Ted Lasso, sezon 2. Tak jakby recenzja serialu platformy Apple TV+.
Ted Lasso, sezon 2. Tak jakby recenzja serialu platformy Apple TV+.

Pięć rzeczy, których nie powiedzą Ci o drugim sezonie Teda Lasso

Ted Lasso, komediowa produkcja platformy streamingowej Apple TV+, zbyt dobrym jest serialem, by nie poświęcić jej choć jednego, osobnego wpisu. I w tym momencie coś mnie tknęło, sprawdziłem archiwum Q-Bloga, i zobaczyłem, że Ted Lasso doczekał się już osobnego wpisu. Myślałem, że co najwyżej załapał się do któregoś odcinka Serialowa. No i cały przemyślany wstęp w pizdu. No ale przynajmniej, w ten niespodziewany sposób, udowodniłem swoją tezę z początku tego wstępu. Zatem do rzeczy.

Na początku chciałem Was przeprosić, bo tytuł tego wpisu to typowy clickbait nijak nie mający się do treści wpisu. No dobrze, mający się trochę. Bo tych rzeczy, których nikt Ci nie powie o drugim sezonie Teda Lasso nie będzie pięć. Będzie tylko jedna. Brzmieć będzie następująco:

Drugi sezon Teda Lasso jest gorszy od sezonu pierwszego

Wystarczy poklikać po Internetach, żeby szybko zorientować się, że wszyscy Teda Lasso chwalą i rozpływają się nad nim w zachwytach. Rozpływałem się i ja w recenzji pierwszego sezonu (tak sądzę, w końcu nie pamiętałem nawet, że ją napisałem), zatem pochwały te są słuszne. Serial dociągnął właśnie dziesiątego odcinka drugiego sezonu, a pierwsze zgrzyty pod jego adresem zaczęły pojawiać się odcinek wcześniej. Poświęcony w całości trenerowi Beardowi, lynchowski odcinek spowodował drapanie się po głowie wielu, ale szybko machnęli ręką i uznali, że takiemu serialowi jak Ted Lasso wybaczyć należy wiele. I słusznie, szczególnie że przecież ten beardowocentryczny odcinek nie był zły. Sam po tym dziewiątym odcinku nadal uważałem Teda Lasso za świetną rzecz, która trzyma poziom, więc wszelkie narzekanie byłoby zwyczajnym snobowaniem z gatunku: jestem lepszy od Was, nie łykam wszystkiego jak pelikan.

Tymczasem dopiero odcinek numer dziesięć otworzył mi oczy na to, czego wcześniej nie dostrzegałem. Drugi sezon Teda Lasso wjechał mi jak w masło bezpośrednio po rewatchu pierwszego sezonu, a że uzbierało się już kilka odcinków sezonu (w sumie to wszystkie do dziewiątego), to wjechał na luzaku, prawie z takim samym impetem jak jedynka. Być może też dlatego, że inaczej ogląda się seriale ciurkiem niż w częstotliwości odcinka na tydzień. Bo nawet jeśli trafi się coś słabszego, nie trzeba czekać tygodnia na coś lepszego. Na odcinek s02e10 musiałem więc poczekać ten tydzień i co? I, kurde, tego czegoś lepszego nie dostałem. Zacząłem się więc zastanawiać nad tym,

dlaczego drugi sezon Teda Lasso jest gorszy od sezonu pierwszego?

Wygląda na to, że twórcy serialu stali się ofiarą własnego sukcesu i nie mają pomysłu na drugi sezon. Sprawność w pisaniu scenariuszy pozwala im utrzymać poziom, a o serialu nie sposób mówić, że jest zły, przeciętny, czy taki sobie, ale zdecydowanie w drugim sezonie brakuje tego niezbędnego haczyka, który stanowił o popularności pierwszego sezonu. Mamy tam bowiem trenera futbolu amerykańskiego, który jedzie na ścięcie, by w Anglii trenować drużynę soccera z Premiership, a jego szefowa zatrudniła go po to, żeby spektakularnie wtopił. Ale szefowa nie bierze pod uwagę jednego. Ted Lasso jest znakomitym psychologiem. Bo nie trenerem – od trenowania i znania się na piłce nożnej ma innych – on odpowiedzialny jest za mental drużyny. Z optymizmem rozmiaru Wielkiego Kanonu i hasłem „Uwierz” wbija do szatni drużyny AFC Richmond i dzieją się cuda. Pomimo tego, że szefowa wykorzysta każdą okazję do popsucia tego, co da się popsuć. Sprawa jest więc jasna. Najsympatyczniejsza postać w historii telewizji, Ted Lasso, kontra wredna, ale zjawiskowo wyglądająca, Rebecca na dwudziestocentymetrowych szpilkach. Let’s get ready to rumble!

Co z tego wszystkiego zostało w drugim sezonie? Nic. Rebecca przeszła na dobrą stronę, więc jedyne, czym możemy emocjonować się tu fabularnie, to zmagania AFC Richmond w Premiership Championship.

[EDIT: Nie będę kasował poniższego akapitu, choć mocno tu pochrzaniłem zapominając, że grają w drugiej lidze. Co ratuje ten wywód to fakt, że w s2 w ogóle nie czuć, że oni walczą o awans z powrotem do Premiership i stąd też pewnie mój ewidentny błąd. A że Premiership nie wygrają w s2 to akurat fakt :P]

Gdzie mogą wygrać albo przegrać (albo zremisować osiem razy z rzędu). Teoretycznie, bo Ted Lasso nie jest serialem science-fiction, więc wiadomo, że ligi, przynajmniej jeszcze w drugim sezonie, nie wygrają. Co za tym idzie, tym też nie ma się co emocjonować, ale tu już scenarzyści nic z tym nie zrobią i chwała im za to, że mają tego świadomość i nie kombinują. Dowód w odcinku z półfinałem Pucharu Anglii, którego wynikowi bliżej rzeczywistości niż serialowych fantazji.

[KONIEC EDITA]

Trudno o bardziej jaskrawy przykład bycia ofiarą własnego sukcesu, a dokładniej własnego pomysłu na serial. Pomysłu, który na zakończenie pierwszego sezonu się zgrał, a na sezon drugi nie został już wymyślony żaden inny. Stąd też pewnie przeskok scenarzystów na zainteresowanie postaciami i ich rozterkami. Bo w warstwie piłkarsko-sportowej pozostaliśmy bez czarnych charakterów, co całkowicie wypiera ją z emocji. Wszyscy są tu dobrzy, pomagają sobie i można mieć pewność, że nawet jeśli Ted Lasso coś ewidentnie schrzani, to z drużyny nie wyleci (również dlatego, że wtedy skończyłby się serial, a wiadomo, że będzie trzeci sezon). W świetle powyższego, jedynym czarnym charakterem drugiego sezonu są ataki paniki trenera Lasso, ale jakoś trudno – przynajmniej mi – emocjonować się tym czy ustąpią, czy nie.

W świetle tego wszystkiego, autorzy serialu zaczęli kombinować. Nie wiadomo po co (znaczy wiadomo, nie mają pomysłu na sezon). Odcinki nagle stały się dłuższe, odbiegające od dotychczasowego sedna. Poświęcone innym postaciom. Fajnym przecież, ale chyba fajniejszym, gdy pozostającym w tle Teda Lasso, a nie wybijającym się na pierwszy plan. Wydłużono nie tylko czas trwania odcinków, ale i sam sezon z dziesięciu do dwunastu odcinków. I to znów wymusiło na scenarzystach dalsze kombinowanie. Weźmy pod lupę taki odcinek bożonarodzeniowy. Sympatyczny, wszyscy go kochają, ale zupełnie zbędny (nie mówiąc o tym, że źle ogląda się odcinki bożonarodzeniowe we wrześniu), gdy spojrzeć na to krytycznym okiem po dziesiątym odcinku drugiego sezonu.

Zmierza to więc wszystko w niepokojącym kierunku. Kierunku wydeptanym przez wiele seriali z przeszłości, które kończyły zjadając własny ogon. W przypadku Teda Lasso jeszcze o dwa sezony za wcześnie, żeby wieszczyć taki finał, ale symptomy zbliżającego się popadnięcia w rutynę już widać. W s1 wszystko było na swoim miejscu. Konkretny pomysł, konkretne wykonanie, dziesięć półgodzinnych odcinków bez lania wody. Kochają nas, dajmy im jeszcze więcej. WINCYJ! Zróbmy 40-minutowe odcinki o Beardzie, o Rebecce, o Bożym Narodzeniu, o siostrzenicy Roya Kena, której jedzie z buzi i to on musi to załatwić, choć ma siostrę pielęgniarkę. WINCYJ!

Nie o to, moi mili, chodzi w serialach sportowych. To wszystko powinno być, ale, cholera, na drugim planie. Czyli tam, gdzie było w sezonie numer jeden. A jeśli tworzysz najsympatyczniejszą postać w historii telewizji to, kurde, niech nie przestaje być głównym bohaterem! Szczególnie że jego nazwisko to również tytuł serialu.

5 odpowiedzi

  1. „Wszyscy są tu dobrzy, pomagają sobie i można mieć pewność, że nawet jeśli Ted Lasso coś ewidentnie schrzani, to z drużyny nie wyleci.” Fajnie się to ogląda no, ale właśnie czegoś brakuje na dłuższą mete. Chociaż zdecydowanie w 2 sezonie wątkiem głównym jest praca pani psycholog z Tedem. Miejmy nadzieję, że finałowy odcinek sezonu wróci na dobre tory.

  2. Ej ale oni przeciez spadli wiec jakie premiership?? Oni teraz walcza o powrot i zapewne to im sie uda. Mistrzostwo
    W 3 ostatnim sezonie.

  3. Quentin

    @Jaklicz
    Słusznie. Zawsze uważałem, że warto się pomylić, bo przynajmniej będą jakieś pewne komcie :). W sumie nie pokazywali tabeli chyba, ale po tej serii remisów to mi się jakoś średnio ten awans widzi. Choć z drugiej strony to dopiero będzie bez sensu, gdyby nie awansowali przed trzecim sezonem.

  4. Twórcy zapowiedzieli że 3 seria będzie ostatnia i dobrze. A co do 2 serii to mi tak samo się podoba jak 1 sezon, mimo wydłużenia odcinków do 45 minut albo i nawet więcej, a sezonu o dwa odcinki. No i jestem pewien, że odcinek o brodatym trenerze (świetny) i (słaby) bożonarodzeniowy inspirowany moim ulubionym To właśnie miłość, to są te dodatkowo zamówione odcinki nakręcone jak już kończyli kręcić 2 sezon (albo po nakręceniu 2 serii), bo Apple w trakcie zdjęć do 2 serii powiedziało że chcą dwóch odcinków więcej. No i pewnie dlatego bardziej się skupiają na innych postaciach.

    Problem mogą mieć też niektórzy z tym, że coraz mniej jest piłki, ale nawet w 1 serii tej piłki było bardzo mało, to równie dobrze mógłby być serial o trenerze jazdy figurowej na lodzie czy innego sportu, bo nie piłka nożna jest ważna, stanowi 3planowy element historii. A inny problem jaki mogą mieć widzowie z 2 serią, że czym dalej to coraz bardziej jest dramat z elementami komedii, co pokazał choćby (świetny) ostatni odcinek z pogrzebem, a nie komedia z elementami dramatu jak w 1 serii.

  5. Zapomniałem napisać, że nie każda postać jest fajna, bo Nate w 2 serii jest strasznie wkurzającą i irytującą postacią, którego wątek ciągną w nieskończoność. A dopiero przy ostatnich odcinkach skapnąłem się, że współautorem serialu jest też aktor, który gra Bearda, a jednym ze stałych scenarzystów aktor grający Roya Kenta.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.