Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!

Projekt PPTR, odc. 4

Niespodziewanie odświeżamy kolejny przyśnięty wątek! Dla posiadających krótką pamięć rozwinięcie skrótu PPTR – Przecież Pisałem Tę Recenzję. Dla niedomyślnych nie będzie dalszego tłumaczenia, bo już przechodzimy do konkretów.

Przy okazji można mi bić brawo, bo powstrzymałem się od narzekania w pierwszym akapicie, choć bardzo mnie świerzbiło. Do narzekania 😛

Od wesela do wesela [The Wedding Singer]

Prawdopodobnie mój ulubiony film z Adamem Sandlerem. Wielu powiedziałoby, że to żaden wyczyn, ale ja bym wtedy polemizował, bo miał Adam Sandler naprawdę sporo udanych filmów.

Bodajże pierwsza współpraca Sandlera z Drew Barrymore zakończyła się bardzo przyjemnym filmem, w którym cofnęliśmy się w czasie do lat 80. ubiegłego stulecia (wciąż nie mogę się przyzwyczaić do tego, że od trzynastu lat trzeba w takiej sytuacji pisać „ubiegłego stulecia”). Oto nasz główny bohater, Robbie zdaje się, jest weselnym grajkiem, którego rzuciła dziewczyna zostawiając go w skrajnej rozpaczy. Z kolei bohaterka Drew zdaje się, że ma wszystko i jeszcze do tego za chwilę ma wyjść za mąż. Jej narzeczony, Policjant z Miami z New Jersey, nie jest jednak takim aniołem, na jakiego wygląda. Co będzie dalej – domyślić się nietrudno.

Naprawdę bardzo udany film (lata później Drew i Adam znowu nakręcili bardzo udany film 50 pierwszy randek), który oglądam z przyjemnością, kiedy tylko znów natrafię na niego w telewizji. Jest tu sporo wpadającej w ucho muzyki z lat 80., fajnie oddany „klimat epoki”, no i mili, swojscy bohaterowie, których po prostu się lubi. Melodyjnie, śmiesznie, romantycznie. I tylko momentami na granicy smaku.

TWD posiada jeszcze jeden niezaprzeczalny walor – Jona „To nie korek wypycha mój rozporek” Lovitza. No i dość swojski temat, bo któż choć pięć razy w życiu nie był na weselu.

***

Niezniszczalny [Unbreakable]

Doszedłem do tego momentu w spisanych filmach do P PPTR, gdzie trafiły się pod rząd dwa tytuły filmów Shyamalana. Czas to wykorzystać, bo dobrze pamiętam, jak podczas skrobania recki 1000 lat po Ziemi po raz enty dziwiłem się, że nie ma u mnie ich recek.

Zaczynam od mojego ulubionego filmu Shyamalana, przez wielu uważanego za straszną nudę i spadek formy po „Szóstym zmyśle”. Ja, rzecz jasna, tak nie uważam. Ostatni raz widziałem „Niezniszczalnego” wieki temu, więc za bardzo Wam nie powiem, czemu myślę tak. Musicie uwierzyć mi na słowo.

Z katastrofy kolejowej jako jedyny wychodzi bez szwanku Bruce Willis (wybaczcie niepamięć imienia bohatera). Co więcej, cała reszta pasażerów ginie na miejscu. Budzi to zainteresowanie Samuela L. Jacksona, poruszającego się na wózku miłośnika komiksów, który Bruce’a uważa za real-life wcielenie komiksowego superbohatera. A gdy odkrywa, że Bruce od małego ani razu nie chorował, to już w ogóle jest pewny swego.

Jedno z lepszych rozwinięć kultowego zdania o wielkiej sile i wielkiej odpowiedzialności. Film rzeczywiście niezbyt szybki i wartki (osłodzony kilkoma operatorskimi sztuczkami), ale wciągający od początku nawet mnie, który na komiksach się nie zna. A taka wiedza na pewno przydałaby się w obcowaniu z „Niezniszczalnym”.

Przy okazji na pięć minut wróciła mi wiara w Filmweb, bo właśnie czytam jak użytkownicy zglanowali autorkę bezsensownej filmwebowej recki tego filmu Shyamalana.

***

Szósty zmysł [The Sixth Sense]

Przez lata byłem zdania, że nie lubię „Szóstego zmysłu”. Ostatnio lekko zmieniłem swoją optykę. Nie jestem tego całkowicie pewien, ale gdzieś tak przez mgłę kojarzy mi się, że na grupie dyskusyjnej wpadłem na wiadomy spoiler zanim obejrzałem film. I to podświadomie zabrało mi jakąkolwiek frajdę z seansu. Podświadomie, bo chciałem wierzyć, że wcale na to się nie natknąłem, a może tylko sam domyśliłem się w połowie filmu. Nie, sam to raczej na pewno nie.

Nie będę pisał o co chodzi w filmie (tylko co wtedy napiszę?), bo po pierwsze nie pamiętam aż tak dobrze i mógłbym napisać o jedno słowo za dużo, a po drugie i tak każdy wie. A kto nie wie, to tym lepiej – niech się nie dowiaduje tylko ogląda.

Ma (miał) Shyamalan swój specyficzny wolny styl, który zdefiniował „Szóstym zmysłem” i potem przeniósł na kolejne swoje filmy. Długie sceny, wolne ujęcia, zatrzymywanie się na dłużej przy ważnych szczegółach – generalnie wszystko to, co zwykle kwituje się okrzykiem „Ale nudziarstwo!”. Rzeczywiście, można by Shyamalanowi zarzucać nudę, ale jest w tej jego nudzie to Coś, czego nie ma w innych nudach. No i jest też największa jego wartość, którą przemilczę udając, że jest jeszcze ktoś na świecie, kto nie wie.

6Z otworzył Shyamalanowi drogę do międzynarodowej kariery i przez chwilę dziarsko nią podążał. Teraz nie potrafi się odnaleźć, ale miejsca w historii kina nikt mu nie zabierze.

PS. Dla mnie jednym z większych szoków w 6Z było to, że mignęło mi w oczy, że w jednej z ról wystąpił Donnie Wahlberg. W owych czasach nie zauważyłbym „drobnej” różnicy (Wahlberg to Wahlberg), więc tak oglądałem i oglądałem i nie mogłem znaleźć tego cholernego Marky Marka. Trochę czasu minęło, gdy skumałem, że chodzi o jego brata. A zresztą i tak pewnie bym go od razu nie poznał.

***

Trudne słówka [Spanglish]

Nigdy w życiu bym się nie spodziewał, że powyższy film tak bardzo mi się spodoba. A jednak, to chyba jeden z najdziwniejszych tytułów w czołówce moich ulubionych filmów. Nie dlatego, że to dziwny film, ale dlatego, że tak na dobrą sprawę to zupełnie normalny, przeciętny film, jakich wiele. No nie do końca.

Tzn. na pewno nie jest to najbardziej oryginalny film w historii wszechświata, raczej przeciwnie, ale zawsze gdy go oglądam to targa mną bardzo szeroka gama uczuć przeróżnych, co możliwe jest chyba tylko wtedy, gdy nie tylko lubisz bohaterów filmu, ale i w jakiś tam sposób się z nimi identyfikujesz.

Meksykańska gosposia rozpoczyna pracę w domu zamożnego amerykańskiego szefa kuchni. Szef kuchni, człowiek poczciwy tak bardzo, że bardziej się nie da, w pracy może odpocząć od żony buzującej hormonami, która nigdy nie ma dość narzekania. A że gosposia wygląda jak Paz Vega…

Wg mnie nie ma bardziej stworzonego dla Sandlera typu roli, jak ta w „Spanglish”. Obdarzony ironicznym poczuciem humoru poczciwina, któremu ten humor pozwala nie zwariować. Szkoda, że Sandler woli grać przebierających się idiotów straszących niesmacznymi żartami.

Dla mnie 10/10, a główny motyw muzyczny z tego filmu to chyba ostatni motyw muzyczny z jakiegokolwiek filmu, który wpadł mi w ucho i tam pozostał bez wrażenia, że jest taki sam jak dziesiątki podobnych motywów w innych filmach.

(1628)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.