Martin Freeman w "The Eichmann Show" - fot. screen z Youtube
Martin Freeman w "The Eichmann Show" - fot. screen z Youtube

The Eichmann Show

Na kolejne sezony „Sherlocka” trzeba czekać po półtora roku, bo główni aktorzy są tak rozchwytywani, że nie mają czasu na nic innego. No ale ja zupełnie nie rozumiem, dlaczego w tym nawale propozycji i roboty Freeman wybiera takie jak ta produkcja BBC. Nie chce mi się sprawdzać, kto to sfinansował, bo być może tutaj byłaby odpowiedź. A zresztą ja nie z tych od spisków i zawsze wierzę w dobre intencje. Chodzi więc może o to, że to Cumberbatch nie ma czasu, a Freeman musi na niego poczekać i grywa to tu, to tam.

Zacząłem jakby TES był wyjątkowo słabym filmem, ale wcale tak nie jest. To przeciętny film telewizyjny, w którym mógłby zagrać ktokolwiek. Ot taki np. Anthony LaPaglia, który kreuje jedną z dwóch ról. Freeman nie dodaje tej produkcji żadnego blasku, może tylko ma ciut lepsze garnitury. Nie mówiąc już o tym, że i tak przynajmniej 1/3 filmu to archiwalne nagrania z tytułowego procesu, które stają się trzecim głównym bohaterem.

Adolf Eichmann, odpowiedzialny za plan ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej, wpada w Argentynie w ręce izraelskiego wywiadu. Jego proces w Jerozolimie ma być transmitowany przez telewizje na całym świecie (z jednodniowym poślizgiem). Trudnego zadania podejmują się doświadczony producent oraz hollywoodzki reżyser dokumentów, świeżo wykreślony z Czarnej Listy. Przed nimi zapewnienie transmisji z tego pierwszego telewizyjnego show na aż tak dużą skalę.

„The Eichmann Show” to standardowa i typowa historia z gatunku: procesy głównych nazistów. Tylko przez chwilę (biorąc pod uwagę też jego tytuł) wydaje się, że film podąży w nieco innym, ciekawszym moim zdaniem kierunku. Oto pierwsze transmisje z kina przerobionego na salę sądową nie cieszą się wielką popularnością. Oglądalność spada, a proces na głowę biją relacje z lotu Gagarina w kosmos i inwazji na Zatokę Świń. Producent musi więc zmagać się z tak powszechnym dziś problemem, jak spadające ratingi, a widz myśli sobie: o, ciekawe, jak to z tym było pół wieku temu? Proces dostanie cancela?

Wszystko wraca jednak szybko na standardowe tory (no dobrze, ale to nie wina filmowców, że sprawa sama się rozwiązała), łącznie z obowiązkowym oglądaniem czarno-białego filmu z Auschwitz. Oczywiście nie można odmówić TES funkcji edukacyjnej dla młodych pokoleń, a i temat jest zbyt trudny i poważny, żeby robić z tego wielkie, rozrywkowe widowisko. Ale dla tych, którzy już nie raz to widzieli, nie ma tu nic godnego uwagi. Ot takie „Sensacje XX wieku” po angielsku i na środkach usypiających. 6/10

6 Stars (6/10)

(1853)

4 odpowiedzi

  1. aaa bbb

    Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipiscing elit. Etiam et turpis vitae dolor fringilla maximus eu a lacus. Curabitur sed mauris fringilla, lobortis tortor in, tempus diam. Ut mattis suscipit fringilla. Mauris pretium blandit elit et efficitur. Proin non vestibulum est. Ut vel tellus sapien. Donec dolor ipsum, eleifend ac bibendum luctus, maximus et est. Suspendisse faucibus, sapien id rutrum tempor, metus sem ultrices sapien, nec cursus nunc lectus at mi. Fusce porta cursus arcu, sit amet rhoncus turpis faucibus non. Maecenas vitae ante velit.

  2. CHUJ DUPA KLUSKI. Sprawdzam czy się pojawię ;P

  3. Adin, dwa, tri…

  4. Asiek

    Lorem ipsum abrakadabra.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.