Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!
Irlandczyk, The Irishman (2019), reż. Martin Scorsese. Netflix.
Irlandczyk, The Irishman (2019), reż. Martin Scorsese. Netflix.

Irlandczyk. Recenzja filmu The Irishman Martina Scorsese. Netflix

Są takie rzeczy, których nawet Netflix nie jest w stanie zepsuć. I choć trudno było spodziewać się, że nowy film Martina Scorsese może mieć jakość standardowej produkcji Netfliksa, to jednak zawsze z tyłu głowy była obawa o to, że tak może się zdarzyć. Wygląda jednak na to, że jeśli chodzi o filmy, które Netflix zamierza wystawić do oscarowego wyścigu, to potrafią przyłożyć się do nich na tyle, że znowu będzie głupio gadać, że takie streamingowe produkcje nie zasługują o branie ich pod uwagę przy najważniejszych nagrodach filmowych.

Zanim jednak Irlandczyk trafi w przyszłym tygodniu na Netflix, film Scorsese od piątku będzie można zobaczyć w kinach. Recenzja filmu Irlandczyk.

O czym jest film Irlandczyk

Przebywający w domu spokojnej starości Frank Sheeran (Robert De Niro) wspomina dawne czasy, kiedy jako kierowca ciężarówki handlował nielegalnie półtuszami. Wybroniony przed wyrokiem przez związkowego prawnika Billa Bufalino (Ray Romano) wkrótce zostaje przedstawiony jego bratu Russellowi (Joe Pesci). Ten niepozornie wyglądający facet rządzi całą okolicą i nic nie może się tu wydarzyć bez jego zgody. Pozostający w bliskiej znajomości z mafijnym bossem Angelo Bruno (Harvey Keitel), Russ wprowadza Franka do półświatka przestępczego, w którym nasz kierowca czuje się jak ryba w wodzie. Wkrótce zyskuje sławę faceta, który maluje domy krwią swoich ofiar. Robiąc swoje, czasem trzeba kogoś sprzątnąć i Frank nie ma przeciwko temu żadnych obiekcji. I kiedy wyrabia sobie dobre imię, wtedy dzwoni telefon. Po drugiej stronie słuchawki odzywa się do niego ukochany przez wielu szef potężnego związku zawodowego: Jimmy Hoffa (Al Pacino), który potrzebuje zajęcia się kilkoma natrętami. Jest to początek wspaniałej przyjaźni obydwu panów.

Zwiastun filmu Irlandczyk

Recenzja filmu Irlandczyk. Netflix

Prace nad tą ekranizacją napisanej w 2004 roku przez Charlesa Brandta książki zatytułowanej Słyszałem, że malujesz domy rozpoczęły się hen w 2007 roku. Potrzeba było kolejnych dwunastu lat i wielu perturbacji po drodze, by film trafił w końcu na ekrany. Opowiedziana w nim historia odpowiada na jedną z największych współczesnych zagadek kryminalnych: gdzie ukryte zostało ciało działacza związkowego Jimmy’ego Hoffy? Sheeran przed śmiercią przyznał się do tego, że uczestniczył w jego zabójstwie i opowiedział wszystko ze szczegółami. Dowodów na prawdziwość tej opowieści jest mało, zarzutów przeciwko niej sporo. „Nie twierdzę, że opowiadamy prawdziwą historię” – zamyka temat Scorsese. „Opowiadamy własną wersję tej historii”. I rzeczywiście, próżno szukać w trakcie seansu tak kochanego przez współczesne kino „based on a true story”.

„Dzisiaj mało kto wie, kim był Jimmy Hoffa. Słyszeliście może, że pewnego dnia zniknął bez śladu i to tyle” – rozpoczyna swoją opowieść o Hoffie Frank Sheeran. Zanim jednak lider związkowy pojawia się na ekranie, razem z Sheeranem wydeptujemy ścieżki jego kariery jako mafijnego hitmana. Zapoznajemy się z prawdziwymi postaciami tamtej epoki, dowiadujemy się z dziennikarską dokładnością, kto z nich zginął, w jaki sposób i z iloma kulkami w głowie, podglądamy metody działania włoskiej mafii. Scorsese po raz kolejny w swojej karierze opowiada historię o tym, jak mafia zbudowała współczesną Amerykę.

Tym razem jednak opowiada ją z dużo mniejszą werwą niż w poprzednich Chłopcach z ferajny czy Kasynie. Próżno szukać tu ich tempa, humoru, a nawet brutalności. Reżyser przykręca ten kurek, by spojrzeć na życie mafiosa z perspektywy upływu czasu i ponoszenia skutków decyzji podjętych w życiu. Pozostawiony przez rodzinę, samotny w okresie Bożego Narodzenia w pustym, obcym domu spokojnej starości Sheeran z nawiązką zbiera to, co zasiał. Nie tylko on. Wszystkich tych, którym udało się nie zginąć w samochodzie przed własnym domem od kul nieznanego zabójcy, nie czeka świetlana starość, bawienie wnuków w ogrodzie i karmienie ich pomarańczami. Czas o nich zapomni, tak jak zapomniał o Jimmym Hoffie, który w pewnym momencie był bardziej popularny od Beatlesów.

Irlandczyk to film, którego metraż grubo przekracza trzy godziny i wydaje się, że przynajmniej z godzinę można byłoby z niego wyciąć. Bezapelacyjnie bywają 80-minutowe filmy, które dłużą się trzy razy bardziej niż nowy film Scorsese, ale mimo wszystko te przeciągające się w nieskończoność cyzelowanie mniej ważnych scen i podążające korytarzami kamery mogą odstraszyć mniej odpornego widza. Z tego względu przed seansem trzeba uzbroić się w cierpliwość, która zostanie nagrodzona, ale trzeba będzie zapłacić sporą cenę. Szczególnie że próżno też szukać tutaj efektownego kina gangsterskiego upływającego między imprezami w ulubionym klubie, a kolejnymi akcjami, w których można udowodnić, jakim to się jest twardzielem. Scorsese sprowadza życie gangstera do nieco bardziej opłacalnej harówki bez widoków na świetlaną przyszłość. A z każdym mijającym rokiem wątpliwości zaczyna przybywać.

Paradoksalnie na największy czarny charakter wyrasta w Irlandczyku Jimmy Hoffa. Podczas gdy Joe Pesci pozostaje oszczędny w słowach, a Robert De Niro pociąga spust z totalną obojętnością, Al Pacino w końcu dostaje możliwość pokazania raz jeszcze, być może po raz ostatni, jak wielkim aktorem jest. Cała trójka spisuje się na medal, ale to chyba właśnie Pacino zwraca największą uwagę, poniekąd dlatego, że po jego postaci najmniej wiadomo, czego się spodziewać. Rzeczywiście, po seansie Irlandczyka o Hoffie będzie wiadomo dużo więcej niż tylko, że nikt nie wie, gdzie spoczął.

Opowiadając o Ameryce lat 60. Scorsese nie pozostawia wątpliwości, co do tego, jak wielki wpływ na jej historię miała mafia. Choć byłoby to sporym uproszczeniem, bo bywają długie momenty, w których nie ma w tej opowieści pozytywnych bohaterów. Niezależnie od tego czy pracują dla mafii, czy dbają tylko o własny tyłek – wszystko zdominowane jest przez korupcję, łapówki i oszustwa. Najbardziej skorzystają na tym ci, którzy będą mieli najmniej skrupułów.

Nie byłoby też pewnie Irlandczyka w takiej formie, gdyby nie współczesna technika filmowa umożliwiająca odmłodzenie De Niro, Pacino i Pesciego. Mógłby ich młodszych zagrać pewnie ktoś inny, ale czy dałoby się ich zastąpić? Efekt tej wciąż dyskusyjnej metody jest… dyskusyjny. Nie wygląda to źle i szybko można się przyzwyczaić do tego specyficznego liftingu, ale, jak to przeważnie bywa, trafiają się momenty lepsze i gorsze. W tych drugich przeszkadza głównie fakt, że młode ciało to nie tylko młoda twarz.

Finalnie Irlandczyk zasłużenie stanie się perłą w koronie Netfliksa wyprzedzając o lata świetlne netfliksową masówkę. Dużo jednak zależy od oczekiwań widza. Bo jeśli spodziewa się kolejnego Kasyna, to go nie dostanie. A ja, przyznaję, trochę na nie liczyłem. To jednak zupełnie inne kino.

(2381)

Są takie rzeczy, których nawet Netflix nie jest w stanie zepsuć. I choć trudno było spodziewać się, że nowy film Martina Scorsese może mieć jakość standardowej produkcji Netfliksa, to jednak zawsze z tyłu głowy była obawa o to, że tak może się zdarzyć. Wygląda jednak na to, że jeśli chodzi o filmy, które Netflix zamierza wystawić do oscarowego wyścigu, to potrafią przyłożyć się do nich na tyle, że znowu będzie głupio gadać, że takie streamingowe produkcje nie zasługują o branie ich pod uwagę przy najważniejszych nagrodach filmowych. Zanim jednak Irlandczyk trafi w przyszłym tygodniu na Netflix, film Scorsese od piątku…

Czas na ocenę:

Ocena: 7

7

wg Q-skali

Podsumowanie: Działacz związkowy i zabójca mafii Frank Sheeran opowiada o wydarzeniach, które doprowadziły do zniknięcia Jimmy’ego Hoffy. Nie zaszkodziłoby „Irlandczykowi” skrócenie go o godzinkę, co nie zmienia faktu, że Scorsese po raz kolejny daje lekcję kina. Jednak zupełnie innego niż wcześniejsze „Kasyno” i o tym koniecznie trzeba pamiętać przed seansem.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.