plakat filmu Dobosz 2 Drumline A New Beat
Nawet główna bohaterka filmu stawia na nim krzyżyk.

Wybijcie to sobie z głowy – recenzja filmu Dobosz 2: W nowym rytmie

Upały takie, że i tak nikomu nie chce się nic czytać, więc zrecenzuję byle co i byle jak. Byle tylko dziury w kalendarzu nie było.

Choć stosunek do tej recenzji mam byle jaki, to nie znaczy, że drugą część świetnego Drumline obejrzałem od niechcenia, byle tylko coś zobaczyć i mieć o czym napisać. Wręcz przeciwnie, ucieszyłem się, gdy wpadło mi w oko, że ktoś nakręcił sequel. Zastanawiałem się tylko, czemu nic o nim nie wiem. Po obejrzeniu paru minut już wiedziałem, dlaczego wcześniej nie spotkałem się choćby ze wzmianką o drugiej części filmu.

Nie wiem, czy znacie pierwszą część, kto wie, może nie, bo nie jest to jakiś specjalnie popularny film. Ale trzeba wyraźnie zauważyć, że Drumline (jakoś nie mogę się przyzwyczaić do polskiego Dobosza) to jeden z niewielu filmów leżących na kolejnej z moich dziwnych list, których nigdzie nie zebrałem, ale czasem o nich wspominam. Ta lista to: filmy, które obejrzałem przypadkiem, a które powinny być o wiele bardziej popularne, bo są świetne. Tak, jedynka jest świetna i leży sobie na liście obok takich filmów jak np. Rykoszet, Pojedynek oszustów, czy Kolonia karna. Całkowicie różna tematyka, ale ta sama nie aż taka popularność, na jaką by zasługiwały.

Co dobrego można powiedzieć o dwójce to to, że w przeciwieństwie do wielu innych niskobudżetowych/telewizyjnych/prosto na DVD produkcji biorących sobie tylko tytuł oryginału i zatrudniających całkowicie nową obsadę spośród nieznanych aktorów, w Dobosz 2: W nowym rytmie wracają postaci z oryginalnego filmu. Minęło trzynaście lat, postarzali się i zajęci są swoim życiem. Jeden z nich, Sean Taylor, wraca na uniwersytet, na którym ze swoją orkiestrą święcił kiedyś triumfy. Teraz jego zadaniem jest przywrócenie uczelnianej orkiestrze dawnego blasku. A wśród nowych adeptów bębnienia w bębenek jest ambitna Dani.

Z oczywistych powodów w dwójce nie pojawiają się Zoe Saldana, czy Orlando Jones, a Nicka Cannona jest niewiele (chyba wykończyło go bycie mężem Mariah Carey, bo z obiecującego komedianta zamienił się w… a nie wiem, co on teraz robi, pewnie muzykę gra). Nie jest więc tak, że wszyscy powrócili, ale ciągłość historii została zachowana. Oczywiście jej clou stanowią przygody nowego narybku studentów i ich zmagania w drodze do mistrzostwa.

Słabe to wszystko niestety jest strasznie. Film cierpi na wszystkie grzechy telewizyjnych produkcji i od samego początku jest przeciętny do bólu. Mało śmieszny, mało emocjonujący, wszystko mało. Główni aktorzy nie potrafią też grać na bębnach przez co pół filmu to męczące zmiany kadrów pomiędzy zbliżeniem na dłonie, a zbliżeniem na twarz. Dopiero bliżej końca występy marszowych orkiestr nabierają rozmachu, ale i tak widać w tle doklejoną komputerowo widownię. Zero porównania z jedynką.

Jeśli więc koniecznie chcecie obejrzeć dwójkę, to lepiej obejrzyjcie jedynkę. A z dwójki zdobądźcie soundtrack, jeśli w ogóle gdzieś jest do zdobycia. Niczego Wam nie urwie, ale to bębnienie to jedyna dobra rzecz w drugim Doboszu.

Dziękuję za przeczytanie tej byle jakiej i krótkiej jak zawsze recenzji.

(1917)

PS. O kurde, zapomniałem wcisnąć gdzieś Whiplasha

Upały takie, że i tak nikomu nie chce się nic czytać, więc zrecenzuję byle co i byle jak. Byle tylko dziury w kalendarzu nie było. Choć stosunek do tej recenzji mam byle jaki, to nie znaczy, że drugą część świetnego Drumline obejrzałem od niechcenia, byle tylko coś zobaczyć i mieć o czym napisać. Wręcz przeciwnie, ucieszyłem się, gdy wpadło mi w oko, że ktoś nakręcił sequel. Zastanawiałem się tylko, czemu nic o nim nie wiem. Po obejrzeniu paru minut już wiedziałem, dlaczego wcześniej nie spotkałem się choćby ze wzmianką o drugiej części filmu. Nie wiem, czy znacie pierwszą część, kto…

Czas na ocenę:

Ocena: 4

4

wg Q-skali

Podsumowanie: Marszowa orkiestra z uniwersytetu w Atlancie walczy o powrót na szczyty. Nieudana kontynuacja świetnego filmu.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.