Blue Ruin

Nie wiem, skąd mi się to wzięło, ale byłem przekonany, że „Blue Ruin”* to fabularny debiut reżyserski Jeremy’ego Saulniera. Rzecz o tyle ważna, bo już miałem cały wstęp o tym, jak to powinny wyglądać debiutanckie filmy reżyserów, którzy chcieliby z miejsca zrobić karierę, a nie czekać na jakiś wielki przełom nie wiadomo skąd.

Niestety, to drugi film w jego karierze i cały misterny plan w pizdu.

Oczywiście nie zmienia to faktu, że wizytówki do świata wielkiego kina powinny wyglądać właśnie tak jak film, o którym dzisiaj. Nie mam wątpliwości, że Jeremy otworzył sobie szeroko drogę do dalszej kariery i już wkrótce będzie kręcił co ma ochotę i za ile ma ochotę. Szczególnie że „Blue Ruin” to nie tylko jego dzieło reżyserskie, ale odpowiedzialny jest tu również za scenariusz i zdjęcia. I o ile scenariusz na kolana nie powala, to już zdjęcia robią śliczne wrażenie.

„Blue Ruin” to opowieść o menelu, który pewnego dnia dowiaduje się, że z więzienia wyszedł morderca. Wstrząsa nim ta informacja na tyle, że rezygnuje ze swojego uporządkowanego życia na plaży i odpala zdezelowany samochód, w którym spędzał noce. Nie trzeba być Sherlockiem Holmesem, żeby domyślić się, że wypuszczony morderca coś mu w przeszłości nawywijał.

Nie ma w tym filmie za dużo gadania, a do opowiadanej historii trzeba mieć trochę cierpliwości. Nie jest to bowiem film, który swoje powodzenie buduje na fabule. Jak również nie jest to film, w którym łatwo utożsamić się z głównym bohaterem, a chociażby go polubić. Ludzie na IMDb narzekają, że to najgorszy i najbardziej pierdołowaty bohater, jakiego mogli sobie wyobrazić, ale wydaje mi się, że trochę nie kumają tego, co oglądają. A właściwie jestem tego pewny, jak zawsze w przypadku, gdy piszę „wydaje mi się” ;P

To na czym zatem buduje „Blue Ruin” swoje powodzenie? Mocną stroną filmu jest jego realizacja. Oglądanie go jest przyjemne zarówno dla oczu, jak i dla uszu. Wszędobylskie odgłosy świerszczy nadają mu fajnego klimatu kontrastując z brutalnymi wydarzeniami, jakich jesteśmy świadkami. Nie ma tu mowy o tanich chwytach z thrillera przez co pełne przemocy sceny robią większe wrażenie pojawiając się właściwie znienacka. Nie ma ich wiele, ale piątka z plusem należy się dla reżysera za umiejętne operowanie filmową przemocą. Widać, że mógłby nimi epatować, gdyby tylko chciał, ale woli odwoływać się do nich tylko wtedy, gdy jest to potrzebne.

I tak minuta po minucie ani się obejrzymy, a już jesteśmy zaprzyjaźnieni z „Blue Ruin”. 8/10

(1731)

*film z ekskluzywnej listy „Do obejrzenia” (C)(TM)(R). 

3 odpowiedzi

  1. Heh, pamiętam że czytałem dawno temu tę recenzję i spodziewałem się czegoś zupełnie innego po BR. Na szczęście to było pozytywne zaskoczenie. Muszę stwierdzić, że trzymał mnie w napięciu bardziej niż filmy z bohaterami typu Rambo, gdzie wiadomo, że główna postać wszystko przeżyje.
    I zawsze lubiłem filmy, w których zwykły, szary człowiek wplątuje się w niebezpieczne sytuacje, a przez to rusza spirala przemocy i kolejnych zbrodni.

    Zasłużona ósemka.

  2. Quentin

    Nowy film Saulniera też zapowiada się smakowicie 😉

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.