Poszedłbym? Odcinek 8.

W ten weekend znów jestem słomianym wdowcem, więc pewnie szybko przekonam się naocznie, ile warte są moje prekognicje. A na razie przechodzimy do premier weekendu.
 

Co jest grane, Davis? – Poszedłbym

Więc dlaczego na pomarańczowo? Bo poszedłbym po zobaczeniu zwiastuna, który naprawdę mi się podobał (QL-a bezproblemowego zdaje się dostał), poszedłbym zwabiony nazwiskami braci Coen i poszedłbym, bo miałbym wynikającą z dwóch powyższych punktów szczerą nadzieję na inteligentną rozrywkę (choć mnie do szczęścia wystarczy już sama rozrywka :P).

No ale czemu na pomarańczowo, do diaska? Na pomarańczowo, bo film ów już widziałem i zachwycony nie jestem.

Gdyby przyszło Wam do głowy wierzyć polskim zapowiedziom to lepiej puknijcie się w łeb. Nie jest to na pewno, niezależnie od oceny filmu, „komedia, na której pokładali się ze śmiechu widzowie w Cannes”. Nie jest to nawet komedia, bo i Coenowie raczej standardowych komedii nie kręcą (a jak kręcą to bardzo łatwo je rozpoznać). Nie chcę pisać recenzji, bo… A właściwie czemu nie? Potraktujmy to jako recenzję. „Pokładać się” ze śmiechu nie będziecie, czasem trochę się uśmiechniecie, ale i do tego potrzeba czuć specyficzne kpiarskie i ironiczne poczucie humoru Coenów. Bez tego zapomnijcie o poprawie humoru.

„Co jest…” opowiada o muzyku folkowym, który chce zrobić karierę. Są bodajże lata 60 (taki zarzut, że w ogóle tego nie czuć tak naprawdę; film spokojnie mógłby „dziać się” i teraz), a on grywa „za piwko i chleb” i nie ma gdzie spać. Ambicja coraz częściej przeradza się w frustrację na co nie pomagają kolejno spotkane coraz to bardziej ekscentryczne postaci.

Nie do końca wiem, co mi w tym filmie nie pasowało, ale faktem jest, że się wynudziłem. CJG zapewne trafnie podsumowuje środowisko folkowych grajków ery przeddylanowej i jako swojego rodzaju kronika daje widzowi poczuć ten klimat zadymionych barów. A także posłuchać naprawdę fajnej muzyki wyselekcjonowanej przez T. Bone’a Burnetta (wyhaczył m.in. czołówkowy kawałek do „True Detective”). Przeintelektualizowane piosenki jednak za bardzo mieszają się z przeintelektualizowanymi dialogami (które z kolei bez ostrzeżenia wyłaniają się z gadania o dupie Maryni) i w efekcie rodzi się poczucie, że mamy do czynienia z przekombinowanym filmem, który broni tylko to, że jest „filmem braci Coen”. Mam wrażenie, że wyreżyserowany przez Mr. Nobody’ego przeszedłby bez echa.

Bez dwóch zdań jest to film rękami i nogami trzymający się stylu Coenów. Jak również został sfotografowany naprawdę pięknie. Ale faktem jest też to, że mnie zanudził. 6/10

(1702)
 

***

Obrońcy skarbów – Poszedłbym

Prawdopodobnie największa mina, na jaką można wdepnąć w tym tygodniu. Ale i tak pójdę i zobaczę.

Wszystko wskazuje na to, że to kinowy, rozrywkowy samograj. Ekipa od Operacji Argo„, wspaniała obsada pełna najlepszych aktorów z całego świata (Olbrychskiego tylko nie wzięli :P), przygodowa fabuła osadzona w naprawdę wybuchowych czasach – no takie „Złoto dla zuchwałych” XXI wieku, cóż tu może się nie udać?

Niepokojący był już pierwszy zwiastun, ale w następnym złe wrażenie zostało zatarte. Niestety prawdziwie niepokojące są jednak opinie po premierze – nic nie wskazuje na to, że film się udał. Ale warto zobaczyć co dokładnie spieprzyli 😛

PS. Nie, skąd, nie znam się z dystrybutorem!
 

***

Nieznajomy nad jeziorem – Nie poszedłbym

Nie pójdę, ale opis fabuły zrobił mi dzień:

Podczas cruisingu po plaży dla gejów główny bohater zaprzyjaźnia się wprawdzie z brzuchatym outsiderem, ale jego serce zdobywa charyzmatyczny wąsacz.

Wszystko wskazuje na to, że francuska porno-nowa-fala po chwili milczenia wraca w wydaniu homoseksualnym. Jedni obrzydzeni, inni zachwyceni metaforami – do sprawdzenia w domu ewentualnie.
 

***

Scena zbrodni – Poszedłbym

Panie i panowie, oto na ekrany polskich kin (obawiam się, że na dwa na krzyż) wchodzi najlepszy film ubiegłego roku. Pozycja obowiązkowa, cóż tu więcej pisać. Film niezwykły pod każdym względem.

Ale i też pozycja nie dla wrażliwych. Naprawdę. Często nadużywa się tego określenia, ale tutaj jest w 100% zasadne. Zostanie Wam w głowie jeszcze długo po seansie, a jego przebieg (seansu :P) na pewno nie będzie należał do najprzyjemniejszych. Ale czego się nie robi dla najlepszego filmu ubiegłego roku.
 

***

Non-Stop – Poszedłbym

Wiele nadziei pokładam w Liamie Neesonie i wierzę, że jego passa w actionerach, w których jest głównym bohaterem nie będzie podtrzymana. Bo musiałby to być film okropny. Taken, Unknown, Taken 2 – jakość spada tu zdecydowanie. Tak nisko, że jeśli „Non-Stop” będzie jeszcze gorszy to braknie epitetów, żeby go sponiewierać.

Ale wierzę w to, że tak nie będzie. Pomysł na film zapewnia sporą dawkę emocji i niewiele bullshitu. Problem tylko w tym, czy w tak ograniczonej lokacji jak pokład samolotu da się wyczarować półtora godziny akcji. Ale nigdzie nie jest powiedziane, że akcja będzie toczyć się tylko tam.
 

***

Borgman – Nie poszedłbym

Holenderski kandydat do tegorocznego Oscara. Widziałem, nie podobał mi się.

Nie będę pisał o fabule, bo jej tu nie ma. Reżyser co chwila ładuje jakieś całkowicie nie pasujące do całości sceny i nie wysila się, żeby coś wytłumaczyć. Bo taki ma styl i co mu, panie, zrobisz? A gdy już ci się wydaje, ze aha, to chyba o to chodzi – z chwilę i tak dostaniesz coś, czego nigdzie nie dopasujesz. OK, brzmi to jak wyzwanie dla widza i inteligentna gra z jego odbiorem, ale dla mnie to tylko na siłę dopisana ideologia. Nie kupuję założenia, że przekaz filmu dla każdego widza jest indywidualny w zależności od tego co przeżył, jak postrzega świat i jak rozumie to, co zobaczył. Nie kupuję, gdy daje się mu film taki jak „Borgman”, czyli zlepek scen, które wcale nie mają zamiaru pasować jedna do drugiej. Na tej zasadzie każdy może być reżyserem i nawet tłumaczyć by się nie musiał, czemu po scenie z rybkami akwariowymi pojawia się Chińczyk, który gra na bongo (przykład zdupy, nie z filmu).

Ładna realizacja i dobre aktorstwo poszły na zmarnowanie.

Widziałem, że są ludzie, których to bierze i twierdzą, że „Borgman” jest przewrotny, czarnozabawny i w ogóle ach i ech. Zachwycają się sposobem pozbywania się trupów, jak gdyby nie wymyślili go już mafiozi sto lat temu. Itd.

Na mój laicki rozum jedyną atrakcją „Borgmana” jest Hadewych Minis. 6/10, bo niech będzie, że nie rozumiem surrealizmu i źle odbieram dzieło van Warmerdama jak każdy inny film.

(1703)
 

***

Ten niezręczny moment – Nie poszedłbym

Bo nic o nim nie wiem. A to, jak zwykłem powtarzać, samo w sobie oznacza, że nie jest dobrze.

Choć z drugiej strony może taka kumpelska komedia z Zakiem Efronem to dobra odtrutka po „Scenie zbrodni”?
 

***

Nic wielkiego – Nie poszedłbym

Oto polski film, który absolutnie nie ma szans na nic dobrego. Trochę przykro to pisać, bo pewnie ktoś się nad nim napracował, chuchał i dmuchał, ale taka jest brutalna prawda. 

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.