TIME TO DIE:

    https://wizjalokalna.wordpress.com/2021/10/15/nie-czas-umierac-recenzja-filmu/

  15. @mocny przecież Barbara R. Broccoli mówiła niedawno, że Bond to facet i tak zawsze będzie, a przynajmniej dopóki ona rządzi tą franczyzą. Ta pani jest najważniejsze w tej franczyzie i ma ostatnie zdanie co do wyboru aktora, co do tego w jaką stronę ta seria ma pójść. Ta pani decyduje o wszystkim w tej serii, wiec dziwię się, że są jeszcze osoby, które biorą ciągle ten pomysł na poważnie, skoro szefowa cyklu potwierdziła, że tak nie będzie. Ja wierzę tylko jej co mówi o tej serii i nikomu więcej. dlatego nie wierzyłem w odejście Craiga po poprzednich filmach, mimo jego słów, bo ona nic nie potwierdzała.

  16. i oby tak zostało, że Bond to facet…

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.