Race

Oto ktoś tam, oto brat ktoś tama, oto jego dziewczyna, a oto inna dziewczyna, która się w nim kocha, ale nie jest jego. A oto przekupiony dżokej i bomba w samochodzie. A oto Saif Ali Khan, a oto Bipasha Basu, a gdzie obiecana Sameera Reddy? Po 34 minutach seansu zadałem Aśkowi sakramentalne pytanie: „Ej, ale o czym jest ten film?”. Nie umiał odpowiedzieć, ja też nie. A potem się zaczęło…

Pamiętacie taki film „Dzikie żądze”? Na wypadek gdybyście nie pamiętali, to ja wam przypomnę:

„Dzikie żądze” to film, po którym napisałem, że co za dużo karkołomnych zwrotów akcji to niezdrowo. Trzy, cztery to ilość wystarczająca, ale więcej niż tyle zamiast zaskakiwać to raczej śmieszy. I myślałem wtedy, że „Dzikie żadze” do końca mojego życia będą wiodły prym pod względem zwrotów akcji. Jakże się myliłem, napisałby ktoś mądrzejszy. A gówno, napisałbym ja. A gówno! W „Race” jest około stu siedemnastu zwrotów akcji. Ja wiem, że to bollywood i trwa trochę dłużej, ale nawet jak na jego metraż tych zwrotów jest o sto czternaście za dużo. Choć trzeba przyznać, że łatwiej przełykalne są dla mnie niż te w DŻ. Tam wszystko było na poważnie, a tutaj raczej nikt o powagę nie dbał. Nie żeby to była absurdalna komedia, ale po prostu lightowe kino sensacyjne. I nawet na dobre filmowi te zwroty akcji wyszły, bo gdyby były trzy, to by się człowiek szybko połapał co nie tak. A jak jest sto siedemnaście to nie ma wała, żeby znaleźć, w którym miejscu film nie gra najbardziej. Hell, momentami wydaje się, że wszystko w nim ma sens i wow. Ale tylko momentami ;P Tak czy siak jest rozrywkowo i serio serio, co trzy minuty wszystko staje na głowie.

„Race” to film z rodzaju nowego Bollywoodu. Chcecie lasek w sari? To se obejrzyjcie inny film. Chcecie dziabolenia o tym, że najważniejsza jest miłość ojcowska i nic ponad to? Once again, inny film se włączcie. W „Race” są przystojni półnadzy faceci, gorące laski, szybkie samochody, błyszcząca broń, czyste jak łza Indie i namalowane miejskie zarysy na horyzoncie, które trochę za głośno każą nam uwierzyć, że takie właśnie są Indie. Jak Manhattan. (ejże, chyba się pogubiłem do końca, bo właśnie mnie olśniło, że akcja filmu rozgrywa się w RPA – do tej pory myślałem, że tylko tam polecieli na chwilę, ale nie, oni tam chyba cały czas siedzieli 😉 no nic, czyli całe to gadanie o namalowanym Manhatanie psu na budę, selawi) Piosenki w „Race” są, ale nie jęczenie sitara tylko dyskotekowe rytmy. I przystojni półnadzy faceci z gorącymi laskami je śpiewają.

I kiedy już myślałem, że wow, nie zerżnęli fabuły z żadnego amerykańskiego filmu, to niefortunnie wlazłem na IMDb i się dowiedziałem, że zerżnęli coś, co się nazywa „Goodbye Lover” z . I ja teraz tego szukam i szukam i znaleźć nie mogę.

Aha. No i w końcu pojawiła się Sameera. I od razu lepiej się oglądało.
(660)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.