Rainn Wilson trzyma zapaloną zapałkę w filmie Cooties - recenzja
- Lulu, skurwysyny! - Rainn Wilson w filmie Cooties.

Recenzja filmu Cooties, czyli Lulu, skurwysyny!

Powitajmy wśród q-blogowych recenzji kolejny film, który od bardzo dawna oczekiwał na liście Do Obejrzenia. Trochę potrwało wprowadzenie Cooties do normalnej dystrybucji, ale w końcu się doczekaliśmy.

Czy było warto czekać?

Hmm :). To zawsze ten smutny moment w recenzjach filmów z listy Do Obejrzenia, kiedy nie można tak po prostu napisać: „Jakie to było dobre! Oglądać bez zastanowienia!”. W przypadku tych filmów, siłą rzeczy, zawsze mam wyższe oczekiwania niż w stosunku do innych i naprawdę muszą się postarać, żeby im sprostać. A odpowiadając wprost na postawione wyżej pytanie trzeba napisać: No tak, na pewno warto obejrzeć, choć to już nie ten sam poziom zajebistości co Turbo Kid.

O czym jest film Cooties?

Fabuła napisanego m.in. przez Leigh Whannella (to ten koleżka od Piły i całej kupy innych filmów; np. The Mule skoro mowa o kupie (tej niemetaforycznej)) i wyreżyserowanego przez debiutujący duet Jonathan Milott, Cary Murnion Cooties jest prosta jak przysłowiowa konstrukcja cepa. Oto pewnego dnia w jednej z amerykańskich szkół uczniowie zostają zarażeni przez bliżej nieokreślonego wirusa. Wirus powoduje, że zamieniają się w minizombiaki i zaczynają atakować wszystko, co nawinie się przed ostre zęby. A że to szkoła, to pod zęby nawijają im się nauczyciele (m.in. Elijah Wood, Rainn Wilson, Alison Pill). Biedni członkowie ciała pedagogicznego zostają zmuszeni do walki o swoje życie.

Pomysł na Cooties jest mało oryginalny, ale nikomu to nie przeszkadza

Cooties to przykład filmu nie przytłoczonego przez nadmierne ambicje i nie chodzącego z głową w chmurach. Takie podejście jest tutaj potrzebne, bo wszelkie próby udawania czegoś skazane byłyby na porażkę. A tak to wyszedł porządny debiutancki film, którego twórcy wiedzą, że nie opowiadają czegoś nowego. Ten dystans do sprawy pokazuje choćby postać głównego bohatera, który właśnie pisze swoją pierwszą w karierze książkę. – O czym ona będzie? – O facecie, który kupuje łódź, ale nie wie, że jest ona opętana. – Jak Christine. – Co?! – No wiesz, Christine Stephena Kinga. Ta scena w pokoju nauczycielskim mówi wszystko. Tak, wiemy, że było już na przykład The Faculty (wiemy choćby stąd, że Elijah grał i tam), ale mamy to w dupie.

Bez kompromisów

Cooties prezentuje też jedyne właściwie podejście jeśli chodzi o ekranową przemoc. W 97 na 100 amerykańskich filmów dzieciaki byłyby bezpieczne, a jeśli już by ginęły to gdzieś poza kadrem. Tu nie ma możliwości udawania, bo przecież to właśnie dzieci trzeba zabijać w ilościach hurtowych, więc i w tym przypadku nikt nie udaje. Dzieciaki klną, giną, krwawią – trzeba się było nie zarażać! Oczywiście wszystko to okraszone jest koniecznym w takich sytuacjach humorem i jest go dużo, bo koniec końców Cooties jest czarną komedią i jako taką komedię trzeba go traktować. Żarty czasem balansują tu na niebezpiecznym poziomie przesady, ale parę autentycznie zabawnych momentów się w filmie znalazło.

plakat filmu Cooties - recenzja

Nie mylić z Goonies.

Czego zabrakło?

Chyba trochę klimatu i chyba trochę pieniędzy. Nie jest to film, w który wsiąka się od początku i potem już do końca ma się świetną zabawę i nieustannie nie może się nadziwić, skąd u ludzi takie pomysły. Innymi słowy: nie jest to poziom Martwicy mózgu. Na taki stan rzeczy wpływa pewnie również niewielki na oko budżet. To sprawia, że takich naprawdę gore gore scen jest tu chyba… jedna. Sporo w Cooties krwi, ale szybki montaż i trzęsąca kamera nie pozwalają na dokładnie przyjrzenie się efektom krwawej rozpierduchy. Ale może to i lepiej, bo widać, że mistrz świata w charakteryzacji nad tym filmem nie pracował.

Zatem (wiem, za dużo śródtytułów)

Cooties to film na dobrym poziomie, który przez cały film jest równy i nie notuje żadnych wahnięć. Jednak wyraźnie to bardziej bilet dla jego twórców do lepszego kina niż film, który mógłby ich od razu ustawić na poziomie „chcemy was do kolejnego spin-offu Gwiezdnych wojen!”. Co za tym idzie warto poczekać na kolejny efekt współpracy duetu Murnion&Milott.

A Cooties po prostu obejrzeć w wolnej chwili dla relaksu. A jak komuś potrzeba głębszych przemyśleń to Cooties też się nada, bo przypadkowo świetnie wpisuje się w aktualny akurat temat żywienia w szkołach :).

(1976)

Powitajmy wśród q-blogowych recenzji kolejny film, który od bardzo dawna oczekiwał na liście Do Obejrzenia. Trochę potrwało wprowadzenie Cooties do normalnej dystrybucji, ale w końcu się doczekaliśmy. Czy było warto czekać? Hmm :). To zawsze ten smutny moment w recenzjach filmów z listy Do Obejrzenia, kiedy nie można tak po prostu napisać: "Jakie to było dobre! Oglądać bez zastanowienia!". W przypadku tych filmów, siłą rzeczy, zawsze mam wyższe oczekiwania niż w stosunku do innych i naprawdę muszą się postarać, żeby im sprostać. A odpowiadając wprost na postawione wyżej pytanie trzeba napisać: No tak, na pewno warto obejrzeć, choć to już…

Czas na ocenę:

Ocena: 7

7

wg Q-skali

Podsumowanie: Wirus zamienia uczniów letniej szkoły w zombie. Do walki z nimi stają nauczyciele. Nie szukajcie metafory, szukajcie porządnej zabawy.

3 odpowiedzi

  1. No i proszę, tu się zgadzamy chyba w 100%. Przyjemne połączenie komedii niż horroru, w którym lepiej wypadają sceny i postaci komediowe niż te związane z kinem grozy (do gore i scen akcji można by mieć trochę zastrzeżeń). Czuć w tym dystans twórców do dzieła i siebie (aluzje do roli Wooda we „Władcy…”, smaczki typu plakat „Dziewczyny która wraca sama nocą do domu” na ścianie kina, które mijają bohaterowie), a kilka żartów i postaci autentycznie bawi, więc zabawa niczego sobie. :)

  2. Ten plakat to jeszcze głębsza rozkmina, bo to kręcili ze dwa lata temu, więc Dziewczyna to chyba tylko gdzieś w Sundance może była znana, a może i wciąż kręcona. W każdym razie na czuja wydaje mi się, że tu coś więcej jest niż tylko ukłon w postaci plakatu, ale oczywiście ani mi się nie chciało sprawdzać ani nie mampewności czy mi się tylko zdaje :))

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.