ko-ri-a

Ko-ri-a aka As One

Jednym z najczęściej pojawiających się motywów w południowokoreańskiej kinematografii jest siłą rzeczy sprawa podziału Korei po II Wojnie Światowej na tę Północną i Południową. Nic nie wskazuje na to, by sytuacja geopolityczna miała się odmienić, ale filmowcy z południa nawet w filmach, w których najbardziej czarnymi charakterami są ci wstrętni komuniści (- Ale o co cho? Jacy komuniści? – zapytałby właśnie teraz Kim Dzong Un) z północy często starają się podkreślić, że oba państwa to historycznie jeden naród, który powinien znaleźć siłę na to, by się zjednoczyć. Często nawet najbardziej zagorzali wrogowie i miłośnicy Zgniłego Zachodu, czy Wielkiego Wodza nim skończy się film zrozumieją, że płynie w nich krew tych samych przodków. I powinni się kochać. Ot dziecinna i bajkowa naiwność kina – ma do tego prawo, po to zostało wymyślone.

„As One” reprezentuje jeszcze jeden, łagodniejszy rodzaj tego zjednoczeniowego kina – nie ma tu zajadłych wrogów i niemoralnych bohaterów. Są różnice, bo być muszą, ale od początku filmu pobrzmiewa w nim nuta porozumienia, której jesteśmy pewni, że za chwilę zabrzmi mocniej. I wyraźnego głosu do koreańskiego widza: kurczę, chrzanić 38. równoleżnik i Strefę Zdemilitaryzowaną, zróbmy coś, żeby to wszystko naprawić. To tacy sami ludzie jak my, nasi rodacy… Niestety, wciąż nikt nie chce na północy słuchać tego idealistycznego i trochę naiwnego wołania o pokój. Ale za to jakie filmy z tego wychodzą!

Jest rok 1991. Minęły zaledwie cztery lata od poważnych tarć pomiędzy sąsiadującymi państwami. Tarć, które zaowocowały pokojowymi rozmowami, w wyniku których postanowiono wystawić do sportowej walki drużynę zjednoczoną pod jedną, wspólną flagą. Drużynę złożoną z zawodników z obu Korei. Okazja do jej zaprezentowania zbliża się dużymi krokami – oto za kilka tygodni w Japonii rozegrane zostaną mistrzostwa świata w tenisie stołowym. Jest więc już pewne, że oto tenisiści stołowi, chluby jednego jak i drugiego narodu) po raz pierwszy od podziału państwa dziesiątki lat temu reprezentować będą połączoną Koreę. Rozpoczyna się zgrupowanie i pierwsze problemy pojawiają się od razu. Szczególnie między dwoma rywalkami z poprzednich zawodów, które różni w zasadzie wszystko. Jak i pozostałych południowców od ich nowych kolegów z północy.

Początkowo film oparty na prawdziwej historii wyreżyserować miał Kim Jee-woon (m.in. Opowieść o dwóch siostrach, Dobry, zły i zakręcony, I Saw the Devil) i to on nadał ruch całej machinie produkcyjnej. Ostatecznie za kamerą stanął Moon Hyun-sung i bardzo poważnie podszedł do powierzonego mu zadania. Zadbał o jak największy realizm, a zatrudnionych aktorów wysłał na kilkumiesięczny kurs tenisa stołowego. Efekt ich ciężkiej pracy przyniósł więcej niż świetny efekt – główne bohaterki filmu (Ha Ji-won (Sector 7), Bae Doona (Doomsday Book, Atlas chmur, niedługo Jupiter Ascending)) wystąpiły w scenach pingpongowych meczów bez dublerek, a towarzyszyły im obecne reprezentantki Korei Południowej. Konsultantką przy całym filmie była prawdziwa bohaterka opisywanych wydarzeń, a jako szefowa Koreańskiego Związku Tenisa Stołowego zadbała m.in. o to, by w epizodach meczów z Francją i Węgrami wystąpiły prawdziwe reprezentantki tych krajów.

Zwykle na poprzedzający film napis „oparty na prawdziwych wydarzeniach” patrzymy z przymrużeniem oka, ale z tego co zdążyłem pobieżnie poczytać, w tym przypadku fabuła rzeczywiście trzyma się wydarzeń jak najwierniej się tylko da. Z pewnością zostały one podkoloryzowane (stawiam np. na wątki z reprezentacją mężczyzn, która zbyt wiele nie zwojowała, a co za tym idzie ich rola ograniczyła się tutaj jedynie dla celów fabularnych), ale całe sedno i jego otoczka jest prawdziwa. Jak najbardziej to możliwe – na szczęście nie było powtórki z żenady zaserwowanej przez Take Off.

Zaangażowanie aktorów, dbałość o szczegóły, fascynująca historia (zarówno ta stanowiąca fabułę filmu, jak i ta rozumiana w szerszym kontekście), a w końcu umiejętności techniczne południowokoreańskich filmowców – to się nie mogło nie udać. Powstał dynamiczny, wzruszający i porywający film sportowy, który szczerze polecam. 10/10.

(1656)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.