Macarena Gómez recenzja filmy Shrew's Nest
Macarena Gómez dorwała się do słoika z dżemem.

Rodzina, ach, rodzina – recenzja filmu Musarañas aka Shrew’s Nest

Zainteresowanie hiszpańskim horrorem od jakiegoś czasu chyba nieco przyblakło. Tak sobie teraz o tym myślę, kiedy zastanawiam się, jak zacząć tę recenzję. Był taki czas, kiedy na hiszpańskie horrory się czekało, a one spełniały oczekiwania i pojawiały się jeden za drugim. Nie zawsze spełniając oczekiwania jakościowe, choć pewnie miłośnicy wolno rozkręcających się filmów mogliby w tym momencie zaprotestować. Idąc ramię w ramię z azjatyckimi produkcjami zaspokajały potrzeby amatorów kinowego przestrachu. A potem okazało się, że jeden do drugiego są za bardzo podobne, żeby odróżnić je od siebie.

Ale to, że zniknęły z kin nie oznacza, że zniknęły w ogóle. Bo i czemu miałyby to zrobić? Doczekała się hiszpańska kinematografia kilku twórców, którzy ruszyli na podbój świata i których nazwiska dziś znaczą coś więcej nie tylko w rodzinnym kraju. Ten potencjał nie został zmarnowany, a ci, którzy już coś osiągnęli teraz pomagają innym. Tak jest w przypadku Musarañas (ryjówka/złośnica), którego producentem jest mój ulubiony Alex de la Iglesia. Wziął on pod swoje skrzydła debiutujący na dużym ekranie duet reżyserski Juanfer Andrés & Esteban Roel, a nawet odstąpił (przynajmniej tak to wygląda bez zagłębiania się w szczegóły) aktorów, którzy zagrali niedawno w jego Las Brujas de Zugarramurdi. Macarenę Gomez, Hugo Silvę i Carolinę Bang. Do nich dołączył w niewielkim, ale znaczącym epizodzie Luis Tosar oraz Nadia de Santiago, która kontynuuje swoją karierę rozpoczętą w wieku 10 lat.

lata 50. ubiegłego wieku. Życie bohaterek Musarañas, dwóch sióstr zamieszkujących razem w mieszkaniu w madryckiej kamienicy, toczy się wokół choroby jednej z nich – Motse. Cierpiąca na agorafobię kobieta boi wychodzić się z domu, a na życie zarabia zajmując się krawiectwem. Druga z sióstr dorasta i staje się coraz bardziej niezależna, choć wciąż nie może pozwolić sobie na wyfrunięcie z gniazda. A coraz bardziej, by tego chciała, bo często religijny fanatyzm jej starszej siostry prowadzi do spięć i rękoczynów. Napiętą sytuację potęguje znalezienie pod drzwiami mieszkania nieprzytomnego mężczyzny. Motse zabiera go do domu i zaczyna się nim opiekować. A on po odzyskaniu przytomności nie ma pojęcia, że nie mówi mu całej prawdy.

Napisałem wyżej cały akapit o horrorach, ale tak naprawdę Musarañas bliżej do psychologicznego thrillera. Granica między jednym a drugim jest jednak tak płynna, że z tego nadużycia chyba nie będę się tłumaczyć. Nie ma tu typowych dla horroru strachów wyskakujących znienacka zza winkla, ale jest umiejętnie budowana atmosfera wiszącego w powietrzu Czegoś, której nie potrzeba efektów specjalnych, a wystarczy skrywana gdzieś między czterema ścianami tajemnica z przeszłości. Tajemnica, która zdeterminowała życie bohaterek i cały czas wywiera na nim piętno. Brak typowych strachów zastępuje zaś trochę makabry, ale w stężeniu spokojnie przyswajalnym dla przeciętnego widza.

Musarañas jest filmem przewidywalnym. Wielu oceniających twierdzi, że nie jest to problemem, ale według mnie wręcz przeciwnie, jest problemem i to dość poważnym. Bez większego trudu można tu domyślić się rozwoju sytuacji i to przeszkadza w oglądaniu, bo trudno zastąpić ciekawość rozwiązania intrygi fajnym klimatem. Nie pomaga też fakt, że w Musarañas pobrzmiewają echa kingowej Misery, a porównania nasuwają się same. Nie ma co ukrywać, że Misery lepiej poradził sobie z tematem, ale też łatwiej mu było nie będąc porównywanym z innym tytułem. Dlatego im dalej w seans Musarañas tym bardziej byłem znużony. I choć nie można mu zarzucić nieumiejętnej realizacji – wszystko jest tip top – to jednak przydałby się mu jakiś zastrzyk adrenaliny.

Film Andrésa i Roela warto zobaczyć dla Macareny Gomez. Wpadła mi w oko już podczas oglądania ww. Las Brujas de Zugarramurdi, a w Musarañas bezapelacyjnie rządzi ekranem za każdym razem, gdy tylko się na nim pojawi. Pomaga jej w tym ta fajna umiejętność całkowitej zmiany wyglądu za pomocą jednej tylko miny. Dzięki temu w jednej chwili potrafi być posągowo piękna, by za chwilę przypominać prawdziwą paskudę. W połączeniu z głosikiem Jennifer Tilly i dobrym aktorstwem daje to super efekt, który zostanie ze mną najdłużej po seansie tego filmu.

(1939)

Zainteresowanie hiszpańskim horrorem od jakiegoś czasu chyba nieco przyblakło. Tak sobie teraz o tym myślę, kiedy zastanawiam się, jak zacząć tę recenzję. Był taki czas, kiedy na hiszpańskie horrory się czekało, a one spełniały oczekiwania i pojawiały się jeden za drugim. Nie zawsze spełniając oczekiwania jakościowe, choć pewnie miłośnicy wolno rozkręcających się filmów mogliby w tym momencie zaprotestować. Idąc ramię w ramię z azjatyckimi produkcjami zaspokajały potrzeby amatorów kinowego przestrachu. A potem okazało się, że jeden do drugiego są za bardzo podobne, żeby odróżnić je od siebie. Ale to, że zniknęły z kin nie oznacza, że zniknęły w ogóle. Bo…

Czas na ocenę:

Ocena: 6

6

wg Q-skali

Podsumowanie: Cierpiąca na agorafobię Motse ma coraz większe trudności z podporządkowaniem sobie młodszej siostry. Niespodziewanie w ich życie wkracza mężczyzna. Solidnie i po hiszpańsku, ale bez błysku.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.