[Rec-Pack] The Dyatlov Pass Incident, The Invisible War, Raze

Są takie filmy, które nie zasługują na pełną recenzję, której nie dzielą z żadnym innym filmem. To właśnie dla nich, choć nie tylko, stworzony został Rec-Pak.

Tak se to tłumacz. Wymyśliłbyś lepiej jakieś chwytliwe tytuły, w które ktokolwiek kliknie!

Tragedia na przełęczy Diatłowa [The Dyatlov Pass Incident]

Kanwa tej historii jest bardzo ciekawa. Otóż grubo przed półwieczem grupa rosyjskich turystów wybrała się z plecakami w niedostępne góry. Ich ciała znaleziono kilka dni później. Do dzisiaj nie ma jednoznacznego wytłumaczenia przyczyn ich śmierci.

Odnaleźć stara się je grupa amerykańskich studentów (tu z prawdy przechodzimy do fikcji). Nie do końca wiadomo, jak niby chcą to zrobić, ale lecą do Rosji, by ruszyć śladem tajemnicy sprzed lat.

Found-footage a’la Cannibal Holocaust. Nasi bohaterowie wesoło przygotowują się do zimowej wyprawy w góry, potem znikają w tych górach, aż w końcu odnalezione zostają kamery, na których zapisany jest filmowy obraz ich tragedii. Nagrania wyciekają do netu i tam możemy je zobaczyć.

Dziwny film, jak gdyby wyreżyserowany przez kilku reżyserów. Zaczyna się bardzo przyzwoicie i z prawdziwym humorem. Aż się zdziwiłem, że ten najwyraźniej półamatorsko nakręcony film daje nam kilka autentycznie śmiesznych żartów (potem się zdziwiłem drugi raz, gdy na końcu zobaczyłem, że to Renny Harlin wyreżyserował i nie ma mowy o amatorskiej produkcji). Szybko udaje się polubić bohaterów filmu, a za chwilę są już w Rosji i zaczyna się najgorszy moment filmu. Drewniane sceny, drewniane aktorstwo, sztucznie i niewiarygodnie. Potem idą w góry, a tam to już standardowy found-footage zamieniający się w coś, na co najwięcej widzów z tego co widzę narzeka. Mnie nie przeszkadzało, ale nie będę się zagłębiał w szczegóły, bo to spoiler.

Nie trzeba sokolego oka, żeby wyłapać parę plotholi, a co gorsza są to plothole, które osłabiają zupełnie finałowego twista. Ale poza tym TDPI ma swoje przebłyski i długie momenty fajnie budowanego nastroju. Niestety głównie po to, żeby to potem popsuć z hukiem. 6/10

***

Niewidzialna wojna [The Invisible War]

Wstępujemy na grząski teren, bo temat tego filmu jest na tyle delikatny, że łatwo zostać posądzonym o nieczułość, męską solidarność, czy nawet andrzejo-czy można zgwałcić prostytutkę-lepperyzm… Ustalmy więc jedno: historie opowiedziane przez bohaterki filmu są poruszające i trudno uwierzyć w to, że mimo upływu lat wciąż nie mogą uzyskać zadośćuczynienia za swoje krzywdy.

Nominowany bodajże do Oscara dokument Kirby’ego Dicka (sic!) opowiada o wstydliwym problemie amerykańskiej armii. Otóż dzielni żołnierze na co dzień po trzy razy ratujący cały świat, w koszarach zamieniają się w samców alfa, którzy gwałcą na lewo i prawo służące w wojsku kobiety.

Opis lekko za niepoważny, ale i taki jest w moim odczuciu cały film, z którego wynika bez dwóch zdań, że każda kobieta w amerykańskim wojsku przynajmniej raz została zgwałcona. Padają duże liczby (pół miliona), wstrząsające obliczenia (tysiące niezgłoszonych gwałtów; jak to liczą?) oraz w końcu możemy wysłuchać kilku ww. historii pokrzywdzonych żołnierek, które – znów wierzymy filmowi – znoszą takie gwałty kilka razy gorzej niż cywilne kobiety.

Problem istnieje, przecież skądś się te kobiety z filmu wzięły i chwała mu za to, że zwraca na niego uwagę. Bo bez wątpienia jest poważny. Ale już sam film jest zwyczajnie słaby, bazujący na sensacji, a przede wszystkim jednostronny. Nie ma w nim ani słowa z drugiej strony barykady (a jak jest to kpiące bądź pełne ignorancji), a wszystko co usłyszymy ma nas przekonać, że w ichniejszym wojsku gwałcą jak popadnie oraz dniami i nocami. Nie przekonało mnie. 5/10

***

Raze

Są takie filmy, które zbyt sztywno trzymają się powziętych przez siebie założeń. Oczywiście jakaś spójność zawsze jest potrzebna, ale jeśli założeniem jest trzymanie pewnych faktów w tajemnicy pogłębianej przez bohaterów niepewnymi spojrzeniami, ograniczonymi lokacjami i półsłówkami, to przy jednostajnym tempie filmu szybko można się znudzić. Nieważne, że aktorzy się starają, tajemnica wygląda na ciekawą, a w końcu napięcie budowane jest powoli i konsekwentnie. Jeśli nie przełamiesz tego jakimś humorem, czymś zwyczajnie cool i przebłyskiem tego, że jesteś nie tylko sprawnym wyrobnikiem, ale masz od siebie do zaoferowania więcej – widz ci się znudzi. „Raze” jest właśnie przykładem takiego filmu.

Z założenia miało być super. Kilkanaście lasek (m.in. Zoe Bell; gdzieś napisali, że „aktorka znana z Django„, co mnie bardzo rozbawiło) zamkniętych nie wiadomo gdzie zmuszonych jest do pojedynków na śmierć i życie. Krwawych walk na pięści, w których wygrać może tylko jedna. Kto je do tego zmusza? Czemu? Tajemnica!

W praktyce wyszło przeciętnie. Nieźle, konsekwentnie, nudno. Cały film od początku do końca utrzymany jest w jednostajnym tempie i nic nas w nim nie jest w stanie zaskoczyć. Znowu idą, by walczyć, znowu nadzorcy są diaboliczni, znowu gdzieś tam mignie trup i znowu dziewczyny będą chciały przeżyć. Znowu, znowu, znowu… Powoli, bez pośpiechu, wczujmy się w ich beznadziejną sytuację…

Całości za bardzo nie ożywiają krwawe walki, którym brakuje zdolnego choreografa. Well, w ogóle im choreografa brakuje. Solidnie, ale to nie ten fun, który zapowiadały zwiastuny. 6/10

(1664)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl