Ben Barns i Katherine Heigl w filmie Jackie & Ryan
Chłopak z gitarą byłby dla mnie parą.

Zagraj to jeszcze raz – recenzja filmu Jackie & Ryan

Lubię takie „amerykańskie” filmy. Amerykańskie w cudzysłowie, bo nie dlatego, że nakręcone w Stanach, czy przez Amerykanów, ale opowiadające o takich zwyczajnych Stanach z dziada pradziada. Pociągi, zadupia, kredyty, żaden smartfonowy glamour XXI wieku. Lubię na tyle bardzo, że temu zupełnie przeciętnemu filmowi dam Siódemkę. Bo gdybym nie lubił, to dostałby Szóstkę. Co za szczęściarz!

Jackie & Ryan to właściwie drugi taki Inside Llewyn Davis tyle że obdarty z ambicjonalnie podchodzących do zadania braci Coenów i obdarty z historycznej otoczki zadymionych knajp kiedyś tam. Czyli w zasadzie można by zauważyć, że nie zostało w nim już nic, co mogłoby być ciekawe. Może i tak, ale mnie się go lepiej oglądało niż dzieło Coenów. Bo nie męczyła mnie ciążąca nad nim wielkość, której mimo zapowiedzi recenzentów itepe i tak w Davisie nie znalazłem. A ciążyła, wot paradoks. Jackie & Ryan jest takim zupełnie normalnym filmem obyczajowym i czasem dobrze takie obejrzeć. Ja lubię.

On, Ryan, jest ulicznym grajkiem, który podróżuje po Stanach pociągami i nie ma wielkich wymagań. Tu pograć, tam się przespać, wypić kawę na otwartym wagonie pociągu towarowego. Na tym kończą się jego ambicje. Coś tam komponuje, ale bardziej dla zabicia czasu niż dla wielkiej kariery, która śniłaby mu się po nocach. Ona, Jackie, była kiedyś gwiazdą muzyki pop, a teraz straciła ubezpieczenie zdrowotne, a za chwilę straci ukochaną córkę, którą chce jej odebrać wkrótce były mąż. Co się wydarzy, gdy ich drogi się przetną? Kto zgadnie? Każdy zgadnie.

I myślę, że wystarczy już tej recenzji. Jackie & Ryan jest spokojnym filmem z fajną, folkową muzyką i drętwą Katherine Heigl. W roli Ryana Ben Barns, którego nie kojarzę z niczego, ale jako że jest Brytyjczykiem, to pewno ma wielkie grono fangirlek. A, dobra, już widzę, koleś ma talent do występowania w filmach, które „obejrzę przy okazji”, czyli takich, które chętnie bym obejrzał, ale nie na tyle chętnie, żeby je obejrzeć. Film wyreżyserowała Ami Canaan Mann. Nazwisko nie jest przypadkowe, tak, to córka Michaela Manna. Na jej koncie znajduje się już przenudny Texas Killing Fields, ale na szczęście jej kolejne dzieło ogląda się już lepiej.

(1932)

Lubię takie "amerykańskie" filmy. Amerykańskie w cudzysłowie, bo nie dlatego, że nakręcone w Stanach, czy przez Amerykanów, ale opowiadające o takich zwyczajnych Stanach z dziada pradziada. Pociągi, zadupia, kredyty, żaden smartfonowy glamour XXI wieku. Lubię na tyle bardzo, że temu zupełnie przeciętnemu filmowi dam Siódemkę. Bo gdybym nie lubił, to dostałby Szóstkę. Co za szczęściarz! Jackie & Ryan to właściwie drugi taki Inside Llewyn Davis tyle że obdarty z ambicjonalnie podchodzących do zadania braci Coenów i obdarty z historycznej otoczki zadymionych knajp kiedyś tam. Czyli w zasadzie można by zauważyć, że nie zostało w nim już nic, co mogłoby być…

Czas na ocenę:

Ocena: 7

7

wg Q-skali

Podsumowanie: Drogi muzyka folkowego i samotnej matki przecinają się w ważnym momencie ich życia (tych osób, a nie dróg :P). Zwyczajny film obyczajowy.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.