Lone Survivor

Wrócił Peter Berg, jakiego znamy i lubimy. Nie ten kopiujący z Michaela Baya i próbujący być bardziej rozrywkowy od niego (choć mnie się akurat Battleship podobał :P), ale ten taki dokumentalno-rozrywkowy Berg z surowymi zdjęciami, które natychmiast wywołują u widza wrażenie realizmu wiejącego z ekranu. Ot takie Friday Night Lights tylko, że na dużym ekranie i w Afganistanie, bo tam dzieje się nasza historia.

Historia, o której raczej nie słyszałem i której w zasadzie nie zgłębiałem po obejrzeniu zwiastuna, aby do seansu przystąpić z tabulą rasą. I dobrze, bo to historia prawdziwa, której znajomość mogłaby trochę popsuć seans. Choć niekoniecznie, bo zdaje się, że Berg nie odkrywa przed widzami niczego tajnego, a akcja, o której opowiada film przynajmniej przez amerykańską opinię publiczną jest dobrze znana. Choćby z książki, która stała się jej kanwą.

Książki (zapisu prawdziwej historii, przypominam), która parę lat temu zachwyciła Berga i zapragnął ją zekranizować. Latami krok po kroczku dążył do celu, zbierał aktorów, którzy ostatecznie wystąpili za pół darmo, aż w końcu powstał film, który aktualnie podbija amerykański box-office.

I trudno się dziwić, bo takie opowieści o dzielnych amerykańskich żołnierzach mają tam dobry rynek zbytu. W patriotycznej Ameryce dumą jest wstąpić do wojska i dumą jest zginąć za ojczyznę, by była bezpieczna. Niezależnie od tego, że owego bezpieczeństwa bronią tysiące kilometrów od domu wśród wrogów, którzy raczej Ameryce wiele złego zrobić nie są w stanie (wiem, czasem się im udaje).

Oddział Navy Seals rusza z misją pojmania (czy tam zabicia, umknęło mi) groźnego talibskiego przywódcy ukrywającego się w górzystej i trudno dostępnej części Afganistanu. Dobrze zaplanowana misja szybko się komplikuje.

Berg zaczyna swój najnowszy film z wysokiego C. Ten realizm, o którym pisałem w pierwszym akapicie, ujmuje od pierwszych ujęć i naprawdę świetnie się to ogląda. Ciekawa obsada stara się, by go nie zabić i udaje jej się to nie tylko przez zapuszczenie bród. Widać, że ulubiony aktor Berga Taylor Kitsch popracował nad masą i rzeźbą, a nawet Emile Hirsch, o którym długo myślałem, że jest kobietą (widując nazwisko w napisach byłem pewny, że to aktorka – np. tytułowa dziewczyna z sąsiedztwa :) ), wygląda tu w miarę badassowo.

A potem jest stosunkowo gorzej. Choć nadal dobrze, to jednak zgrzyta coraz więcej. To na pewno efektowny film, który ogląda się bez znużenia, ale lista rzeczy, których można by się czepnąć rośnie. I wiem, że bzdurą jest czepianie się fabuły opartej na prawdziwej historii (no w końcu tak było; a przynajmniej z grubsza), to jednak pod koniec robi się za słodko i za amerykańsko. Trudno to kupić.

Wielu chwali realistyczne strzelaniny, ale ja uważam, że to lekka przesada. Talibowie sami wystawiają się na strzał, by zostać zabitymi z efektownym, choć nie tak efektownym jak u Verhoevena, splatterem, a Sealsi praktycznie trafiają za każdym razem. No i trudno przyzwyczaić się do leśno-górskich krajobrazów, które bardziej przypominają polskie góry niż Afganistan.

Ale najtrudniej przyzwyczaić się do przesadnie złowieszczych Talibów. Przysiągłbym, że charakteryzator za bardzo chciał się popisać i zrobił z ich twarzy złowrogie karykatury z perfekcyjną linią czarnych bród i czarnymi brwiami układającymi się w minę „Nienawidzę Ameryki!”. 7/10

(1657)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl