WFF 2014 – Beznadziejni [Futureless Things]

Filmowy mix: czarna komedia, musical, fantasy, a nawet sitcom i thriller. Opowieść składa się z trzynastu epizodów, których bohaterami są pracownicy supermarketu, zatrudnieni w niepełnym wymiarze godzin. Każda z historii powiązana jest z następną w wyjątkowy sposób. Towarzyszymy studentowi, muzykowi, lesbijce, uciekinierowi z Korei Północnej i innym, ubranym w identyczne służbowe uniformy pracownikom podczas jednej zmiany. Miłość i zerwanie, odrębność jednostki kontra masa społeczna, rzeczywistość a złudzenie – to główne tematy filmu. A w tle krążą szefowie oraz klienci pojawiający się i znikający jak duchy… (Opis ze strony WFF)

Zwykle nie kopiuję opisów filmów z innych miejsc, bo sam sobie zawsze lepszy napiszę ;P, ale tym razem sytuacja jest wyjątkowa. Opis wymagał zacytowania, by móc zadać pytanie: kto pisze te opisy filmów na stronę WFF? ktokolwiek to nie jest – „Beznadziejnych” nie oglądał. Pewnie z angielskiego opisu tłumaczył (stąd łatwa pomyłka przy uciekinierze z Korei Płn.; to była uciekinierka tak naprawdę), a jeśli tak to druga wątpliwość: czy autor angielskiego opisu oglądał film?

Co wyobraża sobie widz na widok takiego opisu… No dobra, dobra, co wyobraża sobie Q na widok takiego opisu? Wyobraża sobie podzielony na trzynaście części film, w którym każda z tych części nakręcona została w zupełnie innej stylistyce. A jeśli nie każda, to np. po dwie części. Dwa sitcomy, dwa thrillery, dwa musicale itd. I to wyobrażenie jest fajne, obiecujące, zwiastuje coś co chce się zobaczyć. I pod nosem chwali się reżysera, że znalazł fajny sposób na to, żeby pokazać swoją wszechstronność.

Niestety, w rzeczywistości różnica między filmem, a jego opisem jest jak różnica między hamburgerem z McDonalda i jego zdjęciem. O ile te trzynaście części można jeszcze wyodrębnić, to nie jest to aż takie łatwe jak by się mogło wydawać. Wszystko dlatego, że nie ma żadnej „różnej stylistyki” pomiędzy nimi, wszystkie są nakręcone właściwie w tym samym stylu i nadużyciem jest pisanie, że widz znajdzie tu thriller, czy musical. Bo na końcu bohaterowie zatańczyli przez 30 sekund?

Nawet supermarket się nie zgadza, to raczej sklep wielkości tego ze „Sprzedawców”.

Trudno więc nie mówić o zawodzie w sytuacji, gdy rozbudzone przez opis wyobrażenia rozmijają się ze stanem faktycznym. Cierpi na tym widz i cierpi na tym film, który nie jest w stanie sprostać oczekiwaniom. Nie jest to złe dzieło, ma kilka przebłysków i fajne prawie zakończenie (powinni skończyć ze dwie sceny wcześniej wraz z przyklejeniem karteczki), ale ugina się pod ciężarem Metafory. A przecież najlepiej się je ogląda, gdy jest lżejsze i weselsze – reżyser bez dwóch zdań z dziesięć razy obejrzał ww. „Sprzedawców” i tego wzoru powinien się trzymać. 6/10

(1790)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl