Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!
Dustin Hoffman w filmie Boychoir - recenzja
A na uroczystej kolacji z okazji zakończenia zdjęć - fotka z mistrzem.

Recenzja filmu Boychoir, czyli śpiewać każdy może

Dycham, prycham, smarkam, ledwo zipię. Czuję, że w końcu uda mi się napisać krótką recenzję.

Nie będzie kabaretu, będzie chór

Przechodzimy od razu do rzeczy i przedstawiamy młodego Steta. Stet jest zbuntowanym chłopakiem, który nie może przystosować się do otoczenia, w jakim żyje. Nie pomaga mu w tym matka alkoholiczka, która ma inne rzeczy na głowie niż opieka nad synem. Wkrótce zresztą nie ma już czasu na nic, bo ginie w wypadku samochodowym. Tak się szczęśliwie składa, że Stet ma głos jak aniołek i ojca, który się nim do tej pory nie interesował, ale teraz się okazuje, że jest całkiem bogaty. I żeby pozbyć się kłopotu niechcianego syna (sam ma inną rodzinę i dwie córki) wysyła go do szkoły z internatem, w której rezyduje światowej sławy chór dziecięcy. Nie bez kłopotów Stet dostaje się do zespołu i żeby się w nim utrzymać będzie musiał pokonać swoją naturę, a także lata zaniedbań w kształceniu pięknego głosu i nieznajomość nut. Pomoże mu w tym, nie bez początkowej niechęci, szefu chóru Stanisław Anioł… wróć szefu Carvelle (Dustin Hoffman).

Trochę jakby Whiplash, ale nie do końca

Podczas oglądania Boychoir trudno się oprzeć wrażeniu jego podobieństwa do świetnego Whiplash. Zdeterminowany młody człowiek, który chce coś znaczyć w muzyce (choć bardziej po prostu śpiewać) i znany na świecie mentor, który nie będzie mu podkładał pod nos bułeczek z masłem i koktajli ze świeżego jajka, czy co tam się spożywa na lepszy głos. Skojarzenie właściwe, ale porównanie obydwu filmów z każdej strony wypada na korzyść pełnego emocji Whiplash, gdzie napięcie wylewa się z perkusji na widownię, a krew, pot i łzy są nieodłącznymi towarzyszami głównego bohatera. Tego wszystkiego nie ma w Boychoir, a kariera chłopaka rozwija się jak po sznurku. Nie ma nawet żadnych nieprzyzwoitych podwątków, czego można by się spodziewać po filmie o chórze chłopięcym. Ma oczywiście nasz bohater po drodze parę wybojów, ale nie są to wyboje na tyle poważne, żeby choć przez chwilę mógł się zmartwić, że coś pójdzie nie tak. Szczęśliwe zbiegi okoliczności towarzyszą mu do samego końca, a Dustin Hoffman nawet nie musi podnosić na niego głosu. Właściwie to jego rolę (Dustina) mógłby zagrać sobowtór i nikt by nie zauważył.

Słaby scenariusz, przyzwoity film

Tak to niestety wygląda. Przebywanie w chłodnym budynku ąę akademii muzycznej, czy co to tam było (mieli WF, ale chyba nie mieli fizyki) skutecznie chłodzi jakiekolwiek emocje, a autor scenariusza nawet nie stara się dodać do niego trochę pieprzu. Szkoda, bo realizacja jest doprawdy porządna (w stylu Stowarzyszenia umarłych poetów), a i w obsadzie obok Hoffmana jest też Kathy Bates (i koleś na wózku z Glee; tym razem bez wózka), więc miałby kto zagrać poważniejsze problemy niż durne kłótnie o to, czy wylać ze szkoły chłopaka, któremu inny chłopak podwójnie zalazł za skórę, ale ten inny może zostać, nie ma tematu. Jeśli jakimś cudem skusicie się na seans, to będziecie wiedzieć o co chodzi.

I ostatecznie można by przymknąć oko na przewidywalny scenariusz, gdyby w filmie o chłopięcym chórze pojawiły się zapierające dech w piersiach wykony. I takie się pojawiają, dużo tu chóralnego śpiewu, ale mam wrażenie, że zostało to ugryzione z trochę złej strony. Zupełnemu laikowi trudno jest odróżnić gdy jakiś bohater śpiewa źle od tego, gdy śpiewa dobrze. Przeważnie wszystko brzmi dobrze. Wobec tego co i rusz się dziwi, że ktoś kogoś opieprza, że źle śpiewa. No jak, przecież fajnie zaśpiewał. Cóż, wydaje mi się, że dla laików powinno to być przedstawione bardziej czytelnie. Nie wiem, może powinni śpiewać piosenki Katy Perry na modłę chóralną to by łatwiej było słychać fałsze. A tak to bez wprawnego ucha przez cały film ma się wrażenie, że wszyscy wymiatają wokalnie. PS. Uważajcie na szkło i nie oglądajcie Boychoir zbyt głośno. Wysokich tonów tu pod dostatkiem.

Boychoir – ocena

Ocenę znajdziecie tam, gdzie zawsze :P. Zaś słowem podsumowania dodam tylko, że nie jest Boychoir stratą czasu i zawsze to coś innego – mało jest filmów o muzyce chóralnej. Zrealizowany został na poziomie, główny chłopak jest sympatyczny (choć miny ma tylko dwie) i nie ma mowy o kaszanie typu Drumline 2. Ale jak na film o brzmiącej milionem emocji muzyce, w samym filmie wieje chłodem i zbyt obojętnym podejściem do historii.

(1960)

PS. Nie udało się.

Dycham, prycham, smarkam, ledwo zipię. Czuję, że w końcu uda mi się napisać krótką recenzję. Nie będzie kabaretu, będzie chór Przechodzimy od razu do rzeczy i przedstawiamy młodego Steta. Stet jest zbuntowanym chłopakiem, który nie może przystosować się do otoczenia, w jakim żyje. Nie pomaga mu w tym matka alkoholiczka, która ma inne rzeczy na głowie niż opieka nad synem. Wkrótce zresztą nie ma już czasu na nic, bo ginie w wypadku samochodowym. Tak się szczęśliwie składa, że Stet ma głos jak aniołek i ojca, który się nim do tej pory nie interesował, ale teraz się okazuje, że jest całkiem…

Czas na ocenę:

Ocena: 6

6

wg Q-skali

Podsumowanie: Młody, utalentowany, ale i krnąbrny chłopak dołącza do światowej sławy chóru chłopięcego. Cierpiący na brak emocji film, o którym każdy wie, jak się skończy.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.