Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!

5 Smaków 2014 – R100

Jeśli nie macie przynajmniej sto lat, to odpuśćcie sobie czytanie tej recenzji, bo i tak jej nie zrozumiecie. Tak wypadałoby napisać po obejrzeniu filmu Hitoshiego Matsumoto, który równolegle z nami oglądają producenci, czy też inni krytycy, którzy mają zdecydować o tym, czy film trafi do kin. I co jakiś czas zbierają się na korytarzu, by wytknąć wszystkie nieścisłości młodemu asystentowi reżysera, który stara się je tłumaczyć. Choć wytłumaczenie ma w zasadzie jedno. Co odbiło stuletniemu reżyserowi, że po nakręceniu filmu o Małym Księciu wziął się za kino sado-maso? Zrozumie to tylko ten, kto ma przynajmniej sto lat.

O, trzęsienie ziemi?

Na szczęście, wbrew temu obostrzeniu, „R100” (tytuł, a jednocześnie kategoria wiekowa, jak się pewnie już domyślacie) wcale nie jest tak niezrozumiały jakby tego chciał wymyślony dla potrzeb filmu reżyser. Co już samo w sobie jest wyczynem w sytuacji, gdy mówimy o kinie japońskim, które podstawowy poziom normalności podniesiony ma gdzieś tak na poziom nienormalności zachodniej, a często tę poprzeczkę przeskakuje. Tutaj reżyser też napodskakiwał, ale – ku mojemu zdziwieniu – to japońskie umiłowanie do udziwnień ma dużo więcej sensu niż by się to na początku mogło wydawać.

Choć nie mówię o sensie jako odkrywaniu wielkich prawd o życiu (te być może rzeczywiście zrozumiemy po przekroczeniu setki) i objawieniu po seansie. Mówię o sensie filmowej historii, która przy odpowiednim nastawieniu do seansu zamienia się w pyszną komedię. Tym ciekawszą, że japońską.

Bohaterem „R100” jest pracownik salonu meblowego. Zwykły, szary człowiek, którego żona leży pogrążona w śpiączce w miejscowym szpitalu. Wychowuje kilkuletniego syna, przyjmuje na obiadki samotnego teścia – ot zwykła rutyna. Naszemu bohaterowi czegoś jednak brakuje. Aby znaleźć to coś wybiera się do klubu sado-maso pod wszystko mówiącą nazwą „Bondage”. Tam podpisuje z właścicielem roczny kontrakt. Zgodnie z tym kontraktem co jakiś czas w życiu bohatera (nie zna dnia ani godziny) pojawią się kolejne dominy, które zajmą się nim na swój sposób. Wybór domin jest szeroki, ich specjalizacja równie szeroka – wygląda na to, że spragniony wrażeń mężczyzna nie powinien się z nimi nudzić. I rzeczywiście, na początku aż promienieje ze szczęścia.

Trzęsienie ziemi??

W porównaniu do tego, co momentami dzieje się w filmie, powyższy opis jest zupełnie normalny, ot obyczajowy dramat. Jak to jednak w Japonii bywa, sadomasochistyczna opowieść od samego początku jest mocno przerysowana (choć nakręcona w zimnych i chłodnych barwach), a to przerysowanie z każdą minutą rośnie coraz bardziej aż do wybuchowego finału.

Podpowiedź: Gdy w recenzji japońskiego filmu piszę „promienieje ze szczęścia” albo „wybuchowego finału” to nie należy czytać tego jako metafory.

Myślę, że seans można polecić każdemu, kto chciałby zmierzyć się z dziwnym japońskim kinem. Według mnie dość bezboleśnie wprowadzi w klimat, a gdy już się go poczuje, to „R100” stanie się naprawdę zabawnym, absurdalnym filmem przypominającym nieco jedno z opowiadań Stephena Kinga – „Quitters, Inc.” (nie pamiętam, czy doczekało się „normalnej” ekranizacji, na pewno było bollywoodzkie „No Smoking”; (EDIT: Gość: asadasaer; „Quitters, Inc.” było zekranizowane w filmie „Oko kota” KONIEC EDITA)).

Trzęsienie ziemi? 8/10

(1828)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.