Przełęcz ocalonych [Hacksaw Ridge] (2016), reż. Mel Gibson.
Przełęcz ocalonych [Hacksaw Ridge] (2016), reż. Mel Gibson.

Przełęcz ocalonych. Recenzja filmu Hacksaw Ridge

Mel Gibson powrócił. Na razie w fotelu reżysera i w sumie nic by się nie stało, gdyby na nim pozostał, bo reżyserowanie wychodzi mu dobrze. Przeglądając jego aktorską filmografię można śmiało zaryzykować stwierdzenie, że Gibson-aktor w XXI wieku nie zagrał niczego ciekawego, więc czemu marnować czas, który mógłby poświęcić na reżyserowanie? Szczególnie że po filmie Przełęcz ocalonych widać, że Mel się dopiero rozkręca na nowo. Recenzja filmu Przełęcz ocalonych, Hacksaw Ridge (2016).

O czym jest film Przełęcz ocalonych

Bohaterem filmu Przełęcz ocalonych jest pochodzący z Lynchburg w stanie Wirginia Desmond Doss (Andrew Garfield). Skromny syn stolarza, adwentysta dnia siódmego, który po ataku na Pearl Harbor zaciągnął się do wojska, ale nie po to, by zabijać, ale po to, by ratować życie. Desmonda poznajemy jako nastolatka w jego rodzinnym mieście. Codziennością chłopaka jest spędzanie czasu ze swoim bratem i bycie zależnym od humorów ojca (Hugo Weaving), bohatera I wojny światowej cierpiącego na stres pourazowy (choć wtedy raczej nie miało to nazwy i było zwykłym alkoholizmem), który nie może poradzić sobie z wojennymi wspomnieniami. Obserwując jego walkę ze samym sobą oraz destrukcyjny wpływ na rodzinę, wierny dziesięciu przykazaniom, Desmond coraz bardziej utwierdza się w przekonaniu, że przemocą nie da się niczego zbudować. Jednocześnie czuje, że nie może bezczynnie siedzieć w domu, podczas gdy jego przyjaciele giną za kraj, hen gdzieś na Pacyfiku. Desmond zaciąga się do woja, gdzie ma się szkolić na sanitariusza. Dowódców jego jednostki to jednak nie obchodzi i nie przyjmują do wiadomości, że chłopak nawet nie chce dotknąć broni. Robią wszystko, by przegonić go z armii, ale Desmond się nie poddaje.

Recenzja filmu Przełęcz ocalonych

Niewiele w historii Desmonda Dossa pozostaje tajemnicą, a w zasadzie wszystkie ważne informacje dotyczące fabuły można znaleźć w materiałach promocyjnych, dlatego nie będę raczej uważał na spoilery, o które ciężko w przypadku filmu Przełęcz ocalonych. Tak zaznaczam, na wypadek gdyby ktoś z Was chował się w jaskini i wychodził z niej tylko do kina. Ale i tak, jeśli spoilery będą, to w przedostatnim akapicie dopiero.

Dobra wiadomość, entuzjastyczne recenzje filmu Przełęcz ocalonych, jakie pojawiały się po jego premierze na festiwalu w Wenecji… są tylko trochę przesadzone. A nawet jeśli to „trochę” zamienić na „sporo” to i tak dalej pozostanie bardzo dobry film, który warto zobaczyć w kinie i który nie powinien nikogo, kto lubi filmu wojenne, zawieść. Nie jest to jeszcze kino na poziomie Walecznego serca („jeszcze”, bo jak wspomniałem we wstępie, mam wrażenie, że Mel Gibson dopiero wraca do starej formy) i do tego filmu akurat sporo mu brakuje, ale dawno już nie było na ekranie takiego kina romantyczno-batalistycznego jak Przełęcz ocalonych. Przy czym Mel Gibson i jego scenarzyści nie wymyślili prochu. Nie ma w filmie Przełęcz ocalonych niczego rewolucyjnego, jest klasyczna opowieść o wojnie, jaką kino widziało już wiele razy, no może jedynie umniejszona o sceny, w których żołnierz przed walką wręcza koledze list do żony na wypadek śmierci i o łopoczącą na wietrze amerykańską flagę. Rolę flagi zastępuje w filmie Przełęcz ocalonych Biblia.

Przełęcz ocalonych tak naprawdę podzielona jest na dwie części – przed bitwą i po bitwie. Różnią się one od siebie diametralnie, co też dobrze wpływa na film, który z dość naiwnej i sentymentalnej historyjki nagle zamienia się w prawdziwe piekło i dysonans, a przez to i ekranowy szok jest większy. Pierwsza część filmu Przełęcz ocalonych może sprawiać wrażenie infantylnej i również z tego względu film nie może się równać z Walecznym sercem, które w takich sielskich scenach weszło na o wiele wyższy poziom. Tu chyba najbardziej czuć, że Mel Gibson jako reżyser zardzewiał i niektórymi momentami ma się wrażenie, że ogląda się produkcję z Hallmarku (wrażenie dopełniają te wredne greenboksy w scenach na szczycie wzniesienia). Mimo to jest sympatycznie, a nie bez znaczenia jest fakt, że to preludium nie trwa zbyt długo, bo po szybkich umizgach do Teresy Palmer Doss trafia na unitarkę, a tam dalej jest bardziej wesoło niż smutno, no i klasycznie. Wrzeszczący sierżant (nie przekonam się do Vince’a Vaughna w rolach twardzieli) i tak dalej. W oczekiwaniu na wojenną rozpierduchę nasłuchamy się trochę o ww. Biblii i przekonaniach Dossa, za które jest w stanie znieść dużo. A potem przychodzi wojna, a tam już trzeba być przygotowanym na batalistykę rodem z Szeregowca Ryana, którą Gibson ogarnia znakomicie i sekwencje walk robią duże wrażenie. Krew, flaki, oderwane kończyny frunące prosto z wybuchu w stronę widza. Choć trzeba przyznać, że im więcej lat mija od Szeregowca Ryana, tym bardziej widać jak totalne to było kino wojenne. Trudno sobie wyobrazić, że kiedykolwiek powstanie coś lepszego w kwestii filmowej batalistyki. Nie mniej jednak, wracając do filmu Przełęcz ocalonych, ta cała makabra nie ma na celu szokowania widza, a jedynie pogłębia antywojenny przekaz filmu Gibsona.
Przełęcz ocalonych to jedna z kilku ciekawych premier tego weekendu. O polskim filmie Jestem mordercą przeczytacie TUTAJ.

Przełęcz ocalonych nie jest filmem bez wad. Niektórym może w nim przeszkadzać (choć nie powinna) pewna naiwność, która nie pozwala na to, by o filmie Przełęcz ocalonych mówić w kategoriach arcydzieła. Wydaje się też, że warto chyba poczekać na wersję reżyserską, bo jak na możliwości Gibsona Przełęcz ocalonych jest stosunkowo krótka (niby 131 minut, ale tego nie czuć). I nie chodzi już nawet o czas trwania, ale o to, że niektóre wątki zostały zupełnie niewykorzystane i pewnie przycięte w montażu. Brata Dossa, który również wyjechał na wojnę, zobaczycie już dopiero na napisach końcowych. A wystarczyło by Desmond choć raz zapytał kogoś tam, czy nie słyszał o swoim bracie i już nie byłoby wrażenia, że zupełnie o nim zapomniano. Ofiarą, jak sądzę, montażu padli też druhowie Dossa dość szczegółowo przedstawieni w scenie w koszarach. Cóż z tego skoro z żadnym z nich właściwie nie było okazji się potem zżyć na tyle, by potem choć trochę przeżyć ich śmierć. Ba, właściwie to nawet do końca nie wiadomo który przeżył, a który zginął. Kojarzy się sierżanta, Hollywooda, kolesia z nowego Point Break i Ghoula i to właściwie tyle z całego oddziału. Wątek polski już po scenie w koszarach nie wraca choćby na ułamek sekundy. Na pewno w filmie Przełęcz ocalonych brakuje też jakichś suchych informacji odnośnie samego konfliktu, ważności tej akurat przełęczy, tego czy nie dało się jej rozpieprzyć dokładniej samolotami i tego, dlaczego Japończycy po prostu nie odcięli tej siatki, bez której nie byłoby mowy o jakimkolwiek szturmie. Wrzucone na napisy końcowe krótkie opowiastki prawdziwych bohaterów tych wydarzeń nadają filmowi realizmu (innymi słowy: słyszysz z ich ust, że było tak i tak, więc nie masz powodu wątpić w to, co zobaczyłeś na ekranie), ale nadal ciężko uwierzyć w to, że Doss przez całą noc i pół dnia opuszczał rannych w dół przełęczy i zupełnie nikt nie wspiął się na szczyt siatki, by zobaczyć o co w ogóle chodzi i czy nie przydałaby się Dossowi jakaś pomoc. Choćby morfinę mu podrzucić! Odbierali rannych na dole, odsyłali w górę linę i tyle, zero zdziwienia, że z góry raz za razem opuszczany jest kolejny ranny. Mnie osobiście też przeszkadzało pomieszanie ran komputerowych z efektami praktycznymi. Wiadomo, łatwiej postrzały dodać potem w komputerze, ale mimo wszystko, skoro i tak było tu sporo efektów praktycznych, to jedna czy dwie rany nie zrobiłyby chyba żadnej różnicy.

To jednak szczegóły, które nie wpływają na to, że nadal śmiało można mówić o filmie Przełęcz ocalonych jako o filmie bardzo dobrym. A od Mela Gibsona oczekiwać kolejnej kinowej przygody z rozmachem, nad którym mało kto potrafi w ten sposób zapanować. Teraz powinno być łatwiej, bo i budżety będą większe.

(2146)

Mel Gibson powrócił. Na razie w fotelu reżysera i w sumie nic by się nie stało, gdyby na nim pozostał, bo reżyserowanie wychodzi mu dobrze. Przeglądając jego aktorską filmografię można śmiało zaryzykować stwierdzenie, że Gibson-aktor w XXI wieku nie zagrał niczego ciekawego, więc czemu marnować czas, który mógłby poświęcić na reżyserowanie? Szczególnie że po filmie Przełęcz ocalonych widać, że Mel się dopiero rozkręca na nowo. Recenzja filmu Przełęcz ocalonych, Hacksaw Ridge (2016). O czym jest film Przełęcz ocalonych Bohaterem filmu Przełęcz ocalonych jest pochodzący z Lynchburg w stanie Wirginia Desmond Doss (Andrew Garfield). Skromny syn stolarza, adwentysta dnia siódmego, który…

Czas na ocenę:

Ocena: 8

8

wg Q-skali

Podsumowanie: Historia żołnierza, który w trakcie bitwy o Okinawę odmówił noszenia broni i zabijania. Mel Gibson jako reżyser wraca do świetnej formy, a Przełęcz ocalonych to klasyczne kino wojenne z batalistyką rodem z "Szeregowca Ryana".

11 odpowiedzi

  1. Znaki Shyamalana to był dobry film z nim, ale prawda że większość filmów z Gibsonem – aktorem była słaba lub średnia w XXI wieku i co najdziwniejsze filmy takie którymi wrócił do kina akcji jak Furia, Dorwać gringo. No jeszcze Niezniszczalni 3 byli spoko oraz film Jodie Foster Podwójne życie tylko że to dramat , ale zagrał tam jedną z najlepszych ról w karierze. Inna sprawa że nawet w słabych filmach to on jest jednym z niewielu plusów, gra dobrze. A tak w ogóle to w XXI wieku, przynajmniej na początku wieku prawie całkowicie porzucił karierę aktorską i właśnie chyba po Znakach, więc w sumie nie dziwne że za wiele dobrych filmów z nim nie ma.

  2. Kocham kino wojenne. O jeden most za daleko, Pluton, Cienka czerwona linia, Helikopter w ogniu, Jarhead, Demony wojny wedł… żartuję! 😉 Jak mam więcej wolnego czasu, to robię sobie maraton z Kompanią Braci.

    Pamiętam, jak wyszedłem z Szeregowca Ryana i do przystanku szedłem sprężystym krokiem, w rytm gwizdanego marsza z Mostu na rzece Kwai – co to były za emocje!!!

    Z Przełęczy wyszedłem. Po prostu. Jutro o tym filmie zapomnę. A właściwie wyprę ten film.

    Wyprę wątek miłosny, żywcem przepisany z Zakochanego kundla, w którym zabrakło tylko sceny ze spaghetti. Wyprę Vince’a Vaughn’a, parodiującego postać sierżanta Hartmana z Full Metal Jacket. Wyprę postać Hollywooda, parodiującego Rydy’ego Reyesa z Generation Kill. Wyprę właściwie pełny barak postaci, które wywołują co najwyżej uśmiech zażenowania, ale nijak nie sprawiają, że w filmie czuć dramaturgię.

    Oczywiście momenty dramaturgii są – latające w powietrzu, płonące zwłoki, urywane granatami kończyny, dziurawione pociskami czaszki… jest moc. Jest chyba równie krwawo jak w Szeregowcu. Może bardziej. Ale tam były jeszcze wyraziście napisane i doskonale zagrane postacie. Przełęcz aktorsko leży. Nawet jak ktoś w filmie nienawidzi głównego bohatera, bo przez niego stracił przepustkę, i tego głównego bohatera poturbuje, to w sumie po wyrazie jego oczu trudno rozróżnić, czy aby nie chciałby go chwilę później po chrześcijańsku przytulić. Może nawet pocałować.

    Całkowicie zgadzam się z obserwacją, że film wygląda, jakby miał mieć początkowo ze cztery godziny, po czym przycięto go do dwóch – masa osieroconych wątków.

    Do tego wpadki rodem z filmów z Michaelem Dudikoff’em, jak np. Vince Vaughn masakrujący setki tysięcy Japończyków przy pomocy karabinu z jednym magazynkiem, łapanie karabinu maszynowego za rozgrzaną lufę gołą dłonią….

    6/10

    pozdrawiam

  3. Quentin

    Podejrzewałem to już w przypadku „Belfra”, a teraz nabieram pewności, że tak naprawdę jedyne co różni nasze opinie (w tych dwóch przypadkach) to interpretacja (tłum. końcowa ocena) spostrzeżeń wyniesionych z seansu :). Twoja surowsza, moja łaskawsza (raczej nie bywam surowy dla filmów, które dobrze mi się oglądało, nawet jeśli mają wady itepe). Zgadzam się z zarzutami, ba, większość, o ile nie wszystkie wypisałem u siebie (nie wypisałem niekończącego się magazynka; zgadza się, też mnie wkurzył), ale mimo wszystko 6 to jest ocena dla przeciętnego filmu, a Przełęcz przeciętna nie jest. Duża w tym zasługa tego, że nie ma żadnej konkurencji, to i łatwiej się wybić na jej tle, ale nadal – przynajmniej do mnie – trafia ta jego naiwność. Wolę taką prostolinijną opowieść niż kombinowanie, szukanie sztuki tam, gdzie wystarczy dobra rozrywka. Dałbyś 7 i bym się mógł podpisać pod taką oceną :) w myśl „to już zależy od oglądającego czy podobało mu się mniej czy bardziej”.

    Wątpliwości natomiast nie ma, nie jest to arcydzieło, o którym pieją na lewo i prawo. A co do Vaughna to myślę, że to raczej taki zamysł reżysera niż parodia Full Metal – ot standardowy, drący się sierżant/kapitan policji. Niestety Vaughn to drewno i wyszło jak wyszło.

  4. Vaughn to drewno, więc wyszła parodia, zakładam, że niezamierzona. Ale że po tym, jak współpołożył drugiego Detektywa, ktoś go jeszcze angażuje do ról dramatycznych…

    7 dałbym nie za sztukę (ja przez sztukę rozumiem von Trierów, itp… i generalnie nie sztuki w kinie szukam, tylko właśnie rozrywki) tylko za coś, co uznałbym (subiektywnie) za wiarygodne, co mnie zaskoczyło, albo chociaż sprawiło, że zobaczyłem na ekranie postać a nie aktora – albo chociaż aktora a nie drewno). Tu tego nie ma. Zero inwencji. Masa chamskich zapożyczeń. A ten sentymentalizm pasuje bardziej do filmu o dziewczynce chorej na raka.

    P.S. Rozważałem 5/10, ale postanowiłem być łaskawszy 😉
    P.S.2 Ale pięknie się różnimy – c’nie? :)

  5. Quentin

    5/10 dla takiego filmu to nie moja filozofia oceniania :). Zresztą, jak wszędzie, każdy przypadek jest inny. Zdarzało mi się dać 10/10 filmowi, który mi się niespecjalnie podobał (no akurat 6/6 wtedy, Requiem dla snu bodaj), więc już dawno miałem o tym pisać, ale machnąłem ręką, że w moim, być może beznadziejnym, przypadku lepiej patrzeć na treść recenzji niż tylko na ocenę.

    No pięknie i jak cywilizowanie. Drogi panie, uważam, że pan jest chujem. Ależ skąd proszę szanownego pana, to pan jest chujem, uszanowanie. 😀

  6. Zastanawiałem się, jakim cudem Doss dał radę spuścić na linie, bez rękawic, 75 kolegów z takiej wielkiej góry. Tu znalazłem rozwiązanie zagadki: http://www.npr.org/2016/11/04/500548745/the-real-hacksaw-ridge-soldier-saved-75-souls-without-ever-carrying-a-gun Troszkę twórców filmu poniosło. No i już wiadomo, dlaczego Japończycy nie odcięli sieci – jakby spróbowali, mogliby dostać nawet kamieniem :)

  7. Quentin

    O ile dobrze widzę, ta siatka idzie dalej w stronę prawego górnego rogu obrazka, więc tam wyżej byli bezpieczni od kamieni (jeśli dobrze widzę :) ). A jeśli niedobrze widzę to mimo wszystko to kamikaze, co do dla nich odciąć taką siateczkę :).
    Whatever, siatka w wykonaniu filmowym jest absurdalna tak czy siak (brak jej odcięcia, brak wspięcia się kogoś z dołu i zapytania Dossa czy nic mu nie trzeba itd.)i na razie nic jej nie broni. Z drugiej strony wiesz, gdzieś tam mi mignęło, że Gibson wybrał tylko najbardziej wiarygodne epizody, bo były takie, w które nikt by nie uwierzył 😉

  8. Quentin

    PS. W takich sprawach najlepiej od razu lecieć na forum filmu na IMDb – zwykle znajdzie się rozwiązanie, przynajmniej ja się nigdy nie rozczarowałem. Teraz kuknąłem chwilę i w pierwszym z brzegu wątku jest info, że albo Japończycy pocięli siatkę albo ucierpiała przy ostrzale z krążowników i Doss i koledzy przed pierwszym szturmem musieli ją najpierw naprawiać. Ile w tym prawdy nie wiem, ale pewnie dalsze grzebanie przyniosłoby dodatkowe odpowiedzi :).

  9. Quentin

    PS2. Ewentualnie wersja reżyserska. OAO :)

  10. Kiedyś zadałem na IMDb pytanie, co w sejfie nowojorskiego gliniarza (Blue Bloods s01e01) robi PRL-owski brązowy krzyż zasługi. Olali mnie.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.