Ostatni mistrz [The Final Master] (2016), reż. Haofeng Xu.
Ostatni mistrz [The Final Master] (2016), reż. Haofeng Xu.

Ostatni mistrz. Recenzja filmu Shi Fu aka The Master

Dokładnie wczoraj ruszyła w Warszawie kolejna edycja Festiwalu Filmowego Pięć Smaków. Na pierwszy ogień wybrałem historię mistrza kung fu, która wedle zapowiedzi miała być hołdem dla klasycznych produkcji spod znaku kung fu. Czy rzeczywiście taka była? Recenzja filmu Ostatni mistrz.

O czym jest film Ostatni mistrz

Tiencin, lata 30. ubiegłego wieku. Do miasta słynącego ze szkół walki i mistrzów strzegących swoich tajemnic na tyle szczelnie, ze nikt spoza Tiencinu nie ma tu prawa niczego zwojować, przybywa Chen Shi (Fan Liao). Chien Shi jest ostatnim z mistrzów stylu Wing Chun, który zamierza tu otworzyć swoją szkołę walki. A to nie jest takie proste – aby tego dokonać musi pokonać zawodników wystawionych przez osiem z dziewiętnastu miejscowych szkół. Nikomu się to do tej pory nie udało. A to nie wszystko. Nawet jeśli Chien Shi dokona tej niemożliwej sztuki, to i tak na nic, bo mistrzowie Tiencinu wykopią go z hukiem poza granice miasta. Potrzeba podstępu, który podpowiada mu miejscowy nadmistrz. Oto wystarczy wyszkolić wojownika, który w imieniu swojego mistrza pokona tych osiem szkół. Nadmistrzowie wykopią wojownika, a mistrzu będzie mógł założyć szkołę. Prościzna. Jest tylko jeden haczyk – na wyszkolenie posiadającego odpowiednie umiejętności zawodnika potrzeba trzech lat. Chien Shinowi się to nie podoba, ale co zrobić. Żeby mu się nie nudziło, znajduje sobie najpierw żonę, a potem odpowiedniego kandydata na swojego ucznia.

Recenzja filmu Ostatni mistrz

Brzmi fajnie, co nie? A do tego opisu fabuły trzeba dodać jeszcze jeden, wprost zajebisty, fakt. Otóż Ostatni mistrz to film, w którym nie zauważyłem ani jednego sznurka! Ani sekundy wire fu, które mnie tak odstręcza od tego typu współczesnych produkcji. Wszystkie wyglądają pięknie i nagle jeden kolo z drugim zaprzeczają prawom fizyki. Nie w filmie Ostatni mistrz. Walk jest tutaj sporo, każda jak Pan Bóg czy inny Shaolin przykazał. Wielki plus za to.

Czujecie jakiś haczyk, co nie? No i słusznie, bo niestety nie wszystko w filmie Ostatni mistrz jest tak piękne jak się to do tej pory zdawało. Ostatni mistrz to film z gatunku ambitnego kung fu, co oznacza, że walki, nawet jeśli jest ich tutaj sporo, są tylko tłem dla wydarzeń przedstawionych w filmie. Czyli do politycznych machlojek związanych z tradycyjną próbą siły wśród wszystkich najważniejszych postaci tiencińskiego kung fu światka. Każdy coś tutaj knuje i niestety od połowy filmu widz zaczyna się gubić w tym kto i czemu. Reżyser filmu, Haofeng Xu, spec od tej epoki, scenarzysta m.in. Wielkiego mistrza Wonga Kar-Waia, ma ambicję wiernego odwzorowania schyłku ery wielkich mistrzów i pokazania co między innymi doprowadziło do zmniejszenia ich wpływów, ale wrzuca europejskiego widza na głęboką wodę nie tłumacząc niczego w odpowiednio wyczerpujący sposób. Nie dając nic w zamian. Zapowiadane w streszczeniu fabuły walki z ośmioma szkoły walki to malutki ułamek całego filmu. Pierwsze dwie trwają może ze dwadzieścia sekund, kolejnych nie dane nam jest już oglądać (to nie spoiler, spokojnie). Kto się więc nastawia na mordobicie, będzie niezadowolony. Brawo za brak sznurków, brawo za rezygnację (kosztem realizmu) z walk, do jakich jesteśmy przyzwyczajeni (filmowe kung fu często zamiast mordobicia przypomina gimnastykę sportową) – pojedynki są tu krótkie i albo ktoś ginie albo z honorem uznaje, że został pokonany i więcej się nie wtrąca – ale nie sposób nie oprzeć się wrażeniu, że wszystkim tym ciosom brakuje siły, są ledwie markowane i jedynie odpowiednio podkreślane przez głośne efekty dźwiękowe. Gdyby nie one, chyba słabo by to wszystko wyglądało. Mimo starań. Of koz można uznać, że się nie znam, bo film otrzymał Złotego Konia za najlepszą choreografię walk na festiwalu w Tajwanie.

Przeszkadza też konstrukcja filmu. Jednymi z głównych „bohaterów” filmu Ostatni mistrz są noże, a sam film też wygląda jakby pociachany nożem w pojedyncze, krótkie sceny zakończone charakterystyczną muzyczką, głównie jazzowym dżinglem. Może to jakiś hołd dla klasycznej chińskiej sztuki, cholera wie, ale wygląda dziwnie, jakby montażysta był na zwolnieniu lekarskim.

W efekcie, moim zdaniem, powstało kino średnio zrozumiałe dla zachodniego widza. Z pewnością nie efekciarskie jak te wszystkie zabawne klasyczne kung fu filmy pokroju Klasztoru Shaolin czy inne Pijane mistrze. Z tego względu przeznaczone bardziej dla cierpliwego widza niż dla rozrywki.

(2153)

Dokładnie wczoraj ruszyła w Warszawie kolejna edycja Festiwalu Filmowego Pięć Smaków. Na pierwszy ogień wybrałem historię mistrza kung fu, która wedle zapowiedzi miała być hołdem dla klasycznych produkcji spod znaku kung fu. Czy rzeczywiście taka była? Recenzja filmu Ostatni mistrz. O czym jest film Ostatni mistrz Tiencin, lata 30. ubiegłego wieku. Do miasta słynącego ze szkół walki i mistrzów strzegących swoich tajemnic na tyle szczelnie, ze nikt spoza Tiencinu nie ma tu prawa niczego zwojować, przybywa Chen Shi (Fan Liao). Chien Shi jest ostatnim z mistrzów stylu Wing Chun, który zamierza tu otworzyć swoją szkołę walki. A to nie jest…

Czas na ocenę:

Ocena: 6

6

wg Q-skali

Podsumowanie: By otworzyć wymarzoną szkołę walki, mistrz kung fu musi zmierzyć się nie tylko z wojownikami wrogich szkół, ale i z politycznymi zagrywkami ich właścicieli. Kung fu dla cierpliwego widza.

3 odpowiedzi

  1. Asiek

    Zgadzam sie z recenzja w 100% i jeszcze pytanie o zone po co z nim byla? I oni na koncu wygrali czy przegrali?

  2. Quentin

    To było takie moralne zwycięstwo bardziej. Gość i tak nie chciał zostawać w Tiencinie, chciał tylko, żeby jego konkretny styl nie przepadł. Szkoły osobiście nie założył, ale styl przekazał tym, co z nimi walczył na końcu. Była tam taka kwestia, że już pokazał im wszystko, co umie. Oni tam zdolni są, wystarczyło im dać po mordzie, żeby się nauczyli stylu :). Styl nie przepadł, jak wiemy z początkowej zapowiedzi, z tej szkoły wywodził się potem Ip Man (w końcu musimy obejrzeć) i legendarnie Bruce Lee.

    Co do żony to przyznam, że nie zwróciłem uwagi, albo mnie te gadające baby obok rozproszyły albo już byłem znudzony. Wydawało mi się, że pojechała pociągiem przed nim, ale może i nie dożyła. Stawiam na zakończenie otwarte – interpretacja w zależności od widza.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.