Przychodzi facet do lekarza [Supercondriaque]

Nie jest wielką tajemnicą, że francuskich komedii (w ogóle francuskich filmów) nie lubię prawie tak samo jak i animków. Kiedyś jednak odważyłem się i spróbowałem z Danym Boonem. Była to udana próba, bo jego Jeszcze dalej niż północ szczerze mnie rozbawił. Potem jednak zapomniałem o tym francuskim komediowym samograju i jakoś nie miałem okazji ani ochoty, by sprawdzić jego kolejne filmy. Kiedy jednak znajoma wyhaczyła w kinie jego najnowszy film (sam bym nie znalazł, bo to jakiś pokaz poza obiegiem; nie chce mi się sprawdzać, pewnikiem festiwal filmów francuskich) nie znalazłem powodu, aby na niego nie pójść. Bo i nie szukałem takiego powodu.

No i niestety początek zapowiadał spektakularną katastrofę. Znajoma, która wcześniej wyhaczyła świetną włoską komedię (coś tam „Witamy, panie prezydencie”; recki nie było, ale dałem 9/10) tym razem chyba nie miała nosa – tak mi się wydawało dziwiąc się spontanicznie reagującej publiczności na coś, co chyba wg nich miało być żartem.

Bohaterem jest zbliżający się 40-tki hipochondryk. Ale taki z najbardziej hipochondrykowatych hipochondryków. Na dodatek strasznie mocno przerysowany przez co irytujący. Dodając do tego tytuł komedii wychodziło na to, że do końca przyjdzie mi się (nie)śmiać z przerysowanych, wykrzywionych i odbitych w krzywym zwierciadle stereotypów na temat chorych facetów, w ogóle chorych ludzi.

Tymczasem po męczących 30 minutach okazało się, że jednak tytuł nie ma nic wspólnego z filmową zawartością (polskie „tłumaczenie” standardowo (nie)dało rady; nie mam pojęcia co tytuł oznacza w oryginale; ktoś? coś?). Jednostki chorobowe zeszły na drugi plan, bo do francuskiego portu zawinął statek, który przypłynął tu hen z jednego z wymyślonych bałkańskich krajów. Na nim uchodźcy, a wśród nich niemal Bóg wszystkich walczących o wyzwolenie swojej bałkańskiej krainy. Aby zmylić pościg czyhającą z kosiorami, nasz bałkański Bóg podkrada tożsamość naszego hipochondryka (i vice versa – w uproszczeniu), a naszemu hipochondrykowi w to graj, bo nagle wszyscy mają go za twardziela, pierwowzór Rambo. A szczególnie ładna pani doktor, która z miejsca zakochuje się w powstańcu ze swojego rodzinnego kraju, z którego jej przodkowie uciekli przed trzema pokoleniami.

No i zaczyna się autentycznie komedia zwariowanych pomyłek, w której fobie naszego bohatera schodzą na plan dalszy pojawiając się tylko tam, gdzie trzeba. I nagle też zaczynają śmieszyć w tej konwencji komedii lekko sensacyjnej.

Ton całemu filmowi nadaje – jak nietrudno się domyślić – Dany Boon, który dwoi się i troi, by wykorzystać każdy moment na przemycenie śmiesznego gagu czy grypsu. W przeciwieństwie do amerykańskich komedii nie ma tu mowy o żadnym osiąganiu rynsztoka, choć będąc przyzwyczajonym do amerykańskich standardów można by się spodziewać paru okropnych dowcipów o płynach ustrojowych. Nic z tych rzeczy – „Przychodzi…” to rasowa komedia dla każdego, w starym, coraz bardziej zapomnianym stylu. Podobało mi się z każdą minutą coraz bardziej, a ocena wzrosła z okolic sześciu aż do 8/10.

(1742)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl