Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!
Cha Seung-won w serialu "Athena: Godess of War" - fot. screen z Youtube
Cha Seung-won w serialu "Athena: Godess of War" - fot. screen z Youtube

Serialowo, s07e03

Sons of Anarchy, do 7×12

Powoli nadchodzi czas pożegnania z jeszcze jednym serialem Złotej Ery – tak niewiele ich już zostało – i jak przystało na zakończenie długiej epopei: nie ma na co narzekać. Trup ściele się gęsto, dramatyczne wątki dążą do dramatycznych rozwiązań, trudno liczyć na jakiś większy happy end. Nie powinno się to potoczyć w stronę finału Dextera.

Oczywiście, powodów do narzekania na Sonsów było przez ostatnie sezony bardzo dużo i kilka ostatnich odcinków tego nie zmieni. Ale trochę szkoda, że twórcy poszli w ilość, a nie w jakość, zamieniając swoje dzieło zdecydowanie za często w autoparodię. I prowadząc swoje postaci przez takie ścieżki, z których nie ma juz powrotu na drogę sympatii widzów. Niezależnie od tego co by zrobili i co by powiedzieli. Szkoda, bo to naprawdę mógł być wciągający serial z bohaterami, na których nam zależy. Gdyby okroić go do maks trzech sezonów.

Dodatkowo szkoda, że z tego panteonu negatywnych postaci wypadła dzisiaj ta jedna z niewielu – jedyna główna w zasadzie – którą śmiało można by uznać za całkowicie pozytywną. To nie powinno się tak skończyć, a Jaksa nic nie tłumaczy. Mógł dać w ryj, nie musiał zabijać. I nawet się nie przejął… Nie na taki koniec zasługiwał poległy. Dobre choć tyle, że los spanielowatego bohatera został tym samym chyba przypieczętowany raz a dobrze. Jeszcze tylko pewnie jednemu dziecku spieprzy dzieciństwo zanim skończy się ostatni odcinek. Byle tylko Wendy z trójką dzieciaków (a co tam, plus dzieci Opie’ego!) na sam koniec koniec nie odwiedzili we wzruszającej scenie grobu tatusia, bo są jakieś granice przyzwoitości w wystawianiu nerwów widza na próby. Jax zasłużył sobie na nieoznakowany grób gdzieś w lesie.

Masowe śmierci głównych bohaterów robią wrażenie, ale robiłyby jeszcze większe, gdyby to byli porządni ludzie – a to w „Sons of Anarchy” zepsuto całkiem. Trudno płakać za takim Juice’em, który umierał ze zbolałą miną już chyba od trzeciego sezonu. Itd. itp.

Ale. Finał SoA nie uniknie częstego serialowego paradoksu pod tytułem „Od kilku sezonów było słabo, ale szkoda, że to już koniec”. Jak to często powtarzam: wolę oglądać marny serial, który znam, niż marny serial, który dopiero się zaczął.

***

Homeland, do 4×09

Jak pewnie pamiętacie, drugi odcinek aktualnego sezonu uśpił mnie na tyle skutecznie, że miałem nie wracać do odcinków następnych. Ale tak wszyscy mówili, jak to dalej jest zajebiście, że w końcu się skusiłem. Dogoniłem na bieżąco tylko po to, żeby nadziać się na przerwę w emisji, kiedy już choć trochę byłem ciekaw co dalej :P.

Szczerze powiem, że nie rozumiem zachwytów nad czwartym sezonem „Homeland”. Domyślam się, że spowodowane są one prostym faktem, że niewiele lepszego obecnie leci w telewizji, ale to tylko wybór na zasadzie: na bezrybiu i rak ryba. Owszem, ma swoje momenty chwały, jak zupełnie niespodziewana śmierć w bodajże szóstym odcinku (niby miałem się nie przejmować spoilerami, ale co tam, jak się da to nie będę wprost ładował kto i co), ale oprócz tego jest standardowym, nudnym i dość powolnym „Homelandem” bez żadnych wielkich wzrostów formy. Gdybym miał wymienić jakąś zaletę to pewnie właśnie powiedziałbym, że serial ma stałą jakość, której się trzyma. I jak ktoś ją lubi, to będzie oglądał.

Nie zauważam żadnej zwyżki formy. Arabowie mają tylko jeden plan i tym razem znów z niego skorzystali. Do końca jeszcze parę odcinków, więc żadnego wielkiego bum bym się po tej miniprzerwie nie spodziewał. Będzie tak samo jak do tej pory: nudno, nudno, jakieś pierdolnięcie, nudno, nudno. Odnoszę wrażenie, że fani patrzą na serial przez pryzmat tych pierdolnięć, nie zauważając, że oprócz nich jest jeszcze 80% homelandowej nudy.

No ale oglądam dalej, czyli jest jakiś pozytyw.

***

The Walking Dead, do 5×08

Jedna jedyna rzecz mnie w półfinale TWD wkurzyła. Ogólnie dla TWD jestem wyrozumiały, nie denerwują mnie podziały grupy, oczekiwania po kilka odcinków na pociągnięcie jakiegoś wątku, wielominutowe dyskusje o życiu, czy nonszalanckie i coraz prostsze zabijanie kolejnych zombie-hord. Odpowiada mi taki sposób narracji i – choć czasem chciałbym, żeby coś się zadziało prędzej – oglądam to z przyjemnością.

Tylko czemu się oni na tę wymianę umówili gdzieś na wąskim korytarzu, do którego prowadziły metry krętych wąskich schodów? No kurde! Całkiem inaczej by się to mogło potoczyć, gdyby zgodnie z logiką (moją :) ) do wymiany doszło na parkingu. Więcej miejsca, więcej możliwości, mniejsza szansa na fakap. Według mnie taką wymianę Beth by przeżyła.

Śmierć zupełnie niepotrzebna zresztą. Taki shocker dla zasady, żeby był. Jeśli już to mogli to jakoś sensowniej rozegrać.

Komiksów nie znam, trochę boję się co dalej. Zwiastun kolejnych odcinków (emisja w lutym dopiero) nie uspokoił moich obaw. Wolałem, gdy już mieli cel z tym Waszyngtonem. Bez niego przez parę odcinków będą szukać następnego celu pewnie, a nie przychodzi mi do głowy nic, czego już by wcześniej nie było. No ale ja nie piszę scenariuszy seriali, więc niby czemu miało by przyjść? :) Co za tym idzie może niepotrzebnie się boję. Może szybko obskoczyli fajny wątek kanibali, bo mają w zanadrzu lepszy?

PS. Coraz bardziej nienawidzę aftercreditsów. Nie dość, że są już w co drugim filmie, to teraz jeszcze w serialach.

***

The Missing, do 1×05

A teraz to już krótko :). „The Missing” dalej trzyma wysoką formę, choć nieco – ciut ciut – mniej mi się podoba niż na początku. Do końca coraz bliżej (i to dobrze, lepiej osiem konkretnych odcinków z jednym wątkiem niż dziesięć sezonów z milionem różnych wątków), historia nadal tajemnicza, po młodym ani śladu, a dzięki kilku zwrotom akcji całość śledzi się z zaciekawieniem i nigdy nie wiadomo, co czeka za rogiem. Reżyser nie szarżuje, prowadzi swoją opowieść z klasą i zawodowo – nic tylko siadać i oglądać. Może nie jest to serial, dla którego warto wszystko rzucać, ale seans z pewnością jest przyjemnością.

***

Athena: Goddess of War, 1×01

Najdroższy serial w historii koreańskiej telewizji. Ciekawa alternatywa dla sierot po 24, które chrapią na „Homelandzie”. Pod względem akcji trzyma wysoki poziom i jak na standardy telewizyjne zdecydowanie jest na co popatrzeć. Nieco gorzej, gdy agenci po akcji mają trochę czasu dla siebie i zakochują się tak po koreańsku, czyli niczym małolaty. No ale zaraz będzie miłosny trójkąt i braknie miejsca na komediowe przerywniki w wesołym miasteczku.

A stawka jest wysoka – pana megadoktora, specjalistę od energii jądrowej, chcą mieć w swoich szeregach zarówno południowi Koreańczycy jak i Amerykanie. Wystarczy tylko odbić go z rąk agentów Kim Dzong Una, co akurat okazuje się najmniejszym problemem.

***

Castle, do 7×03

Serial niestety z odcinka na odcinek traci swój blask. Przenudny wątek z matką Kate zastąpiono wątkiem ze zniknięciem Castle’a, który póki co jeszcze jest dość ciekawy, ale nie wygląda na to, żeby szybko został rozwiązany. A w międzyczasie serwują nam przeciętne odcinki z przeciętnymi sprawami kryminalnymi bez jakiegoś fajnego pomysłu. Sama odpowiedź na pytanie „Kto zabił?” nie jest na tyle ekscytująca, żebym z chęcią odpalał następny odcinek. A i humoru dużo mniej. Chyba pora kończyć.

***

Survivor, do 29×10

No dobrze, przeciętny sezon. Mój faworyt (ktoś, kto bym chciał, żeby wygrał) jest zbyt prostolinijny, żeby zwyciężyć i obawiam się, że długo już nie pociągnie. Oby tylko poległ kosztem ciekawych odcinków. Jest na to szansa, bo graczy coraz mniej i koniec coraz bliższy. Niech no tylko nie utrzyma się ta dziwna tegosezonowa koncepcja, wedle której ktoś na początku odcinka wpada na świetny, świeży plan, a potem już nie ma ani zaskoczeń, ani tego planu.

Odpowiedź

  1. aaa bbb

    Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipiscing elit. Etiam et turpis vitae dolor fringilla maximus eu a lacus. Curabitur sed mauris fringilla, lobortis tortor in, tempus diam. Ut mattis suscipit fringilla. Mauris pretium blandit elit et efficitur. Proin non vestibulum est. Ut vel tellus sapien. Donec dolor ipsum, eleifend ac bibendum luctus, maximus et est. Suspendisse faucibus, sapien id rutrum tempor, metus sem ultrices sapien, nec cursus nunc lectus at mi. Fusce porta cursus arcu, sit amet rhoncus turpis faucibus non. Maecenas vitae ante velit.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.