DJ Ren, DJ Yella, Dr. Dre, Eazy-E, Ice Cube - recenzja filmu Straight Outta Compton
- Jaki jest twój ulubiony klub piłkarski?

Recenzja filmu Straight Outta Compton, czyli Fuck tha PG-13

Fuck tha police, Comin straight from the underground, Young nigga got it bad cuz I’m brown, And not the other color so police think, They have the authority to kill a minority.

F. Gary Gray – mój ulubiony reżyser

Czasem tak jest, że nic nie dzieje się przypadkiem. I tak właśnie można powiedzieć o Straight Outta Compton, który zdaje się krążył wokół reżysera F. Gary’ego Graya już od połowy lat 90. kiedy to najpierw wyreżyserował parę teledysków Ice’a Cube’a i Dra Dre, a zaraz potem debiutował na dużym ekranie. Świetnym Piątkiem, w którym główną rolę obok Chrisa Tuckera zagrał właśnie Ice Cube. Dla młodego reżysera była to przepustka do pierwszoligowego kina, którą trochę wykorzystał, a trochę jednak nie.

F. Gary Gray, Ice Cube i Chris Tucker on a set of Friday

– Getto moje widzę ogromne.

Tak samo jak trochę i ja przesadzam z tym mianem „mojego ulubionego reżysera”, ale tylko dlatego, że nie mam żadnego ulubionego reżysera, a jedynie kilku takich, którzy mogliby pokręcić się w pobliżu tego miana. A wśród nich Greya, który kontynuował „czarny” temat w jeszcze lepszych Desperatkach, by za chwilę kontynuować dobrą passę bardzo fajnym, choć już nie tak „czarnym” Negocjatorem. A potem bywało różnie. Dość powiedzieć, że Grey po Prawie zemsty (bardzo fajnym, choć niedocenianym, no i trochę jednak naiwnie głupim) zrobił sobie sześć lat przerwy. A po niej powrócił w wielkim stylu filmem, który zarobił najwięcej spośród muzycznych biopików w całej historii kina.

Drobny rys historyczny Straight Outta Compton

Podobnie jak w przypadku historii Chin przy okazji The Crossing Johna Woo, także i o historii rapu nie mam pojęcia. Nigdy nie fascynowałem się tym gatunkiem muzyki, a po wysłuchaniu w trakcie filmu kilku późniejszych kawałków Cube’a i Dra Dre utwierdziłem się w przekonaniu, że nie ma się co dziwić – wszystkie te kawałki były na jedno i to samo kopyto. Hej, jestem czarnuchem i cię rozpierdolę lalalala. Mada mada fak. Nie przeszkadza mi to jednak w szarpnięciu się na króciutki rys historyczny wprowadzający w czasy, w których dzieje się akcja najnowszego filmu Graya.

DJ Jazzy Jeff i The Fresh Prince na okładce płyty Homebase.

– Jak oni mogą o nas mówić per kolorowi?

Albo nie, nie będę się wygłupiał i zostanę przy tym, czego w większości dowiedziałem się z filmu. Jest więc końcówka lat 80. Na raperskiej scenie królują kolorowi (nomen omen) przebierańcy typu DJ Jazzy Jeff i The Fresh Prince, którzy rapują o tym, że nie rozumieją ich rodzice i że dziewczyny to tylko kłopoty. Ich teledyski i wesołe piosenki wydają się zakłamywać ponurą rzeczywistość murzyńskich gett, w których rządzi przemoc i biała policja nadużywająca uprawnień i właściwie bezkarna. Na porządku dziennym jest handel narkotykami i strzelaniny, a średnia życia czarnoskórego gangstera nie przekracza dwudziestki. Generalnie sytuacja jak z Boyz n the Hood czy Menace II Society kolejnych moich ulubieńców – braci Hughes. Dysonans pomiędzy tymi dwoma światami zauważa jeden z głównych bohaterów Straight Outta Compton Ice Cube (oczywiście nie on pierwszy, na hiphopowej scenie Zachodniego Wybrzeża hardkorowo rapuje już m.in. Ice-T), który do swoich nawijek dorzuca podlane sosem z przekleństw obserwacje z życia gangsterów i zwykłych obywateli szykanowanych przez gliny. Do ekipy wkrótce nazwanej N.W.A. (akronim od Czarnuchów Z Charakterem) dołącza miejscowy gangster Eazy-E, wyrzucony z domu przez matkę muzyczny marzyciel Dr. Dre plus ich kolesie. I tak zaczyna się historia złotego okresu gangsta rapu.

Twórcy Jesteś Bogiem nie mają się czego wstydzić

No dobrze, to sprawę fabuły mamy właściwie załatwioną w poprzednim paragrafie. Straight Outta Compton („Prosto z Compton” od tytułu pierwszej płyty N.W.A., ale też od miejsca powstania składu) opowiada burzliwą historię N.W.A., a właściwie to jego członków, bo z powodu różnych zakrętów w życiu i złych wyborów ekipa z Compton nie utrzymała się za długo razem. W parze z historią muzyków toczy się również historia Ameryki, która zatacza kręgi wobec przełomowego dla kolorowej sprawy pobicia Rodneya Kinga. Ale to tylko tło wydarzeń, w których najważniejsza jest trójka głównych bohaterów: Eazy, Cube i Dre. Na przykładzie ich losów poznajemy historię muzycznego gatunku i jego ewolucji. Zagłębiamy się w świat koncertów, śliskich menadżerów, szalonych imprez pełnych szeroko rozumianego towaru i powoli obserwujemy jak rzeczywistość ulicy przenika do rapowego świata, by zawładnąć także i nim. Przy okazji stawiając bohaterów, niedawnych przyjaciół, po różnych stronach barykady.

I tak oglądając to wszystko, oczywiście z zachowaniem wszelkich proporcji, można śmiało stwierdzić, że twórcy podobnego tematycznie polskiego Jesteś Bogiem naprawdę nie mają się czego wstydzić, bo klimatycznie obydwu filmów wiele nie różni. To, w czym SOC przeważa to (budżet) fakt, że jednak jego bohaterowie mają do czynienia z nieporównywalnie bardziej skomplikowanym światem, w którym problemem nie jest to, że nie umiesz zeszlifować klucza na zajęciach ZPT, a to, że wychodząc z domu możesz dostać kulkę. Dzięki temu widz dostaje o wiele bardziej ciekawą historię, w której dzieje się wiele, a przecież nie wszystkie wątki zdołano tu pociągnąć. Ale o nich na końcu.

bohaterowie Straight Outta Compton idą przed siebie

Nadchodzą Niggersi z attitudą.

Ocena Straight Outta Compton musi być pozytywna

Nie dziwi więc fakt, że film Graya przebojem wdarł się do amerykańskich kin i wyszarpał grubo ponad sto milionów dolarów zysku przy niecałych trzydziestu milionach budżetu. To, co sprawia, że świetnie się go ogląda to właśnie opowiadana tu historia, w której za zakrętem co trochę czekają kolejne zakręty. Może i Straight Outta Compton nie jest wybitnie wyreżyserowany, może i momentami za bardzo przypomina telewizyjny film, a bohaterowie okazują się bez ostrzeżenia zwykłymi prostakami (trudno ich obwiniać i twierdzić, że zachowałoby się inaczej), ale nie sposób się na nim nudzić. Szczególnie że od początku do końca dudni wpadającym w ucho bitem (wiem, napisałem wcześniej, że wszystko na jedno kopyto, ale to nie zmienia faktu, że muza w kinie – jaka by nie była – zwykle super brzmi), który dodatkowo wprowadza nas w świat czarnego Zachodniego Wybrzeża przełomu lat 80. i 90.

Straight Outta Compton ma swoje wady, o których częściowo wspomniałem już chwilkę wyżej. Głównym zarzutem, jaki mam do filmu Greya jest to, że według mnie reżyser nie przyłożył się do końca, żeby z ekranu „czuć” było, że akcja filmu dzieje się ćwierć wieku temu. Sam nie wiem, z czego to wynika, może to kwestia zbyt wyraźnego obrazu (sic!), który powoduje, że ma się wrażenie (no ja miałem), że to wcale nie lata 80/90 tylko czasy bardziej współczesne. Same stroje, rekwizyty itp. nie wystarczą, żeby oddać klimat przeszłości. Niedalekiej, ale jednak przeszłości. Po filmie, który wylądował w pierwszej dziesiątce filmów z największą liczbą przekleństw spodziewałbym się większego syfu i dziadostwa. A tu wszystko ładne, piękne, człowiek się dziwi, że ktokolwiek chce uciekać z takiego getta.

Osobiście czekam też na film o rapie, hip-hopie, łotewer, bo nie rozróżniam, w którym pokażą mi, skąd się, kurna, biorą bity! Jak się je tworzy, czym się różnią (bo na ucho to słychać, że niczym) i jak powstaje proces ich tworzenia. Nie wystarczy mi scenka, w której Dr. Dre słucha Duke’a Ellingtona, bo potem jest jak zawsze. Z filmów o tej muzyce zwykle wynika, że najważniejsza jest nawijka. Bo muzyka (bity) są już gotowe i już.

Dobra, trzeba kończyć, więc już oszczędzę aktorów, którzy Oscara nie mają się co spodziewać. O’Shea Jackson Jr. jest podobny do Ice’a Cube’a jak dwie krople wody (no w końcu to jego syn) i jak na debiut to wypadł bardzo dobrze, ale jeszcze długa droga przed nim, o ile w ogóle chce być aktorem.

Ice Cube i O'Shea Jackson Jr. w programie Conana O'Briena.

Co po Straight Outta Compton?

Słowo się rzekło, Straight Outta Compton nie pociągnął wszystkich możliwych wątków za koniec opowiadanej historii wybierając pewno konkretne wydarzenie. No ale trudno, żeby film trwał cztery godziny (pierwsza gotowa wersja miała trzy i pół godziny, dadzą ją na nośnikach? oby!). Szczególnie ciekawy jest wątek właściciela Death Row Records Suge’a Knighta, który za chwilę będzie maczał paluchy w wydarzeniach związanych ze śmiercią 2Paca (2Pac pojawia się na chwilę w Straight Outta Compton, to samo Snoop Dogg). Ale nic straconego. Dzięki sukcesowi kasowemu filmu już wiadomo, że niedługo czeka nas jego kontynuacja, w której pociągnięty zostanie właśnie ten wątek. Pozostaje więc tylko czekać na Dogg Pound 4 Life.

(1971)

Fuck tha police, Comin straight from the underground, Young nigga got it bad cuz I'm brown, And not the other color so police think, They have the authority to kill a minority. F. Gary Gray - mój ulubiony reżyser Czasem tak jest, że nic nie dzieje się przypadkiem. I tak właśnie można powiedzieć o Straight Outta Compton, który zdaje się krążył wokół reżysera F. Gary'ego Graya już od połowy lat 90. kiedy to najpierw wyreżyserował parę teledysków Ice'a Cube'a i Dra Dre, a zaraz potem debiutował na dużym ekranie. Świetnym Piątkiem, w którym główną rolę obok Chrisa Tuckera zagrał właśnie…

Czas na ocenę:

Ocena: 8

8

wg Q-skali

Podsumowanie: Historia hip-hopowego składu, który wprowadził na salony gangsta rap. Tak się właśnie powinno robić biopiki.

3 odpowiedzi

  1. „Osobiście czekam też na film o rapie, hip-hopie, łotewer, bo nie rozróżniam, w którym pokażą mi, skąd się, kurna, biorą bity! Jak się je tworzy, czym się różnią (bo na ucho to słychać, że niczym) i jak powstaje proces ich tworzenia.”

    No to w sumie był, „Hustle & Flow”:)

  2. Quentin

    A widzisz, zapomniałem dodać, że SOC od H&F jednak nie jest. Aż sobie przypomnę chyba, bo jak oglądałem to chyba jeszcze nie miałem problemu z bitami :)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.