Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!
recenzja filmu Avengers Czas Ultrona, wszyscy bohaterowie Marvela
Niedługo zabraknie miejsca na jednym zdjęciu, żeby upchać wszystkich ważnych bohaterów. W zasadzie już brakuje.

Zbieranina – recenzja Avengers: Czas Ultrona

Wydawało mi się – macie to na piśmie – że superbohaterskiej rozpierduchy, w której biorą udział superbohaterowie potrafiący w pojedynkę zapewnić ekscytujący film, nie da się zepsuć. No i rzeczywiście, trudno byłoby to zrobić, choć Joss Whedon bardzo się postarał, żeby podjąć rękawicę i spróbować. Nie udało mu się ani spieprzyć filmu, ani zapewnić widzowi 120 minut rozrywki na najwyższym poziomie. Wyszło chyba najgorzej jak się dało – przeciętnie.

Oczywiście przeciętny film z takim budżetem i w zasadzie nieograniczonymi możliwościami twórców nadal pozostaje filmem, który warto zobaczyć na dużym ekranie i różni się od np. przeciętnego dramatu obyczajowego. Przeciętny film przeciętnemu filmowi nierówny, oczywista oczywistość. Tylko co z tego, skoro większość poprzednich odsłon przygód marvelowskich bohaterów udowodniła, że da się to zrobić dużo lepiej, dużo ciekawiej, dużo bardziej emocjonująca. Druga część Avengersów to jeden ze słabszych filmów całego uniwersum.

Nie wiem tylko, ile w tym zasługi Whedona, który – gdzieś mi coś mignęło – podczas realizacji filmu zderzył się z wizją studia i niekoniecznie to starcie wygrał. Czy byłoby lepiej, gdyby nikt mu się nie wtrącał w robotę? Nie wiem, nie jestem zresztą jakimś tam jego fanem i wyznawcą. Wiem natomiast tyle, że każdemu reżyserowi byłoby trudno ogarnąć taką mnogość wątków, które musi upchać w dwugodzinny film. Zrobić film, na który z marszu może przyjść ktoś, kto nie widział poprzednich części i dobrze się bawić, film, w którym każdy z superbohaterów ma swoje pięć minut, bo przecież nie można ich odsuwać na margines, a w końcu film, który stanowił będzie część całości już nie tylko kinowego, ale teraz już też telewizyjnego świata. I wszystko to, przypomnijmy, w 120 minut.

Czarna Wdowa Scarlett Johanson, recenzja Avengers Czas Ultrona

– Słyszałam, że jeszcze ze dwadzieścia minut trzeba wyciąć. Pomogę.

Jedyne, co w pełni udało się Whedonowi to to ostatnie – zachowanie spójności z tym co było, tym co jest i tym, co będzie. Przynajmniej jeśli chodzi o spójność w obrębie okołoavengerowatego uniwersum. Bo jeśli dodać do tej bajki odłam x-menowski to już nie będzie tak spójnie. Tu jeden Quicksilver, tam inny Quicksilver, tu zbroja Visiona z vibranium, w komiksie z vibranium i adamantium, ale, że do tego drugiego prawa ma inne studio od X-Menów właśnie… No ale to szczegóły, sedno pozostaje – jesteśmy świadkami powstawania wielkiego świata filmowego-serialowego, w którym żadna z części nie przeszkadza w żaden sposób innym częściom.

Zupełnie inaczej jest, jeśli chodzi o tego nieszczęsnego widza, który nic o Avengersach nie wie, ale chciałby się na Czasie Ultrona dobrze bawić i nie martwić tym, że czegoś nie rozumie. Tak się nie da. Ja sam widziałem wszystkie filmy, a i tak sporo rzeczy nie pamiętałem, nie kojarzyłem, nie ogarniałem. Nie pomogła szybka narracja, w której wszystkie powiązania i wnioski podawane są w rytmie karabinu maszynowego i nie ma czasu, żeby zastanowić się, czemu tak, a czemu tak. O dziwo jednak, w tym zawrotnym tempie znalazło się parę minut na ckliwe rozważania o tym i o tamtym, które w końcu sprawiły, że parę razy przymknęło mi się znudzone oko. Coś zatem poszło nie tak i może jednak warto byłoby poświęcić chwilkę na jakieś szybkie przypomnienie najważniejszych dla filmu wątków, a nie rozpoczynanie go w środku akcji z przerwami na późniejsze dyskusje na farmie. Idąc do kina nie chcę mieć nad sobą młota w postaci konieczności przypomnienia sobie kilku poprzednich filmów, żeby wszystko jarzyć. Nie mówiąc o serialach, których znajomość – na szczęście – chyba aż tak potrzebna widzowi nie jest.

Tony Stark, Robert Downey Jr, recenzja filmu Avengers Czas Ultrona

– Mam pewne obawy co do tych scen na farmie. W The Walking Dead narzekali na sceny na farmie.

Fabule nie pomogło również – i tutaj upatruję największej słabości drugich Avengersów – dorzucanie do i tak sporej ilości superbohaterów, kolejnych. W sytuacji, gdy już w głównej ekipie masz kilku, którym musisz poświęcić trochę filmu, bo nie po to grają je gwiazdy, żeby na planie czuły się niepotrzebne, po jaką cholerę dokładać sobie dodatkowych zmartwień? Ultron, VisionQuicksilver, Scarlet Witch… Mało? A niech jeszcze migną War Machine, Falcon, Heimdall i Ulysses Klaw… AAAAAA. Nic dziwnego, że informacji płynących z ekranu nie-fani komiksu raczej nie są w stanie w pełni ogarnąć, a biedny Nick Fury nie ma się nawet gdzie wcisnąć (nie mówiąc o Julie Madame B. Delpy, która – znając życie – mignęła przez parę sekund tylko po to, żeby za dwa lata pojawić się na dłużej w innym filmie z tego uniwersum). A jakby tego było mało, na głównego bohatera wyrósł tym razem traktowany do tej pory po macoszemu, Hawkeye. Dopiero w domu, na spokojnie, jest czas, żeby trochę poczytać i ogarnąć – wolałbym to jednak mieć jasno podane już w filmie. I tego po nim oczekiwałbym, a wtedy na pewno lepiej się bawił. Tymczasem kiedy zrozumiałem, że nie ma sensu próbować nadążać za fabułą i na szybko przypominać sobie poprzednich filmów, czekałem już tylko na rozpierduchę, negatywnie reagując na resztę wątków. Sorry, np. wątek miłosny Hulk/Czarna Wdowa – w ogóle mi tu do szczęścia nie było potrzebny. Zbierzcie się i ratujcie świat przeciwko zagrożeniu, czego więcej potrzeba?

A zresztą, cóż to za zagrożenie – no kto by się przejmował tragedią mieszkańców jakiejś tam Sokowii? A niechże ich wybiją co do jednego, whatever. Przynajmniej giną jacyś ludzie, a nie znów roboty tylko po to, żeby można im było bez strachu odrywać kończyny nie obawiając się o kategorię wiekową wyższą niż PG-13.

Kapitan Ameryka i Thor w filmie Avengers Czas Ultrona, recenzja quentin.pl

– Patrz, nadlatują nowi superbohaterowie. Wiesz, co to oznacza? Mniej czasu ekranowego dla nas!

Na szczęście Czas Ultrona nie jest melodramatem obyczajowym i wszystkie te powyższe wątpliwości i tak giną w huku walących się budynków niszczonych przez Hulka, czy żołnierzach ginących masowo od uderzenia tarczą Kapitana Ameryki. Nadal 75% filmu to akcja i dlatego nie sposób źle oceniać film, po którym oczekiwało się przecież takiej właśnie akcji. Choć i tutaj muszę przyznać, że zawiódł mnie np. początek z szturmem na fortecę Struckera – od początku do końca strasznie komputerowo to wszystko wyglądało. Potem było już na szczęście lepiej. W tej sytuacji rozpierducha na liście tego, co mi się podobało najbardziej, musi ustąpić naprawdę dobremu poczuciu humoru w dialogach. Docinki, onelinery i humor sytuacyjny (choć trochę nadużywają motywu: ktoś coś mówi, Hulk przerywa mu w pół słowa) były na wysokim poziomie i stanowiły najmocniejszy punkt Czasu Ultrona udowadniając raz na zawsze, że jednak podejście a’la Strażnicy Galaktyki jest najlepsze do komiksowego kina.

Ponarzekałem, a na następne filmy i tak pójdę. I o to w tym wszystki chodzi – taka jest smutna pointa. No dobra, wcale nie taka smutna, jeśli zauważyć zgodnie z prawdą, że nadal ilość bardzo fajnych marvelowskich filmów przeważa nad tymi słabszymi.

Wydawało mi się - macie to na piśmie - że superbohaterskiej rozpierduchy, w której biorą udział superbohaterowie potrafiący w pojedynkę zapewnić ekscytujący film, nie da się zepsuć. No i rzeczywiście, trudno byłoby to zrobić, choć Joss Whedon bardzo się postarał, żeby podjąć rękawicę i spróbować. Nie udało mu się ani spieprzyć filmu, ani zapewnić widzowi 120 minut rozrywki na najwyższym poziomie. Wyszło chyba najgorzej jak się dało - przeciętnie. Oczywiście przeciętny film z takim budżetem i w zasadzie nieograniczonymi możliwościami twórców nadal pozostaje filmem, który warto zobaczyć na dużym ekranie i różni się od np. przeciętnego dramatu obyczajowego. Przeciętny film…

Czas na ocenę:

Ocena: 7

7

wg Q-skali

Podsumowanie: Światu zagraża apokalipsa, gdy eksperyment Tony'ego Starka wymyka się spod kontroli. Jeden ze słabszych filmów marvelowskiego uniwersum, no ale nadal Siódemka.

3 odpowiedzi

  1. Ależ się wynudziłem! Ostatni raz miałem tak chyba przy Supermenie. Oba filmy cierpią na ten sam syndrom: jakby robiła je jakaś bezduszna korporacja nastawiona na minimalizacje strat. Mają tam chyba jakąś listę podpunktów i później wrzucają wszystko do filmu: rozpierducha w mieście – check, 10 „zabawnych” onelinerów – check, zagrożenie z kosmosu – check, itd…

    Ten brak jakiejkolwiek inwencji twórczej, ryzyka w formie nieszablonowej fabuły jest przerażający. Głupi film ma być ciekawy, ale jeżeli głupi film jest nudny i męczący to wiedz, że coś się dzieje…

    To jakiś paradoks, że Mroczny Rycerz to jeden z moich ulubionych filmów, a cała reszta komiksowych ekranizacji wywołuje u mnie tylko odwrót wymiotny.

    4/10

  2. Quentin

    Na pewno, nie chyba, mają tam taką listę podpunktów.

    Niestety tu nie ma miejsca na jakiekolwiek ryzyko. Nie w sytuacji, gdy kalendarz premier filmowych i serialowych mają zapełniony na kilka następnych lat. Trzeba myśleć 10 filmów/seriali do przodu. Następny Kapitan Ameryka: Wojna Domowa? Zarysujcie mi tu początek ich konfliktu! itd.

    Superman jednak gorszy w moim odczuciu, w Avengersach przynajmniej co chwilę coś miga ;).

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.