1917 (2019), reż. Sam Mendes.
1917 (2019), reż. Sam Mendes.

1917. Recenzja filmu 1917 Sama Mendesa

Nie wszystkie Dziesiątki to filmy, które automatycznie chcesz włączyć od nowa i oglądać po siedem razy. Bywają też takie Dziesiątki, których jeden seans wystarczy w zupełności. Niekoniecznie dlatego, że niosą zbyt ciężki ładunek emocjonalny, którego nie jesteś w stanie udźwignąć drugi raz. To czasem też, ale czasem po prostu film wykorzystuje w stu procentach swój potencjał i po seansie nie ma potrzeby powtórki, bo na przestrzeni jednego seansu dał ci wszystko co miał. To nie znaczy, że coś z filmem jest nie tak, po prostu obejrzało się go, zachwyciło i tutaj kończy się wasza wspólna historia. Do zobaczenia za jakiś czas. Bez kolejnego oglądania pozostanie w głowie na dłużej.

Dawno już nie było na Q-Blogu żadnej Dziesiątki. Dzisiaj jest. Nazywa się 1917. Recenzja filmu 1917 Sama Mendesa.

O czym jest film 1917

Kwiecień 1917 roku. Trwa I wojna światowa. Niemcy w odwrocie. Starsi szeregowi Schofield (George McKay) i Blake (Dean-Charles Chapman) zostają wysłani przez generała (Colin Firth) na misję za linie wroga. Niby samobójczą, ale przecież wroga już nie ma w okopach. Stawką życie starszego brata Blake’a i 1600 ludzi, którzy służą w jego oddziale. O świcie mają wyruszyć z atakiem, który dobije szkopów. Ale angielskie dowództwo jest przekonane, że to podstęp i oddział Blake’a zostanie zmasakrowany. Schofield i Blake mają czas do świtu, by przekazać rozkaz odwołujący atak.

Zwiastun filmu 1917

Recenzja filmu 1917

Ustalmy fakty. W 1917 Sama Mendesa nie ma wielkiej fabuły. W jednej chwili starsi szeregowi leżą sobie w trawie, a w chwili następnej z paniką w oczach potrącają zdenerwowanych kolegów w okopach. Czasu jest mało, niepewność jest wielka, może nie zginą zaraz po wystawieniu głów z okopów. Ale może i zginą. Historia trzech lat siedzenia w okopach zna nie takie opowieści.

Nie fabułą 1917 stoi (tam można szukać jedynej rzeczy, której można by się przyczepić – nie udało się przekonująco pokazać, dlaczego Niemcy narobili tyle zachodu, żeby zmasakrować 1600 żołnierzy przeciwnika; co by to zmieniło?), co nie znaczy, że widz nie angażuje się w opowiadaną prostą historię. Angażuje się od razu, bo choć niewiele wie o dwójce bohaterów to czuje, że ich lubi. Z każdą minutą będzie lubił jeszcze bardziej. I życzył im zdrowia. Jak tylko można życzyć zdrowia bohaterom filmów wojennych. I z przerażeniem oglądał się na wszystkie strony, czy nie czyha tam na nich śmierć.

Śmierć czyha na bohaterów 1917 z każdej strony. Na palcach jednej ręki można policzyć momenty, kiedy są bezpieczni. A nawet jeśli są bezpieczni, to i tak nie przestają myśleć, a my razem z nimi, że to i tak złudna chwila. Bo jeśli nie teraz, to za kilka minut. Jeśli misja się powiedzie, to za chwilę będzie kolejna misja. Wojna się nie skończy, dopóki ktoś pozostanie przy życiu.

To, co w 1917 najpiękniejsze to realizacja. Pal licho stylizację na jednego, długiego mastershota. No dwa, bo jest w filmie jedno wyraźne cięcie montażowe. Zostało to wszystko sprytnie zmontowane, by wyglądało na jedno ujęcie, choć jednym ujęciem nie jest. Szybko przestaje mieć to znaczenie, choć robi wrażenie, co tu wyprawia się z kamerą. Kamera chodzi po wodzie, bezpiecznie lawiruje pod walącą się ziemią, omija druty kolczaste – jest w samych środku akcji, ale w taki sposób jakby jej nie było. Trudno chyba wyobrazić sobie, że można by lepiej zobrazować grozę wojny. Jedynie samemu iść na wojnę, ale kto by tego chciał po obejrzeniu 1917?

Wojna w 1917 jest przerażająca, jest brzydka, ale zarazem jest piękna w swej brzydocie. Powiedzieć monumentalna to nic nie powiedzieć. Jest taka scena w 1917, gdy zaczyna się noc. Zapiera dech w piersiach. Na wielkim ekranie IMAX-a wygląda przepięknie i strasznie. Opustoszałe ruiny miast, pożar w świetle którego grają nieruchome, ożywione ogniem cienie. Ogrom piekielnej pustki, który czeka na bohaterów, który odważą się tam wejść. Porzućcie wszelkie nadzieje, wy, którzy tam wchodzicie. I ta muzyka Thomasa Newmana podkreślająca te kilka minut przerażającego piękna. A to wszystko bez przesadnej makabry, czym 1917 różni się od krwawego Szeregowca Ryana.Dawno kino nie miało czegoś takiego do zaoferowania.

Również w kontekście imponującej scenografii. Niby to tylko błoto przez 70% trwania filmu, ale za to jakie błoto. I ta wszechobecna pustka sto razy bardziej straszna od pól deptanych setkami żołnierzy. Jeśli 1917 nie zgarnie Oscara za scenografię, to będę podpisywał petycje.

Tylko w kinie, na małym ekranie to nie ma żadnego sensu.

(2392)

Nie wszystkie Dziesiątki to filmy, które automatycznie chcesz włączyć od nowa i oglądać po siedem razy. Bywają też takie Dziesiątki, których jeden seans wystarczy w zupełności. Niekoniecznie dlatego, że niosą zbyt ciężki ładunek emocjonalny, którego nie jesteś w stanie udźwignąć drugi raz. To czasem też, ale czasem po prostu film wykorzystuje w stu procentach swój potencjał i po seansie nie ma potrzeby powtórki, bo na przestrzeni jednego seansu dał ci wszystko co miał. To nie znaczy, że coś z filmem jest nie tak, po prostu obejrzało się go, zachwyciło i tutaj kończy się wasza wspólna historia. Do zobaczenia za jakiś…

Czas na ocenę:

Ocena: 10

10

wg Q-skali

Podsumowanie: Dwóch żołnierzy w trakcie I wojny światowej wyrusza z misją mającą uratować zagrożony zmasakrowaniem oddział szykujący się do natarcia. Przerażająco piękne kino. I ta realizacja godna najwyższych pochwał i wyróżnień. Siedziałem jak urzeczony zastanawiając się, kto po czymś takim chciałby kiedykolwiek pójść na wojnę.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.