Stalingrad

Japonia. Na skutek trzęsienia ziemi pod jednym z zawalonych budynków uwięzona zostaje niemiecka turystka. Na ratunek rusza dzielny rosyjski ratownik medyczny. A dalej jest równie absurdalnie.

Każdy wie, że jeśli zaczynasz film od trzęsienia ziemi to potem napięcie powinno tylko rosnąć. Wiedział o tym również reżyser „Stalingradu” Fedor Bondarchuk, bo nie minęło kilka minut filmu, a na ekranie mogliśmy podziwiać bohaterski szturm palących się radzieckich sałdatów. I jeśli myślicie, że to już na pewno trudno pobić, to… dobrze myślicie.

Oto Bardzo Ważny Budynek, którego zdobycie jest kluczowym punktem w kwestii prowadzenia operacji wojskowych w Stalingradzie i w ogóle nad Wołgą. Aktualnie zamieszkuje go grupa radzieckich żołnierzy, który trafili tu po ww. szturmie i zgodnie z rozkazami dowództwa mają go utrzymać do czasu przybycia posiłków. Za wszelką cenę. A przewaga wojsk niemieckich każe się domyślać, że będzie to cena życia. Sytuację dodatkowo komplikuje fakt, że budynek zamieszkuje młoda dziewczyna, w której z miejsca zakochuje się pięciu sałdatów.

Lista tego, co złe w „Stalingradzie” jest bardzo długa, a na jej czele są dwie rzeczy. Rzecz kluczowa – scenariusz, którego w zasadzie całkowicie brakuje. O dialogach nie ma co mówić, bo to sztampowe gadki ocierające się o propagandę dzielnego ruskiego Wani, który zestrzelił z procy czołg. Fabuła również jest mocno szczątkowa i poukładana z byle jak posklejanych ze sobą scen bez jakiegoś wyraźnego zarysowania opowieści i kontekstu miejsca, w którym dzieje się cała akcja. Bohaterów poznajemy w trakcie filmu z pięciu rzewnych historyjek pojawiających się zupełnie randomowo w ustach narratora i trudno ich jakoś specjalnie żałować, jeśli zginą. Nie ma mowy o jakimkolwiek „wczuciu się” w film, bo od początku sprawia wrażenie jak gdyby wycięto z niego jakieś dwie godziny ważnych scen.

Drugim na liście stalingradzkich koszmarów jest beznamiętny rosyjski… lektor. A i owszem, lektor, który zagłusza niemieckojęzyczne kwestie. Nie wiem kto go wymyślił, ale powinien smażyć się w piekle. Poza tym zastanawiam się, czy naprawdę wielkim problemem było sprowadzenie do Polski wersji filmu bez ścieżki z tym kolesiem, przy którym polscy lektorzy to mistrzowie dykcji i emocji? Dotarła jaka jest i muszę przyznać, że to prawdziwa tragedia. Na ekranie niemiecki czarny charakter w osobie germańskiego Krystiana Wieczorka, czyli Thomas Kretschmann wściekle krzyczy „Scheiße!”, a „nad” nim rozlega się wypowiedziane zupełnie bez emocji głosem robota: „Gawno!”…

Słabo też z ww. czarnymi charakterami w postaci złych Niemców. Mają w zasadzie dwie twarze – znaną twarz Kretschmanna, zwanego tu Kannem (brakowało mi bardzo, żeby ktoś krzyknął: KAAAANNNNN! :) ) oraz twarz jakiegoś łysego oberbobersturmbahnfuhrera, który stale się wścieka. Z każdą minutą są coraz mniej demoniczni (choć i tak, kto by uwierzył, że chciało im się urządzać półgodzinną szopkę z udziałem całego oddziału, żeby w autobusie spalić matkę z dzieckiem), a coraz bardziej karykaturalni. Sam nie wiem czy tak miało być, czy wyszło przypadkiem, ale gdy Kann po raz dziesiąty wraca z pustymi rękami do swojego dowódcy, a on na niego wrzeszczy, to już nie widzimy Kanna, ale Kojota, który nie złapał Strusia Pędziwiatra.

No ale ostatecznie pal licho scenariusz, lektora, Niemców i palone matki z dziećmi, jeśli oprócz nich dostajemy emocjonująca batalistykę, krwawe strzelaniny i rozstrzeliwania czołgiem. Niestety, tego również nam oszczędzono, bo „Stalingrad” nie jest filmem o bitwie pod Stalingradem. „Stalingrad” jest filmem z gatunku: „a potem rozegrała się tutaj wielka i długa bitwa”. Nie no, wiadomo, trochę łubudu jest, ale nic na czym warto by się dłużej rozwodzić. Pełno w nim bohaterskich zwolnionych ujęć i ognia palącego się również w zwolnionym tempie. Takoż samo unoszących się nad miastem popiołów. Ubranych w kręcącą się dookoła postaci kamerę i pełną patosu muzykę.

Reasumując: „Stalingrad” to mocny kandydat do miana Rozczarowania Roku. 5/10 dam, ale seans odradzam, nawet z ciekawości. A ta piątka to tylko za Mariyę Smolnikovą, którą lubię po Córce i za ładne zdjęcia i scenografię. Choć – podobnie jak w naszym, swojskim „Quo Vadis” – opartą na pomyśle: „zróbmy ładną scenografię, ale tylko jednej, nie za dużej lokalizacji”. I tak jak w QV bohaterowie w co drugiej scenie mijali bodajże rzeźbę konia, to tutaj kręcą się wokół charakterystycznej fontanny.

(1634)

2 odpowiedzi

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.