„Jeśli żyjesz wystarczająco długo, zobaczysz jak twoje marzenia umierają powolną śmiercią. Młodzi ludzie nie wiedzą, jak mają dobrze. Jeszcze nie wiedzą, że większość planów im się nie ziści. Zwykle coś się popsuje. Łatwiej jest po prostu przestać się starać. Wszyscy mamy nadzieję, ale nadzieja to za mało”. Recenzja filmu Song Sung Blue.
O czym jest film Song Sung Blue
Mike Sardina (Hugh Jackman) ma duszę artysty. Ten niepijący od 20 lat weteran wojny w Wietnamie zapewnia rozrywkę spragnionym muzyki występując jako sobowtór (czytaj oddając hołd) znanych i lubianych wykonawców muzyki popularnej. Marzyłoby mu się jednak coś więcej. Nadzieję na to daje spotkanie przebojowej Claire (Kate Hudson), która występuje w podobnych widowiskach śpiewając piosenki Patsy Cline. To ona zwraca uwagę na podobieństwo Mike’a do Neila Diamonda. Początkowo niechętny takiemu rozwiązaniu, Mike zauważa w nim pomysł na występ, który mógłby zapewnić mu większą popularność. Może nawet rezydenturę w Las Vegas? Kluczowa dla powodzenia tej operacji jest Claire, z którą tworzy duet Lightning & Thunder. Pierwsze występy z pomocą przyjaciół muzyków dają nadzieję na to, że przed dwójką artystów amatorów po przejściach jest jeszcze jakaś przyszłość.
Zwiastun filmu Craiga Brewera
Recenzja filmu Song Sung Blue
Był rok 2008, gdy widzów festiwalu w Sundance zachwycił dokument zatytułowany Song Sung Blue. Do końca nie było wiadomo czy w ogóle zostanie tam zaprezentowany, bo jego twórcy czekali na zgodę Neila Diamonda na wykorzystanie jego piosenek. Ta przyszła, film odniósł sukces, o Mike’u Sardinie i jego żonie Claire usłyszało więcej świata niż tylko rodzinne Wisconsin.
I to właśnie ta, dość chałupnicza produkcja będąca duchowym, muzycznym bratem wcześniejszego o kilka lat American Movie stała się podstawą do powstania nowego dzieła Craiga Brewera. Faceta, który dał nam znakomity Pod prąd z 2005 roku, ale też zupełnie chujowego Księcia w Nowym Jorku 2 sprzed pięciu lat, który to był tak słaby, że na swój kolejny film Brewer musiał poczekać aż do ubiegłego roku (wiem, wiem, wcześniej też nie kręcił co roku). Poczekał i znów sięgnął po bliskie sercu klimaty muzyczne, co nie od razu miało oznaczać, że będzie dobrze, bo Brewer nakręcił też przecież koszmarny remake Footloose.
No ale wyszło dobrze. Szczególnie dla kogoś takiego jak ja, który tego typu opowieści oparte na faktach łyka jak parkometr pod Pałacem Kultury monety. Jest w Song Sung Blue wszystko co lubię (co? poczytajcie Q-Bloga to się dowiecie, ale koniecznie wszystkie recenzje), więc mogę też być nieco nieobiektywny przy końcowej ocenie. Bo to nie tylko prawdziwa historia, ale też fajna muzyka (nawet jeśli przed seansem znałem tylko półtorej piosenki Neila Diamonda), na wskroś amerykańska opowieść w wielu jej aspektach, no i po prostu film bez żadnych zbędnych kombinacji, które miałyby go unowocześnić czy coś w tym stylu. Cokolwiek miałoby oznaczać „kino w starym stylu”, Song Sung Blue jest właśnie takim kinem w starym stylu. I dobrze, bo siadasz, oglądasz i nie zastanawiasz się, czemu tu jest takie marne CGI.
Oczywiście najważniejsza jest historia Mike’a i Claire, która prowadzi nas na obrzeża amerykańskiej muzyki rozrywkowej i do domu ludzi, którzy swój prime mają już dawno za sobą. No ale nadal mają marzenia i postanawiają o nie walczyć, gdy przychodzi ku temu okazja. Spotkanie Mike’a i Claire to nie tylko przełom w ich życiu zawodowym, ale też prywatnym. Para zakochuje się w sobie bez pamięci i wspólnie przeżywa wzloty i upadki, jakie przynosi jej przyszłość.
No i jest tych upadków znacznie więcej niż wzlotów, dlatego film Brewera dość niespodziewanie z utrzymanego w lekkim tonie zamienia się w grecką tragedię w domku na przedmieściach. Być może ten przeskok i fura nieszczęść, jakie na naszą parę bohaterów spadają wydaje się być zbyt przesadzona i niepotrzebna, no ale rzut oka na wcześniejszy dokument wystarczy, by zauważyć, że pomimo tego wszystkiego, to nadal jest tylko ugładzona, hollywoodzka wersja prawdziwych wydarzeń. Dość wierna, ale polukrowana jak na film z Hollywood przystało.
Fabuła nie wytrzymuje zderzenia z dokumentem. Już bez znajomości dokumentu film Brewera w trakcie jego trwania przestaje błyszczeć tak jak w początkowych minutach, do końca pozostając jednak dziełem, które mi się podobało. Dziełem, przy którym tupałem nóżką i przy którym uroniłem łzę. No ale nie zmienia to faktu, że zbyt często wieje tutaj z ekranu tanizną, a niektóre kreacje są w najlepszym wypadku przesadzone, a w najgorszym zębobolące (nie dało się wymienić w postprodukcji syna Claire na jakiegoś zdolnego aktora z AI?).
A kiedy dołożyć do tego znajomość dokumentu, trochę boli stracona szansa na coś więcej niż hollywoodzka wersja bardzo surowej i przyziemnej historii, w której więcej jest grania do pustych krzeseł niż występów u boku Eddiego Veddera. A jej główni bohaterowie nie są tak idealni jak ci wykreowani przez świetną Kate Hudson i przeciętnego Hugh Jackmana. Szczególnie ten drugi chyba nie odrobił lekcji z prawdziwego Mike’a Sardiny (zresztą nie odrobił też chyba lekcji castinger, bo gdzie mierzącego 188 cm Jackmana wzięliby w Wietnamie na szczura tunelowego?), bo na ekranie pozostało z niego właściwie tylko chodzenie po domu w majtkach i finezyjna fryzura. No i ładny głos, bo para Jackman/Hudson osobiście wykonuje w filmie piosenki Diamonda. A może po prostu nikomu nie zależało na tym, by w słodko-gorzkiej opowieści o marzeniach umiejscowić postaci głównych bohaterów, którzy w prawdziwym życiu jednak lekko zalatywali patologią. No ale może to tylko moje wrażenie. Może pod innym reżyserem i z inną koncepcją opowiedzenia tej historii, Jackman mógłby nawet pomyśleć o Oscarze.
Ostatecznie jednak oceniam fabułę, a nie dokument ani stopień prawdziwości pokazanej na ekranie historii (ta pomijając niuanse i takise wątek chorego serca jest nadal spora). A fabuła mi się podobała, bo jak pisałem, lubię takie filmy i nie znalazłem tu nic, co sprawiłoby, że przestałem.
(2656)
Ocena Końcowa
7
w skali 1-10
Podsumowanie : Pomimo wieku, Mike i Claire wciąż mają marzenie o podboju scen. Założony przez nich duet zapowiada się na muzyczny hit. Oparta na prawdziwej historii i nakręcona w starym, dobrym stylu słodko-gorzka opowieść o marzeniach i zderzeniu z rzeczywistością. Świetna Kate Hudson i piosenki.
Podziel się tym artykułem:
