Zaginiona dziewczyna [Gone Girl]

Najtrudniej pisać o filmach, o których nie można praktycznie nic napisać. No bo tak – „Gone Girl” to film z fajnego gatunku pod tytułem „Lepiej Nic O Filmie Nie Wiedzieć Przed Seansem”. To dość trudne, bo oparty został na podstawie bestsellerowej powieści (jej autorka jest zarazem autorką scenariusza filmu), ale da się zrobić, czego np. ja jestem przykładem. Pisząc o takim filmie trzeba więc założyć, że innym też się to udało. A zresztą, kto lubi natknąć się na spoiler, nawet jeśli coś tam o filmie wie?

Z powyższego wynika też inne utrudnienie – nie sposób ponarzekać na fabułę bez zdradzania przykładów na to, czego chce się czepnąć. A to dość ważne, bo właśnie odnośnie fabuły mam najwięcej zastrzeżeń.

Skoro za bardzo nie można pisać o fabule to co pozostaje? Niewiele. Przecież wiadomo, że w filmie wyreżyserowanym przez Davida Finchera raczej nie będzie żadnych fakapów w sztuce filmowej. Zdjęcia będą takie jak należy, muzyka będzie taka jak należy, inne technikalia będą takie jak należy, aktorstwo będzie takie jak…

Aktorstwo. Trzeba przyznać, że ze świecą szukać gorszej obsady niż w „Gone Girl”. Ben Affleck, Tyler Perry, Neill Patrick Harris – wszyscy oni zupełnie nie pasują do gatunku, jakim jest thriller. Rosamund Pike też postanowiła się z nimi solidaryzować i również popuściła wodze fantazji, jeśli chodzi o nadinterpretację i nadmierne szarżowanie na ekranie. Można by więc powiedzieć, że pod tym względem wyszedł jeden, wielki niewypał, ALE wcale nie. Cała czwórka świetnie pasowała do filmu, jakim „Gone Girl” był przez dłuższy czas trwania (wcale nie thrillerem). I także dzięki nim „Gone Girl” oglądało mi się w pewnym momencie po prostu znakomicie. Jako czystą rozrywkę bez absolutnie żadnego nadęcia. A za scenę z miśkami żelowymi dla Afflecka i Perry’ego jedno wielkie 10/10 – w końcu ktoś znalazł sposób na to, żeby nauczyć Afflecka grać.

Niestety, nie jest tak różowo, jak Wam się w tej chwili wydaje. Dochodzimy bowiem do sedna problemu „Gone Girl” i braku zdecydowania Finchera odnośnie tego, co chce nakręcić. Otóż „Gone Girl” składa się przynajmniej z trzech filmów. Pierwszy, właściwie telewizyjny, to historia spod znaku kobiecej literatury z dreszczykiem. Oni tacy zakochani, małomiasteczkowe love story, w którym pojawiają się kłopoty. I już nie jest tak romantycznie, ale trudno też mówić o jakimś specjalnym napięciu. Wydaje się, że wszystko musi skończyć się dobrze, a nawet jeśli nie to co najwyżej się popłaczemy, ale na pewno nie umrzemy z napięcia. Potem pojawia się część druga, najlepsza w całym filmie. Optyka zmienia się o 180 stopni i z doprawionej sensacją obyczajówki przechodzimy do filmu, którego historia mogłaby wyjść prosto spod pióra Johna Grishama. Jest poważnie, ale zarazem zabawnie gdzie trzeba. Aktorzy zaczynają bawić się swoimi rolami i przy okazji zaczynają bawić też nas. Zaczynamy się angażować w historię i liczyć na to, że na końcu adwokat powie: „A teraz wyobraźcie sobie, że ta dziewczynka jest biała!” zostawiając nas w zachwycie nad (nie)spodziewanie zakończoną sprawą. Nagle przestaje liczyć się rozmyślanie nad dziurami w scenariuszu, jest nam obojętne czy są, czy ich nie ma i każdy zwrot akcji przyjmujemy z zadowoleniem nie zastanawiając się, czy rzeczywiście ma sens. Liczy się tylko czysta rozrywka, raczej niespodziewana po Fincherze, który przyzwyczaił nas do nieco poważniejszego traktowania kina niż tylko rozrywkę.

Niestety. Z tego zachwytu zostajemy wyrwani bardzo brutalnie wraz z rozpoczęciem się trzeciej części filmu, zupełnie moim zdaniem nie pasującej do tego, co zobaczyliśmy wcześniej. Robi się mrocznie, Affleck znowu musi grać na poważnie – Houston, mamy problem. Misternie budowane zadowolenie pryska i pozostaje żal nad kierunkiem, w jakim toczy się film. A toczy się w kierunku przynajmniej kilku zakończeń – jakby Fincher od za długiej Dziewczyny z tatuażem zapomniał, kiedy powinien skończyć swoją opowieść. Mnoży twisty, których w sumie robi się co najmniej tyle jak w Race (zapewne nie wiecie o czym mówię, ale nie szkodzi; nie liczyłem, ale wydaje mi się, że wspomniany film to rekordzista świata pod względem zwrotów akcji na film; no może ex aequo z „Dzikimi żądzami”). Ale żaden z nich nie jest tak zadawalający jak byśmy sobie tego życzyli.

Wracają wątpliwości co do logiki fabuły, znowu przeszkadzają rzeczy, które wydaje się, że mogą być tzw. plothole’ami (o szczegółach nie sposób napisać w starającej się unikać spoilerów recenzji), no i wychodzi się z kina z żalem za tym wspaniale rozrywkowym filmem, jakim „Gone Girl” był do 2/3 swojego metrażu. 7/10

(1785)

PS. W kinie na pokazie przedpremierowym byliśmy z… gambitem (zaskoczenie). Ja do twórczości Finchera jestem nastawiony chłodno, gambit wręcz przeciwnie. Po seansie obaj mieliśmy podobne odczucia odnośnie filmu.

PS2. Ciekaw jestem, ile recenzji „Gone Girl” będzie nosić tytuł „W pogoni za Amy”. 

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.