"Why Don't You Play in Hell" - fot. screen z Youtube
"Why Don't You Play in Hell" - fot. screen z Youtube

5 Smaków 2014 – Zabawmy się w piekle [Why Don’t You Play in Hell]

[Disclaimer: Co prawda recenzja „Why Don’t…” była tu już jakiś czas temu (numer 1729), ale skoro leci teraz na 5 Smakach to przypomnijmy dla potomności.]

Japonia to nie kraj, Japonia to stan umysłu. I właśnie z tą obiegową opinią w myślach należy przystąpić do oglądania nowego filmu Shiona Sono.

Jest w „Why…” coś paradoksalnego, bo choć nie mógłby powstać chyba w żadnym innym kraju, to mam wrażenie, że byłby ciekawszy, gdyby jednak powstał poza granicami Japonii. Bo potencjał fabularny miał dużo większy niż zwariowane japońskie kino.

Oto grupka młodych ludzi prowadzi kółko filmowe, w którym jedynym zajęciem jest kręcenie filmów. A raczej kręcenie czegokolwiek co popadnie i marzenie o wielkiej karierze filmowca. Szef grupy wierzy, że Bóg Kina pozwoli mu nakręcić w życiu jedno arcydzieło i tej myśli się trzyma. Mijają lata. Szef jednego z klanów yakuzy postanawia nakręcić film, w którym obsadza w roli głównej swoją córkę. A wszystko dla żony, która po długim wyroku wychodzi z więzienia i jej marzeniem jest zobaczenie swojej córki na dużym ekranie.

To w zasadzie tylko szkielet fabuły, bo w rzeczywistości jest trochę bardziej skomplikowana, ale już to daje pojęcie, w którą stronę zmierza film. A przynajmniej w jakimś tam większym skrócie. I mam wrażenie, że wyobrażenie o tym, jaki ten film będzie jest lepsze od tego, jaki on w rzeczywistości jest. Krwawe porachunki yakuzy, film w filmie, komedia pomyłek itd. itp. I to wszystko w „Why…” jest, ale w jakichś dziwnych proporcjach z jeszcze dziwniej rozłożonymi akcentami.

Nie można filmu Sono oglądać na poważnie, bo choć momentami jest troszkę poważny, to całościowo jest satyrą na wszystko. Nie będę się wdawał w szczegóły, bo szybko przestałem łapać co jeszcze jest satyrą, a co już jest zwykłym zwariowaniem. Ale znów myślę, że lepsze byłoby tu trochę poważniejsze podejście zamiast niczym nieskrępowanej zabawy.

Jak na film, którego nie można traktować poważnie przystało nie wypada czepiać się pierdół, ale nie sposób nie zauważyć, że ta cała zabawa filmowa jest trochę niedopracowana. Głównie chodzi o krwawe balety, które w wykonaniu komputerowym przeszkadzają w odbiorze. Główna wada takich CGI splatterów jest taka, że nie krwawią ubrań, choć sikają na lewo i prawo. Jest w „Why…” też jedna z najgorzej zrobionych scen wymiotowania. Reżyser pewnie powiedziałby, że to celowo, ale nie wszystko można usprawiedliwić konwencją.

I dlatego, choć ogląda się to z przyjemnością, to wydaje mi się, że poważniejsze podejście do tematu byłoby tu bardziej wskazane. Na taką krwawą rozpierduchę (a i tę właściwie tylko na końcu) nie ma co marnować dobrych pomysłów na film. Kilka filmowych perełek miesza się tutaj ze zbytnim przegadaniem, dlatego tylko 7/10.

PS. Film ten pasowałoby przeanalizować przez pryzmat przebogatej filmografii reżysera, ale nie będę udawał mądrzejszego niż jestem. Sono ma to szczęście, że przynajmniej kilka jego filmów chcę obejrzeć, a zebrać się do tego nie mogę. Dlatego nie jestem kompetentny jeśli chodzi o ww. pryzmat.

[Disclaimer: Co prawda recenzja "Why Don't..." była tu już jakiś czas temu (numer 1729), ale skoro leci teraz na 5 Smakach to przypomnijmy dla potomności.] Japonia to nie kraj, Japonia to stan umysłu. I właśnie z tą obiegową opinią w myślach należy przystąpić do oglądania nowego filmu Shiona Sono. Jest w "Why..." coś paradoksalnego, bo choć nie mógłby powstać chyba w żadnym innym kraju, to mam wrażenie, że byłby ciekawszy, gdyby jednak powstał poza granicami Japonii. Bo potencjał fabularny miał dużo większy niż zwariowane japońskie kino. Oto grupka młodych ludzi prowadzi kółko filmowe, w którym jedynym zajęciem jest kręcenie filmów.…

Czas na ocenę:

Ocena: 7

7

wg Q-skali

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.