Tower Heist, Służące, Texas Killing Fields

W związku z bliżej nieokreśloną i mam nadzieję krótkotrwałą niechęć do pisania recek, jaka mnie ostatnio dopadła postaram się w dwóch słowach opisać kilka (miało być więcej, ale po napisaniu notki już wiem, że będą tylko trzy) obejrzanych ostatnio filmów.

A może to nie niechęć, a po prostu poniedziałek i opad rąk z powodu nieprzyzwoitej ilości nowych odcinków seriali do obejrzenia?

Tower Heist: Zemsta Tytułotwórcy [Tower Heist]

Grupa pracowników eleganckiego apartamentowca zostaje oszukana przez jego właściciela, który sprzeniewierzył wszystkie ich pieniądze. Postanawiają się odegrać i dokonać śmiałej kradzieży 20 milionów dolarów. A może 10… Nieważne, o miliony chodzi.

Już ze zwiastuna wyglądało nieźle i całość rzeczywiście też wyszła niezła. Dobre rozrywkowe kino z gatunku heist-movie, na którym nie zauważyłem, żebym się nudził. A, co jeszcze ważniejsze, nie było chyba w nim ani jednej żenującej sceny, choć okazje do klozetowego humoru były, a i aktorzy nie stroniący od niego też (Stiller, choć chyba z tego wyrósł już). Zatem mamy humor na poziomie (no może nie wodospady łez, ale sympatyczny uśmiech), wartką akcję i sympatycznych bohaterów, którym kibicujemy.

Na upartego można poczuć się trochę zażenowanym z bzdur, w jakie zmuszono nas by uwierzyć. A może nawet i bardzo zażenowanym – pewnie znajdą się tacy. Ja zażenowany nie jestem, bo dobrze się bawiłem i kasy na bilet nie żałuję. Ale faktem jest, że razem z rozpoczęciem tytułowego skoku zaczyna się lawina bzdur, których usprawiedliwić w poważnym filmie by nie można było, ale w filmie łatwym, lekkim i przyjemnym można. Choć nie powiem, że nie wolałbym lepiej dopracowanej intrygi i samego skoku, ale mam wrażenie, że sami twórcy nie mieli na to pomysłu. Do tego momentu było bardzo fajnie i bez zastrzeżeń, a potem już do końca mało co się kupy trzymało.

Nie przeszkadza mi to jednak i film sobie z przyjemnością kiedyś tam jeszcze powtórzę. Szczególnie, że ze świecą szukać innych filmów, w których Eddie Murphy się nie marnuje. 8/10 za zapewnioną dobrą rozrywkę przy wyłączonym mózgu.

***

Służące [The Help]

Głupio mi teraz o tym filmie pisać, bo też mu 8/10 daję. No ale to zupełnie inna półka filmów na 8/10 niż powyższy. A zresztą, co ja się przejmuję?

Lata 60, południowe stany Ameryki. Mężowie siedzą w pracy, żony w domu, a czarnoskóre służące w kuchni. Kraj podziałów rasowych i miejsc tylko dla kolorowych. Kraina popołudniowego brydża, plotek i raucików. A w niej młoda dziennikarka, która wpada na pomysł napisania książki z punktu widzenia czarnoskórych służących. Co sądzą o swoich gospodyniach? Jak im się żyje? Co czują, o czym marzą, co mogą, a co jest dla nich niedostępne?

Nie bez przyczyny „Służące” zarobiły w Stanach kupę kapusty. To świetne obyczajowe kino, które o czymś widzowi mówi, a nie tylko pokazuje i zapewnia zabawę. Daje do myślenia i skłania do refleksji – szczególnie, jeśli miało się dziadka w Wehrm… w kolonialnym domu ze służbą. Nas, widzów z Polski dotyczy to trochę mniej, bo i film opowiada o innym świecie, w którym te biedne służące chodziły sobie po supermarketach pełnych żarcia, na które nam przyszło poczekać jeszcze ze trzydzieści lat.

Ale to nie tylko film o czarnoskórych mieszkankach Missisipi dony Martina Luthera Kinga i Johna F. Kenneddy’ego, ale też opowieść o kobietach po prostu (mężczyźni są tu na siódmym planie). Tych białych żyjących w schematycznym świecie robienia sutego obiadu i wyprawiania mężów i dzieci do pracy/szkoły. Tych, którym to odpowiada i które czują się w tym świecie jak ryby w wodzie, ale i tych, które chciałyby to zmienić wbrew osądzającym spojrzeniom z każdej strony. To opowieść o braniu losu we własne ręce niezależnie od koloru skóry i pozycji społecznej.

Ładnie nakręcony i dobrze zagrany film o świecie, który za chwilę na dobre zabije rewolucja seksualna i zniesienie podziałów rasowych. Oceniłbym go jeszcze wyżej, ale brakło mi trochę więcej humoru takiego jak w tej scenie, gdy blisko początku jedna służąca z drugą plotkują o przyzwyczajeniach swoich pracodawczyń. Ograniczonych tak samo, jak świat, w jakim żyją – osobna ubikacja dla służącej, która po wyjściu z niej nie myje rąk, a od razu bierze na ręce dziecko, którym się opiekuje.

***

Texas Killing Fields

Nie będę marnował czasu na szukanie, czy ten film wyreżyserowała córka Michaela Manna, czy jakaś tam bratanico-siostrzenica. Powiem tylko tyle, że jeśli ktoś się nazywa Kopernik, to jeszcze nie znaczy, że zna się na astronomii.

Nudne to kino bez ładu i składu i solidnego scenariusza. Reżyserka chciała chyba pójść w stronę lekko artystyczną, a to zawsze grozi zanudzeniem widza i doprowadzeniem do stanu, że sam chciałby być się stać ofiarą mordercy i nie musieć już oglądać filmu dalej.

TKF oparty jest na prawdziwych wydarzeniach, ale nie opowiada w zasadzie o niczym. Policjanci z Teksasu odnajdują ciała młodych kobiet i jak przystało na policjantów próbują rozwiązać tę sprawę. Wiele śladów wskazuje na działanie mordercy, które swoje ofiary zakopuje na tytułowych teksaskich polach smierci. Czy uda się go złapać i uratować porwaną przez psychopatę dziewczynkę?

Opis nie brzmi źle, ale sam film jest już po prostu zły. Nic w zasadzie nie wiadomo, nie ma jakiejś jednej konkretnej fabuły są tylko ukradkiem rzucane hasła-klucze („serial killer”, „texas killing fields”, „victim”, które chyba samym brzmieniem mają nas podekscytować) i rozwleczone sceny ze spoconymi Worthingtonem i Morganem. Jeden dobry tekst o ręce to za mało, żeby dać więcej niż 3/10.
(1278)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.