Czas próby [The Finest Hours] (2015), reż. Craig Gillespie
Czas próby [The Finest Hours] (2015), reż. Craig Gillespie

Czas próby, czyli Czterej pancerni i łódka

Podczas gdy cały świat żył zyskami Disneya osiągniętymi dzięki filmowi Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy, na drugiej stronie boxoffisowej szali dyndał sobie Czas próby [The Finest Hours], który kosztował studio milionowe straty. To w połączeniu z przeciętnym trailerem zapowiadało przeciętny film do szybkiego zapomnienia. A mimo to okazało się po raz kolejny, że wystarczy solidne hollywoodzkie rzemiosło, by spędzić przed ekranem przyjemne dwie godziny na oglądaniu bohaterskiej, ale zupełnie zwyczajnej (popłynęli, uratowali, ale czy wrócą?) historii największej w historii amerykańskiej Straży Przybrzeżnej akcji ratunkowej przy użyciu małej łodzi. (Ale krótki wstęp). Recenzja filmu Czas próby.

Czas próby [The Finest Hours] (2015)
Reżyseria: Craig Gillespie
Scenariusz: Scott Silver, Paul Tamasy, Eric Johnson
Na podstawie książki: Caseya Shermana i Michaela J. Tougiasa
Obsada: Chris Pine, Casey Affleck, Ben Foster, Eric Bana, Holliday Grainger, Kyle Gallner, John Magaro
Zdjęcia: Javier Aguirresarobe
Muzyka: Carter Burwell
Kraj produkcji: USA

O czym jest film Czas próby

Bernie Webber (Chris Pine) poznaje Miriam (Holliday Grainger) i od razu wpadają sobie w oko. No dobra, nie tak od razu, dużo wisieli na telefonie i rozmawiali (nie, nie mieli Facebooka, jest 1952 rok). Wyraźnie między nimi iskrzy i Miriam spodziewa się szybkiego ślubu, ale Bernie nie jest co do tego przekonany. Kocha dziewczynę, ale wie, że jako członek Straży Przybrzeżnej każdego dnia ryzykuje życiem i nie chciałby skazywać Miriam na ciągły strach o męża. Miriam jednak wie swoje i bierze sprawy w swoje ręce, co naraża Berniego na łatkę pantoflarza. Ale Bernie jest odważny i gotowy, by ratować ludzkie życie za wszelką cenę. Okazja ku temu nadarza się dość szybko. Zimą, podczas ogromnego sztormu, na morzu dochodzi do dwóch katastrof. Dwa tankowce dosłownie łamią się na pół. Jeden z nich otrzymuje szybką pomoc, ale drugi skazany jest na utonięcie, choć marynarze pod wodzą Raya Syberta (Casey Affleck) robią wszystko, żeby jak najdłużej opóźnić to w czasie. Pogoda staje się coraz bardziej niebezpieczna i nikt przy zdrowych zmysłach nie odważyłby się wsiąść na łajbę i podążyć na ratunek. Nikt z wyjątkiem Berniego i trzech śmiałków, którzy postanawiają rzucić wyzwanie sztormowi.

Recenzja filmu Czas próby

Nie będę tu opowiadał bajek, że Czas próby to wielkie, niezrozumiałe przez widzów i niesprawiedliwie potraktowane kino, które niesłusznie dostało w boxoffisie solidnego kopa od widzów. Więcej, nie dziwię się temu solidnemu kopowi, bo w XXI wieku takie kino jak Czas próby to już trochę przeżytek. Na dodatek widowisko to, bo takim trzeba Czas próby nazwać, sygnowane jest przez Disneya, który w ogóle nie kojarzy się z poważnymi filmami o wielkich morskich akcjach ratunkowych, a jeśli już to bardziej zapowiada dziecinne podejście do poważnego tematu. No i w końcu pod względem wizualnym – choć dopracowany – to może i robiłby wrażenie, ale w czasie premiery Gniewu oceanu, a nie teraz, lata potem. Biorąc to wszystko do kupy, finansowa katastrofa filmu była nieunikniona (łatwo tak pisać po fakcie, ale też można kuknąć do Prevuesów, że nie wieszczyłem sukcesu).

Jeszcze więcej, zgadza się właściwie to, co przewidywałem i na co zwracałem uwagę, że historia ratunku SS Pendleton wcale nie jest aż tak wyjątkowa, by od razu robić o niej film. Co zresztą ostatnio jest nagminne – magia „filmu opartego na prawdziwej historii” sprawia, że filmowcy coraz chętniej byle jaką historię przenoszą na ekran i można odnieść wrażenie, że wszystkie fajne prawdziwe historie już zostały opowiedziane. Owszem, to największa taka akcja ratunkowa (małą łodzią) w historii Straży Przybrzeżnej, ale dwie godziny filmu, w którym przez większość czasu trwania bohaterowie płyną przez wzburzone fale, to jednak spore wyzwanie dla widza przyzwyczajonego do sensacji, niespodziewanych zwrotów akcji i kosmitów. Z łatwością może uznać Czas próby za nudny i niepotrzebny do szczęścia historii kina.

A jednak dwóch godzin spędzonych z Czasem próby nie żałuję. (A trzeba koniecznie dodać, że Chrisa Pine’a nie lubię i nie wiem, kto wymyślił go jako bohatera kina akcji). Może właśnie to, że jest to taki zupełnie normalny film, który nie sili się na sensację tam gdzie jej nie ma i tylko solidnie opowiada to, co ma do opowiedzenia sprawia, że daleki jestem od narzekania i psioczenia. Wręcz przeciwnie, z zaskoczeniem przyjąłem fakt, że to dobry film, choć zdecydowanie nie na nasze czasy i nie na wymagania współczesnego widza. I fajnie, że reżyser powstrzymał się od pokusy zrobienia z tego łzawego melodramatu spod znaku: o Boże, mój ukochany poszedł na wojnę, serce mi pęknie ble ble. Nie. Bohaterowie akcji ratunkowej robią co do nich należy bez mitologizowania swojego zajęcia, a bliscy czekają na brzegu, ale z pełną świadomością tego, jaki czasem bywa los marynarzy. Nie ryczą w poduszkę, bo wiedzą na co się pisali i jakie jest ich życie.

(2077)

Podczas gdy cały świat żył zyskami Disneya osiągniętymi dzięki filmowi Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy, na drugiej stronie boxoffisowej szali dyndał sobie Czas próby [The Finest Hours], który kosztował studio milionowe straty. To w połączeniu z przeciętnym trailerem zapowiadało przeciętny film do szybkiego zapomnienia. A mimo to okazało się po raz kolejny, że wystarczy solidne hollywoodzkie rzemiosło, by spędzić przed ekranem przyjemne dwie godziny na oglądaniu bohaterskiej, ale zupełnie zwyczajnej (popłynęli, uratowali, ale czy wrócą?) historii największej w historii amerykańskiej Straży Przybrzeżnej akcji ratunkowej przy użyciu małej łodzi. (Ale krótki wstęp). Recenzja filmu Czas próby. Czas próby [The…

Czas na ocenę:

Ocena: 7

7

wg Q-skali

Podsumowanie: Początek lat 50. ubiegłego wieku. Czworo śmiałków w małej łódce rusza poprzez sztorm na ratunek tonącemu tankowcowi. Sztampowe, heroiczne, amerykańskie kino, które fajnie się ogląda.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.