Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!

The Babadook

Wybierając się na „The Babadooka” podniosłem dość wysoko poprzeczkę dla mojej listy Do obejrzenia. Film znajdował się na niej już od dłuższego czasu, więc nic dziwnego, że szczerze się ucieszyłem, gdy miał trafić również do naszych kin – czego zupełnie się nie spodziewałem. Obecność na ww. liście oznacza, że spodziewam się po filmie dużo, a gdzie ta podniesiona poprzeczka? No przekonałem do wypadu do kina również gambita, który o filmie nie wiedział zupełnie nic. Czyli, jakby nie patrzeć, przetestowałem listę na osobie postronnej. I przyznała ta osoba postronna, że przez pierwsze pół godziny seansu nie wiedziała czy przeżyje całą resztę. Tak się wynudziła.

Ale po seansie wniosek był już tylko jeden – obaj byliśmy pod wrażeniem tego, co zobaczyliśmy.

Fajnie, że wciąż powstają takie filmy jak „The Babadook”, bo przywracają wiarę w kino. A raczej w to, że kino nie jest już tylko maszynką do zarabiania pieniędzy, ale przede wszystkim idealnym środkiem do wyrażenia się dla ludzi z wyobraźnią, pomysłowością i wyczuciem ekranu. Że o końcowym sukcesie wcale nie przesądzają miliony dolarów na koncie i moce obliczeniowe komputerów, ale to, czy ma się coś do przekazania. I to, w jaki sposób się to potrafi przekazać.

Bo „The Babadook” nie miał wielkiego budżetu, a część pieniędzy na produkcję zebrana została dzięki coraz popularniejszemu crowfundingowi. Obsadę filmu też w zasadzie zredukowano do dwójki osób (matki i syna), czyniąc go jak najbardziej kameralnym się dało.

Przede wszystkim jednak film debiutującej na dużym ekranie Jennifer Kent (oparła go na swoim shorcie Monster z 2005 roku) miał (ma) to, co potrzeba każdemu dobremu horrorowi – charakterystycznego boogeymana. A żeby być bardziej precyzyjnym miał to, bez czego od wieków nie ruszy dalej żadna porządna bajka. Bo też z bajek wziął się filmowy horror i to w bajkach zamieszkiwały pierwotnie stwory, które działały na naszą wyobraźnię w dzieciństwie. Baba Jaga, Wilk, Zła Królowa. Dorastaliśmy, zmieniały się bajki, zmieniały się stwory – Frankenstein, Hrabia Dracula, Freddy Krueger, Jason Vorhees, Pinhead. Nie zmieniało się to, że bez nich trudno o dobrą historię.

„The Babadook” ma tytułowego Babadooka. Przypominającego trochę herzogowego Nosferatu, ale tak naprawdę trudno powiedzieć, bo ilość Babadooka w „The Babadooku” ograniczona jest tylko do ilości niezbędnej. Pani reżyser wie, że najbardziej straszy to, co dyszy za drzwiami, a gdy drzwi się już otworzą i widzimy naszego stracha, opada trochę napięcie, bo wiemy już z czym mamy do czynienia. Idąc tokiem tego myślenia dawkuje nam rozsądnie tytułowe straszydło przez co osiąga efekt o wiele lepszy niż wtedy, gdyby nasz koleżka przez pół filmu biegał po ekranie niczym Krzyk z „Krzyku”. Co więcej, mądrze dawkuje nam wiele innych rzeczy, żeby wspomnieć choć fakt, że film pozbawiony jest właściwie zupełnie tak lubianego przez współczesne horroru (lubianego, bo bez niego często nie istnieje) Niespodziewanego Głośnego Dźwięku (C). Jest w całym „The Babadooku” bodaj tylko jeden taki. I to też wiele mówi o filmie – reżyserce nie zależy na tym, żeby za wszelką cenę nas wystraszyć. Zależy jej na tym, żeby robotę straszydła przejęła nasza wyobraźnia. I świetnie jej to wychodzi.

Nie chcę narzekać, bo to naprawdę bardzo dobry i częstymi momentami przewrotny film, ale wspomnę jedynie tak cichutko, że trochę spodziewałem się większej zgrywy na obraz i podobieństwo mojego ulubionego Lesliego Vernona. I trochę mi tego zabrakło, dlatego film kończy u mnie na mocne 8/10.

(1744)

Odpowiedź

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.