Dzikie historie - fot. screen z Youtube
Dzikie historie - fot. screen z Youtube

Dzikie historie [Wild Tales aka Relatos salvajes]

Muszę przyznać, że z przyjemnością patrzy się na pełne sale kinowe na argentyńskim filmie. Teraz, opromieniony sławą nominacji do Oscara, a wcześniej, wciśniętym do promocji Almodovarem, wozi się na tej sławie, ale myślę, że najwięcej dobrego zrobiło temu filmowi to, że zwyczajnie jest… dobry. Odkąd wszedł do kin, wszędzie słychać pochwalne głosy i trudno się im dziwić. A, jak wiadomo, taki szeptany marketing lepiej robi niż wszystkie Almodovary do kupy wzięte. Zaś same „Historie” udowadniają, że polski widz nie jest jeszcze taki najgorszy. Daje się na argentyńskie kino zaciągnąć opiniami swoich rodaków. Nie wiem czemu, ale to miłe.

Można więc pisać o całkowitym zaskoczeniu, że nieamerykański film dobrze radzi sobie w polskich kinach wpadając do nich bez zapowiedzi właściwie. Można by, gdyby nie ten szczegół, że „Historie” trafiły na moją listę Do obejrzenia już w… lipcu 2013 roku. Dowód to więc wyraźny na to, że katuję Was nią nie tylko w kategoriach reklamowych, ale i dlatego, że zwyczajnie warto na nią zaglądać. Byście od półtora roku byli gotowi na seans. Tak, listy Do obejrzenia nie można przegapić! 😛 A zalinkuję trzeci raz: lista Do obejrzenia.

Ale z tym Almodovarem to w ogóle beka jest (dygresja). Ręce opadają na to, jak łatwo można ludziom wodę z mózgu zrobić. Ładujesz na plakacie „Almodovar” największym fontem i reszta dzieje się sama. Chromolić, że hiszpański reżyser jest tutaj jednym z trzech producentów. Ludzie i tak wypytują „Jak tam najnowszy film Almodovara?”, a najzabawniejszą opinią, na jaką się natknąłem (na Twitterze) było coś w ten deseń: „Świetny film. Almodovar w największej producenckiej formie!”. No luuudzie. Nieważny Damián Szifrón (reżyser i scenarzysta), gdyby nie producent Almodovar to, cytując wiadomo kogo, nie byłoby niczego.

No ale zostawmy Pedra na boku, tam gdzie jego miejsce w tym przypadku i w ogóle też (nie przepadam za Almodovarem). Zajmijmy się „Historiami”, które – jako się rzekło – zostały właśnie nominowane do Oscara w kategorii nieanglojęzycznej. Troszeczkę na wyrost chyba, ale z drugiej strony krytykować nie ma co takiego wyboru, choć Oscar temu filmowi nie grozi.

Film Szifróna to zbiór sześciu nowelek nie połączonych chyba niczym poza czarnym humorem. Pierwsza opowiada o pasażerach pewnego samolotu, druga o kliencie baru, trzecia o sprzeczce na drodze (takiej dla samochodów), czwarta o walczącym z biurokracją facecie, piąta o konsekwencjach wypadku samochodowego, a w końcu ostatnia o weselu, jakiego nie powstydziłby się Smarzowski. Więcej wiedzieć nie musicie, dajcie się porwać.

Zgadza się wszystko, co dobrego mówią o „Dzikich historiach”. Ogląda się je znakomicie, nie nużą, nowelkowa budowa sprawia, że nie ma mowy o zapychaniu czasu ekranowego – sru i do przodu. Mają piękne zdjęcia, są pomysłowe i posiadają przewrotny scenariusz zmuszając nas (poddajemy się bez żalu) do śmiania się z każdej świętości, a głównie ze śmierci. Troszeczkę jeżdżą po bandzie (parę scen ustrojowych może zniesmaczyć wrażliwców, którzy za czarny humor uważają dowcipy o Afroamerykanach), ale w zamian dają jeszcze świetną ścieżkę dźwiękową. Ot taki film samograj, w którym po prostu nic nie spieprzono – bądź co bądź to przedstawiciel najłatwiejszego gatunku pod tytułem: postawcie życie bohatera na głowie, im bardziej absurdalnie tym lepiej. Od tego gatunku zaczynali najwięksi i pewnie teraz Szifrón podąży tą drogą na dobre. Można się założyć, że w chwili gdy to czytacie, dawno jest po rozmowach z bonzami Hollywood.

No dobra, wszystko zajebiście, to dlaczego „tylko” 8/10? Moim skromnym zdaniem można było z większości nowelek wyciągnąć więcej. Bardziej absurdalnie, bardziej niewiarygodnie, z jeszcze większym luzem. Np. ta druga w barze była kompletnie zbędna i przeciętna w takiej formie, w jakiej ją zaserwowano (BTW czemu gość zamawia stolik dla jednej osoby, skoro czeka na syna? :P). Zabrakło w nich też takiego kopa, jakim był samolot na ułamek sekundy przed napisami początkowymi. Chyba w żadnej takiego właśnie samolotu się nie doczekaliśmy. No i nie wytrzymują porównania do „Opowieści z krypty”, których zakończenia były bardziej przewrotne, a zarazem mniej oczywiste. Bo te w „Historiach” są mniej lub bardziej przewidywalne. No skoro epizod z odholowywaniem samochodu zaczyna się tak jak się zaczyna, to niby jak miałby się skończyć?

Zatem do kina lećcie, póki jeszcze możecie „Dzikie historie” dorwać. Bo warto. Ale troszeczkę obniżcie oczekiwania.

(1851)

Odpowiedź

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.