"Let Us Prey" - fot. screen z Youtube
"Let Us Prey" - fot. screen z Youtube

Let Us Prey

Najczęstszym problemem słabych filmów jest to, że po prostu nie wychodzą. Nie ma dobrego materiału, żeby coś z nim zrobić, nie ma dobrej ekipy, która by potrafiła wszystko ogarnąć, nie ma żadnego pomysłu, planem rządzi chaos – oglądasz dziesięć minut i już wiesz, że wszystko będzie do dupy.

Z „Let Us Prey” jest odwroty problem. Nie miałem wrażenia, że coś tu nie wyszło. Wręcz przeciwnie, w tym debiucie Irlandczyka Briana O’Malleya zauważyłem myśl przewodnią, koncepcję, jaką obrał reżyser i mocno jej trzymał, czułem, że wszystko jest dokładnie takie, jak sobie w głowie poukładał i żaden producent mu tego nie zepsuł. Super! – można by powiedzieć. No może i super, ale czemu po 25 minutach seansu zerkałem już za komórką, żeby zobaczyć, co tam ciekawego w necie?

To taki film. Trzeba czuć kino dokładnie tak samo jak reżyser. Lubić te same filmy, lubić te same motywy, nie krzywić się na budowaną klimatem fabułę. Wtedy „Let Us Prey” może być ciekawym filmem. Z drugiej strony, jak ktoś lubi dziadowskie filmy bez sensu, to każdy dziadowski film bez sensu będzie mu się podobał – trochę nie tędy droga. Odpowiedzi na pytanie: czy reżyser zrobił ten film dla widzów, czy dla siebie? nie znam, ale myślę, że bardziej dla siebie. A już na pewno nie dla mnie.

Tym gorzej, bo mowa o filmie z listy „Do Obejrzenia”, którą tu niedawno znowu promowałem. Że same dobre filmy, właściwie prawie żadnego niedobrego itd. No i w sumie LUP nie jest złym filmem, ani nie jest słabym filmem. Jest filmem, który mnie znudził i zwyczajnie zawiódł, bo zwiastun miał supermiodny, używając terminologii grokomputerowej.

Oto małe irlandzkie miasteczko (po co im tylu gliniarzy w małym, a przynajmniej sprawiającym wrażenie małego, irlandzkim miasteczku?). Funkcjonariuszka policji wybiera się na nocną zmianę. Po drodze jest świadkiem potrącenia człowieka, choć niespodziewanie potrącony gdzieś znika, właściwie rozpływa się w powietrzu. Sprawca wypadku zostaje zabrany na komisariat, na który jakiś czas potem stawia się ów rozpłynięty w powietrzu potrącony (Liam Davos Seaworth Cunningham). Od tego momentu wszyscy na posterunku zaczynają dostawać pierdolca i cierpieć od męczącego ich sumienia.

Naprawdę chciałem wciągnąć się w ten posiadający świetny klimat film. Czarna noc, pulsująca muzyka, napięcie wiszące w powietrzu, nutka nadprzyrodzonego czegoś materializującego się pod postacią stad kruków, głośna cisza przed burzą. Ale odpadłem, ileż można czekać aż coś zacznie się dziać i skończą się te metafory i niedomówienia brzmiące jeszcze bardziej wkurzająco, bo w często niezrozumiałym irlandzkim akcencie. Na pocieszenie, gdy już się coś dzieje, to reżyser serwuje nam całkiem krwawy spektakl, choć znów spodziewałem się większej rozpierduchy.

(1880)

Najczęstszym problemem słabych filmów jest to, że po prostu nie wychodzą. Nie ma dobrego materiału, żeby coś z nim zrobić, nie ma dobrej ekipy, która by potrafiła wszystko ogarnąć, nie ma żadnego pomysłu, planem rządzi chaos - oglądasz dziesięć minut i już wiesz, że wszystko będzie do dupy. Z "Let Us Prey" jest odwroty problem. Nie miałem wrażenia, że coś tu nie wyszło. Wręcz przeciwnie, w tym debiucie Irlandczyka Briana O'Malleya zauważyłem myśl przewodnią, koncepcję, jaką obrał reżyser i mocno jej trzymał, czułem, że wszystko jest dokładnie takie, jak sobie w głowie poukładał i żaden producent mu tego nie zepsuł.…

Czas na ocenę:

Ocena: 6

6

wg Q-skali

Podsumowanie: Tajemniczy nieznajomy terroryzuje umysły gliniarzy z irlandzkiego posterunku. Nadprzyrodzona odpowiedź na "Atak na 13 posterunek".

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.