Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!

Epicentrum [Into the Storm]

Dobra wiadomość – obawy okazały się nieuzasadnione. „Epicentrum” nie jest filmem telewizyjnym.

„Epicentrum” jest czymś na obraz i podobieństwo found footage’u, przy czym charakterystyczna cecha gatunku (kręcenie czym popadnie) potraktowana tu została całkiem lightowo i często granica między normalnym filmem a ff zaciera się całkowicie. Pewnie każde ujęcie można by przy odrobinie dobrej woli wyjaśnić, ale nie trudziłbym się, żeby to zrobić. Głównie dlatego, że ta zatarta granica mi nie przeszkadzała, jak to miało miejsce przy okazji The Sacrament, gdzie przeskoki między ff, a normalnym filmem psuły cały klimat. Tu bardziej ma się wrażenie jak gdyby normalny film był poprzetykany nagraniami z różnych kamer. Stąd też ten „obraz i podobieństwo found footage’u”. Dobrze zrealizowanego bez cienia nieznośnej telewizyjności.

Co bardziej wnikliwi Czytelnicy szybko zauważą, że seans „Epicentrum” zaliczyłem dzięki uprzejmości dystrybutora. Z jednej strony to fajne, a z drugiej trochę uciążliwe. Szczególnie że ostatnie takie przypadki dotyczyły, co tu dużo mówić, przeważnie słabych filmów. I choćby nie wiadomo co, człowiek zawsze ma z tyłu głowy, żeby nawet pisząc negatywną opinię ubrać ją w ładne słowa. Wicie, rozumicie :). A po co to piszę? Po to, żeby opowiedzieć o uldze, jaką czułem w trakcie oglądania „Epicentrum”. Spowodowanej faktem, że nic nie będę się musiał ubierać w ładne słówka i stawać na głowie. Bo to typowy film na siódemkę, czyli całkiem nieźle.

Oczywiście znajdą się marudy, które nie znajdą w „Epicentrum” niczego godnego uwagi. Szczególnie z powodu braku jakiejkolwiek większej fabuły. No cóż, jeżeli ktoś idzie na film o efektownej burzy, tylko ze względu na fabułę… Wtedy tak, powody do narzekania będą. Bo fabuły tu nie ma.

Oto ekipa łowców tornad trafia na burzę stulecia. Koniec fabuły. Kilkoro bohaterów robi wszystko, żeby przeżyć, ale nie sposób nie zauważyć, że największą sympatię wzbudza… wóz opancerzony.

Nie sposób pozbyć się porównań do „Twistera” i w tym porównaniu „Epicentrum” wypada blado. Jak to słusznie zauważył gambit, także dlatego, że mimo lat, „Twister” nadal wygląda efektownie. Ale i dlatego, że „Twister” miał dużo lepszy scenariusz. Dobrze nakreślone postaci, jakiś konkretny cel, który im przyświecał (tym postaciom), równie konkretne czarne charaktery. Tego w „Epicentrum” brak. To tylko gonienie za burzą, a właściwie uciekanie przed nią.

Efektowne gonienie za burzą/uciekanie przed. Choć znów efekty specjalne z tego filmu do historii kina nie przejdą. Ale obawę o ich kiepską telewizyjność rozwiewają z siłą filmowego wichru. A scena z ognistym tornado robi wrażenie. Wietrzny finał ogląda się z prawdziwą przyjemnością.

Za cenę biletu dostajemy więc klasyczne kino katastroficzne pomieszane z found footage’em. Z tego pierwsze przedostało się do filmu początkowe przedstawienie kilkorga głównych bohaterów. Lekkie i zabawne, przez co nie było wrażenia znudzenia i chęci przejścia do burzowego sedna. Nie ma co kryć, „Epicentrum” mogłoby być dużo lepsze, gdyby trochę nad nim przysiąść (myślę, że zagłębienie się w historię jego powstania rozjaśniło by trochę znaków zapytania) i ogarnąć ten chaos kiepsko łączący ze sobą kolejne sceny. Ale gdy za bardzo się tym nie będziecie przejmować i po prostu rzucicie się w wir tornado, to te 80 minut seansu zleci bez bólu. Bo „Epicentrum” dobrze wpasowuje się w tę dziurę pomiędzy filmem telewizyjnym, a widowiskiem za 100 milionów dolarów. 7/10

(1758)

Advertisement

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.