Anna Dereszowska w filmie "Dzień dobry, kocham cię" -  fot. screen z Youtube
Anna Dereszowska w filmie "Dzień dobry, kocham cię" - fot. screen z Youtube

Dzień dobry kocham cię

Nie zamierzałem wybierać się do kina na „Dzień dobry kocham cię”. Nie urodziłem się wczoraj, wiem czym to pachnie. Takie kino, jeśli już chce się je sprawdzić, to co najwyżej można zaliczyć w domu i jest spore prawdopodobieństwo na to, że braku wizyty w kinie nie będzie potem żal. No ale skoro za darmo wyciągnięto mnie na uroczystą premierę to poszedłem. Nic do stracenia – poza kasą na parking.

DDKC to typowy polski produkt komedioromantycznopodobny. Widzieliście go już dziesiątki razy w innych wydaniach aktorskich. Ale to przede wszystkim też film zrobiony na odpierdol. Przepraszam za słownictwo, ale lepiej i bardziej parlamentarnie się tego nie da określić. Tę naodpierdolowatość widać już w tytule filmu, któremu brakuje przecinka (co ciekawe, oficjalny fanpage filmu ma w nazwie ten przecinek; na Filmwebie też – i nawet wykrzyknik! – ale to już raczej dobra wola redaktorów). Kto by się tam przejmował jakimś przecinkiem, który brzydko będzie wyglądał w logo filmu. Nie dajemy przecinka! W takiej sytuacji trudno się dziwić, że cała reszta problemów produkcyjno-realizacyjnych została potraktowana w podobny sposób. A po co się męczyć i wysilać szukając lepszego rozwiązania. Nakręćmy cokolwiek i róbmy uroczystą premierę.

O aktorach często zwykło się mówić, że są stworzeni do jakiegoś konkretnego typu ról. Tę specjalizację widać na przykładzie obsadzonego tu w roli głównej Aleksa Komorowskiego. Oto chłopak, którego domeną jest zakochiwanie się od pierwszego wejrzenia w trakcie wypadku rowerowego. Widziałem go wcześniej w serialu „Wszystko przed nami”, a teraz tutaj i trzeba przyznać, że wstęp do obu historii praktycznie niczym się nie różni. Rowerek, muzyczka na uszach, zauroczenie, kraksa, pierwsza rozmowa, spacer, rozstanie i spostrzeżenie, że nie ma się żadnego kontaktu do tej spotkanej przed chwilą drugiej połówki. Myślę, że do trzech razy sztuka i w kolejnej produkcji z udziałem Aleksa już będzie wiedział, żeby lepiej zadbać o numer telefonu do ukochanej po tym jak połamie swój rower. (EDIT przekreślnikowy pod wpływem czujnego komentarza Izy. Skasowałbym całkiem, ale pomyliłem się, to niech mam za swoje :). Poza tym „prawie” się zgadza – na pewno Michał powiedział Aleksemu, jak się w takiej sytuacji zachować ;).

Taki właśnie jest punkt wyjścia do całej nieskomplikowanej, banalnej i sztampowej historii miłosnej. Spotykają się (ona to Barbara Kurdej-Szatan; cały film zastanawiałem się, czy jej bohaterka ma telefon w Playu), tracą kontakt, ją podrywa syn bogatych rodziców, który dostał ultimatum od ojca, że jeśli w trzy miesiące się nie ożeni, to ojciec przestanie płacić jego rachunki.

Historia to nie dość, że sztampowa to na dodatek oparta na sztucznie wykreowanym problemie. Pokazującym przy okazji naodpierdolowatość filmu. Bo nasz bohater rozmazał sobie co prawda zapisany na dłoni numer telefonu bohaterki, ale przecież rozstał się z nią… pod jej domem! I zanim się zorientuje, próbuje przypomnieć sobie z bólem w oczach, jaka była końcówka numeru jej telefonu. A gdy w końcu idzie pod jej dom i tam okazuje się, że luba mieszka w apartamentowcu (wielorodzinny budynek mieszkaniowy, niekoniecznie ą i ę, ale nie miałem lepszego słowa :) ), to zgodnie z logiką rozpoczyna pukanie od drzwi do drzwi i pytanie, czy zastał Basię. Tyle tylko, że gdy w końcu trafia do właściwego mieszkania, to pytają z kolegą o to, czy jego mieszkanka (współlokatorka lubej)… życzy sobie założenie kablówki. No w ten sposób nic dziwnego, że przez cały film nasi bohaterowie nie potrafią się odnaleźć. Przynajmniej jedno z nich jest kretynem, czyt. ofiarą kiepskiego scenariusza.

Komedia romantyczna ma to do siebie, że jest dość sztywnym gatunkiem. Innymi słowy jeden kom-rom jest podobny do drugiego kom-romu. I tylko dobrze napisany scenariusz może sprawić, że historia nie wykraczająca poza znany wszystkim schemat potrafi zachwycić. Tutaj tego zupełnie zabrakło. DDKC to zlepek mniej lub bardziej połączonych ze sobą sytuacji mających w nosie jakąś logiczną ciągłość i przechodzących jedna w drugą dzięki takim bzdurom, jak ta opisana wyżej. Żeby pchnąć akcję do przodu nasza bohaterka wbrew logice dzwoni z randki do przyjaciółki i narzeka na faceta, choć ten odszedł tylko na chwilę i na kilka kroków. A to tylko jeden (no drugi :) ) z przykładów. Zabrakło też jakiejkolwiek charakterystyki postaci, czegoś, co sprawiłoby, że zależy nam, żeby bohaterowie się spotkali. On jest lekarzem, ona chadza na fitness, ktoś tam jest bogaty, inny jest sympatycznym debilem albo zakochaną pielęgniarką. Tyle informacji o postaciach tu otrzymujemy.

Innych niedoróbek też jest tu pełno. Olga Bołądź w jednej ze scen „mówi” choć nawet nie otwiera ust, 50% lokacji „zawiera” w tle jakiś remont (tak ciężko było znaleźć w Warszawie miejsca nierozkopane pod metro? niby nic, ale przynajmniej byłoby widać, że ktoś o ładne tło się postarał), na trzecich planach widać gapiów, którzy stoją w miejscu i gapią się na ekipę filmową itd. itp. Kuriozalna jest ścieżka dźwiękowa – większość piosenek w ogóle nie pasuje do niczego. Można się domyślać, że skoro je kupili to trzeba je było wstawić. Byle gdzie. Nie mówiąc o lokowaniu produktu. Myślałem, że czasy idiotycznego product placementu już choć troszkę minęły, przesunęły się do „Klanu”. Ale nie. DDKC to 90-minutowa reklama Kwasu Chlebowego – chyba najzabawniejszą sceną całego filmu jest ta, w której instruktor fitness (podziwiam Maćka Musiała, że bez zmrużenia oka chwali w wywiadach ten film, w którym scenarzysta, nie wiedzieć czemu, kazał mu biegać po Warszawie za rowerem jak Azor) daje swojej klientce w nagrodę za dobrze wykonane ćwiczenia butelkę tego napoju. Boki zrywać, aż dziwne, że zakochana para podczas pierwszego spotkania poszła na lemoniadę.

Czy jest coś dobrego w tym przeciętnym filmie (tak, tak, przeciętnym – nie jest to najgorsza polska produkcja, potrafimy o wiele gorsze rzeczy kręcić)? Ano jest. Zgodnie z tym, na co liczyłem przed seansem, ekranem rządzi i dzieli Paweł Domagała. Zdarzyło mu się tu kilka razy przeszarżować i przejaskrawić już i tak przejaskrawioną rolę, ale tylko dla niego (i dla może trzech dobrych tekstów z innych ust – m.in. pewnie gdzieś zasłyszany na Kwejku: „Mężczyźni sa jak podatki, tylko 1% do czegoś się nadaje”) opłaca się na „Dzień dobry kocham cię” iść do kina. Wróć, obejrzeć kiedyś ten film. I tylko dzięki niemu 6/10.

(1812)

PS. Osobne pozdrowienia dla kelnera z restauracji(?) z kręcącym się stolikiem. Jego wejście i „6+7 to 13, a to oznacza wielkie szczęście” czy jakoś tak zapewniło mi największy facepalm w trakcie całego seansu.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.