John Travolta przerabia Moneta na monety.
The Forger - fot. screen z Youtube

Podróbka dobrego filmu, czyli The Forger

Kariera Johna Travolty to seria wzlotów i upadków. Aktualnie z formą plasuje się zdecydowanie poniżej średniej. I nie dość, że dosrywają mu antyscjentologiczni dokumentaliści, to jeszcze sam wybiera role, które sławy mu nie przyniosą. Czyżby wciąż nie otrząsnął się po śmierci syna?

Szczerze się zdziwiłem, gdy zobaczyłem ostatnio, że pomysł na scenariusz jego ostatniego filmu („Killing Season”, kuriozum, w którym towarzyszył mu Robert De Niro) wygrał jakiś prestiżowy konkurs na… pomysł na scenariusz filmu. A jego autor zgarnął okrągłą sumkę. No cóż, może pomysł i był ciekawy (nie wiem, jak to brzmiało w dwóch zdaniach), ale film wyszedł okropny. „The Forger” nie jest lepszy, a, co gorsza, nawet pośmiać się tam z czego nie ma, jak z jugosłowiańskiego akcentu Travolty w KS. No chyba, że kogoś bawi śmieszny kupko-zarościk bądź czupryna głównego bohatera utkana ze świeżo przeszczepionych włosów.

John Travolta w filmie The Forger

Odnowiony John Travolta, który nie zażył rutinoscorbinu – fot. screen z Youtube

Bardziej sztampowego pomysłu na film chyba wymyślić się nie dało. Oto znany fałszerz dowiaduje się, że jego synowi cierpiącemu na raka mózgu zostało kilka miesięcy życia. To podwójna tragedia, bo nasz fałszerz siedzi w pace, a do końca wyroku jeszcze mu trochę zostało. Zgadza się więc na propozycję pewnego bandyty – ten przekupi sędziego, a w zamian fałszerz zobowiąże się wykonać kopię arcydzieła Moneta i zamienić na nią oryginał wiszący w bostońskim muzeum. Plan zostaje wprowadzony w życie.

Jak widać, reżyserowi filmu, znanemu z niczego Philipowi Martinowi, zachciało się złapać za ogon kilka srok. Śmiertelną chorobę, heist-movie, obyczajowy dramat o próbie dogadania się ze sobą pokoleń (trójkąt syn-ojciec-dziadek; Christopher Plummer nie zdołał dobrze rozegrać oskarowej karty). Rzewny płacz i ekscytującą rozrywkę z gatunku ukradnijmy obraz, którego nie da się ukraść. A wcześniej zróbmy jego kopię na podstawie zdjęcia A4 w gazecie. Jak to zwykle w takich przypadkach bywa – miało być wszystko, a nie wyszło nic. Zabrakło reżysera, żeby to ogarnąć, zabrakło funduszy, żeby ta klapa była choć efektowną klapą.

Filmowi daleko od jakiejkolwiek efektowności. A bliżej do przeciętnego telewizyjnego filmu. Wszystko jest tu po taniości, byle jak i na pół gwizdka. Finałowy heist wygląda tak, że złodzieje wchodzą do muzeum i zabierają obraz. Tyle napięcia. Emocji w reszcie filmu też za wiele nie ma. Trzeba dużo dobrej woli, żeby wczuć się w dramat umierającego chłopaka, którego właściwie wcale tu nie widać (tego dramatu :P). No może trochę we łzach prostytutki.

John Travolta w filmie The Forger

John Travolta próbuje zakłamać rzeczywistość – fot. screen z Youtube

Swoją drogą, jest w filmach, których akcja dzieje się w Bostonie coś takiego, że zawsze widać, że ich akcja dzieje się w Bostonie. Nawet jeśli nie zna się Bostonu to czuć, że to Boston. „The Forger” to kolejny przykład potwierdzający tę tezę. Ale to tak tylko na marginesie.

Kariera Johna Travolty to seria wzlotów i upadków. Aktualnie z formą plasuje się zdecydowanie poniżej średniej. I nie dość, że dosrywają mu antyscjentologiczni dokumentaliści, to jeszcze sam wybiera role, które sławy mu nie przyniosą. Czyżby wciąż nie otrząsnął się po śmierci syna? Szczerze się zdziwiłem, gdy zobaczyłem ostatnio, że pomysł na scenariusz jego ostatniego filmu ("Killing Season", kuriozum, w którym towarzyszył mu Robert De Niro) wygrał jakiś prestiżowy konkurs na... pomysł na scenariusz filmu. A jego autor zgarnął okrągłą sumkę. No cóż, może pomysł i był ciekawy (nie wiem, jak to brzmiało w dwóch zdaniach), ale film wyszedł okropny. "The…

Czas na ocenę:

Ocena: 5

5

wg Q-skali

Podsumowanie: By móc spotkać się jeszcze z umierającym na raka synem, fałszerz obrazów zgadza się podrobić arcydzieło Moneta. Strata czasu.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.