Zabić człowieka [To Kill a Man aka Matar a un hombre]

Chilijski kandydat do Oscara w kategorii Najlepszy film nieanglojęzyczny nie uwiódł mnie zupełnie niczym na tyle, że poświęcę mu góra dwa akapity.

To Kill a man aka Matar a un hombre
 

Cichy i spokojny strażnik terenów leśnych zaczyna być nękany przez miejscowego opryszka. Oprycha udaje się wsadzić do więzienia, ale gdy wychodzi po półtora roku odsiadki, zaczyna prześladować rodzinę naszego strażnika. Wszelkie próby poradzenia sobie z jego terrorem zgodnie z literą prawa palą na panewce i konieczne staje się powzięcie bardziej radykalnych metod pozbycia się problemu.

No dobra, akapitów będą przynajmniej trzy :P. Wszystko, co trzeba wiedzieć o tym filmie zawarte jest w jego tytule. Poszukiwacze krwawych twistów nie znajdą tu niczego dla siebie, bo „Zabić człowieka” to studium psychologiczne zmian, jakie zachodzą w zwykłym, szarym człowieku, który zmuszony jest do najgorszego. A że te zmiany rozgrywają się głównie w głowie, to i widz skazany jest na śledzenie długich, wolnych ujęć ciągnących się w nieskończoność i często łkających o głos z offu. Osobiście nie widzę w tym niczego odkrywczego.

„To Kill a Man” to taki trochę polski „Dług” (też oparty na faktach), ale film Krauzego wypada w porównaniu o niebo lepiej. Głównie dlatego, że jest bardziej przystępny dla statystycznego widza, a przy tym i tak udało się w nim pokazać przemianę, jaka następuje w zetknięciu ze złem. Czyli da się połączyć te dwa światy. „To Kill…” nawet nie próbuje tego robić pozostając cały czas w tej ambitnej manierze, która sprawia, że 70-minutowy film wydłuża się przynajmniej dwa razy. Oczywiście na pewno znajdzie swoich amatorów, którzy go zrozumieją i w odpowiedzi powiedzą ci: „Idź lepiej pooglądać Rambo”. Inaczej: którzy go docenią, bo do rozumienia wiele tu nie ma. Wszystko jest jasne i klarowne, tylko do końca nie wiadomo po co na to marnować taśmę filmową.

Podczas seansu łatwo też nasuwają się skojarzenia z kinem greckim spod znaku „Kła” czy „Miss Violence”. Tyle, że brakuje im tego greckiego „porycia”, które nadaje na pozór zwyczajnym historiom obyczajowym czegoś diabolicznego. 5/10

(1811)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.