Projekt PPTR, odc. 3

Jak na świeżo upieczonego dziewięciolatka mam dzisiaj tak mało energii i chęci do czegokolwiek poza spaniem, że aż strach. Pięć minut temu zadałem sobie „zajebiście ważne pytanie”: Co dzisiaj zrobiłeś?, a odpowiedź nie nadaje się do cytowania.

STOP marazmowi! Pisz! Na przełamanie – Projekt Przecież Pisałem Tę Recenzję, odcinek numer 3.

50 pierwszych randek [50 First Dates]

To jeden z najczęściej pojawiających się tytułów w kontekście pomysłu na ten cykl. Dobre z dzisięć razy zabierałem się do linkowania recki 50PR i zawsze za chwilę robiłem: :O Nawet teraz sprawdziłem, czy naprawdę nie ma recki 50PR na Q-Blogu?!

Mam słabość do tego filmu i od razu mówię, że dla mnie to maksymalna ocena 10/10. Duet Sandler/Barrymore nie zawiódł tu po raz drugi i lekko licząc widziałem 50PR już przynajmniej kilka razy, tak samo jak i „The Wedding Singer”.

Urzekło mnie tutaj to, co zwykle mnie urzeka – prosty, fajny pomysł na film. Oto nasz bohater spotyka naszą bohaterkę w sympatycznej knajpce na Hawajach. Ona dziewczyna z sąsiedztwa, on miejscowy podrywacz żerujący na turystkach. Wpadają sobie w oko, umawiają na następny dzień, a tu nagle zonk. Nasza bohaterka nie pamięta naszego bohatera. Czemu? Na skutek uszkodzenia mózgu w wypadku samochodowym pamięć dziewczyny każdej nocy resetuje się o dzień wstecz i tym sposobem każdy dzień to dla niej 15.10.2003 roku (znikąd wziąłem tę datę, nie ma ona znaczenia) – dzień feralnego wypadku samochodowego sprzed lat.

Urocza komedia romantyczna, od której wielu odstrasza nazwisko Adama Sandlera. Zupełnie niepotrzebnie. Sandler ma na swoim sumieniu wiele marnych filmów, ale akurat 50PR pochodzi z okresu, kiedy trafiło się w jego karierze kilka perełek („Spanglish”, „Reign Over Me”) i wydawało się, że pożegna się z rolą wsiowego dupka. Nie pożegnał się z nią ostatecznie i wrócił do korzeni – a szkoda. Bo wymienione filmy świadczą o tym, że Sandler to nie tylko „głupawe komedie z Sandlerem”.

Oczywiście jest tutaj kilka niepotrzebnych rzeczy i parę momentów pójścia po bandzie, ale o jakości filmu niech świadczy fakt, że nawet Rob Schneider nie jest tu wkurzający. A to już wyczyn. Dzielnie sekunduje Sandlerowi w codziennym zdobywaniu serca ukochanej od podstaw, co daje punkt wyjścia do nieskończonych możliwości. I choć trzeba podczas seansu solidnie zawiesić niewiarę, to dla 50PR warto to zrobić.

***

Dzień świstaka [Groundhog Day]

„Dzień świstaka” znalazł się tu i teraz nieprzypadkowo, bo przecież nie byłoby 50PR bez tego filmu, szczytu komediowej kariery Billa Murraya i Harolda Ramisa. A że recki DŚ na Q-Blogu równie zadziwiająco nie ma…

Zadziwiająco, bo to absolutny top moich ulubionych filmów i nie zliczę, ile razy go widziałem z własnej nieprzymuszonej woli. To zresztą film z gatunku „gdy się na niego natknie w telewizji to jakaś siła każe nie naciskać dalej pilota”, co bodycount moich jego seansów napompowało do granicy zdrowego rozsądku.

Cyniczny pogodynek z dużej stacji telewizyjnej przyjeżdża na zadupie, by zobaczyć czy świstak zobaczy (sic!) swój cień. Od tego zależy, jak długo jeszcze potrwa zima. Towarzyszy mu bodajże producentka telewizyjna i safandułowaty operator kamery. Jest 2 lutego, pada śnieg. Tak bardzo, że ekipa zmuszona jest zostać na noc. Rano w radio znów leci piosenka Cher i Sonny’ego, znów nie ma ciepłej wody pod prysznicem i znów nie wiadomo czy świstak zobaczy swój cień… Zaraz! Znowu 2 lutego?

Mistrzostwo świata i okolic w komedii z morałem i w prostocie pomysłu na film. Bill Murray daje tu koncert, a wspiera go świetny scenariusz pełen niezapomnianych kwestii.
– Miała pani kiedyś deja vu?
– Nie wiem, ale zapytam w kuchni.
Zanim skończy się film nasz cyniczny pogodynek będzie musiał odpowiedzieć sobie na parę pytań o samego siebie, przeżyć solidne załamanie nerwowe i zaadaptować do nieoczekiwanej sytuacji. A przy okazji zdobyć serce Andie MacDowell, która gra tak samo jak jej śliczna lodowa rzeźba 😉

I tylko nigdy nie wiem, czemu oni z uporem maniaka chodzili spać przed tą szóstą rano. Nic by to na pewno nie zmieniło, ale chocby z ciekawości powinni byli sprawdzić. Na ocenę to nie wpływa: 11/10

***

Tak patrzę na przygotowaną listę tytułów, o których chcę napisać i widzę, że teraz będzie tzw. krótka seria. Czyli w dwóch zdaniach (TM), które zawsze okazują się sześcioma zdaniami…

***

Maczeta [Machete]

Historię tego filmu każdy zna. A jak nie zna to mu ją przypomnę. Tarantino i Rodriguez do spółki pewnego pięknego dnia postanowili nakręcić grindhouse’a – dwa godzinne filmy połączone ze sobą czterema zwiastunami wymyślonych filmów nakręconymi przez jeszcze innych reżyserów. Wszystko na cześć grindhouse’owych seansów kinowych, które ryły im banie w dzieciństwie.

Wszystko wydawało się piękne i cudowne, a potem przyszła kinowa klęska i porażka z komedią o łyżwiarzach figurowych… Żeby ratować portfel z jednego filmu zrobiły się dwa filmy bez wymyślonych trailerów. Jednak owe trailery dawno „poszły w wiral” i zyskały należną im sławę (nawet Eli Roth nakręcił coś dobrego chyba po raz pierwszy w życiu). Jeden z nich, rodriguezowy „Machete” od słowa do słowa zamienił się w pełnometrażowy film.

I znów miało być pięknie i cudownie. Ziarno klisz prosto z lat 80, cheesy onelinery (polski język filmowo jest tak ubogi….), krwawa akcja i generalnie jazda bez trzymanki za niewielkie pieniądze. Nie wyszło. Finansowo na tym stracić się nie dało (o rzut beretem mamy już drugą część, a zdaje się zaplanowana jest trylogia), ale to co świetnie wygladało w zapowiedziach, rozciągnięte do półtoragodzinnego filmu nie było już takie cool. Śmiało mogę napisać, że zwyczajnie mnie zawiodło. Nie pamiętam, na jaką ocenę zasłużył Maczeta, ale myślę, że było to w okolicach 6/10. Z tego też względu dwójką nie jaram się zupełnie i mam nadzieję, że może choć to uchroni mnie od kolejnego zawodu.

A Rodriguez, cóż, tak naprawdę nigdy nie wzniósł się ponad „Desperado”, a kolejne jego filmy udowadniają chyba tylko to, że i „Desperado” wyszedł mu przypadkiem. Facet tak bardzo próbuje być cool, że… nie jest.

***

W dwóch słowach my ass… Ale teraz to już naprawdę.

***

Urodzeni mordercy [Natural Born Killers]

Ciekawa (w miarę) sprawa. Są filmy, kóre widziałem po zylion razy, a są filmy, które widziałem raz a niezbyt dobrze. UM (nie mylić z Urzędem Miasta) to właśnie taki film. Tzn. widziałem go zupełnie dobrze, bo w kinie, ale jednak mam wrażenie, że powinienem go obejrzeć później, na spokojnie i z większym zrozumieniem.

A spokojnie w kinie nie mogłem, bo jakoś tak młody byłem i się krępowałem, że wyciągnąłem na to do kina ojca nie spodziewając się, że będzie aż tak nieprzyzwoicie.

Zostawiam Quentina Tarantino na boku (nie dziwię się, że się rzucał; nawet jak na niego UM byli za bardzo pokręceni i pomieszanopoplątani) i tak sobie myślę, że Oliver Stone pospieszył się z tym filmem o jakieś dziesięć lat. W związku z czym nikt go nie zrozumiał i tak po troszku tym filmem jego kariera skandalisty podupadła. Może gdyby poczekał to byłby wizjonerem, ale na ówczas UM dla zwykłego zjadacza chleba to było za dużo.

Mnie się średnio podobał, ale kasetę (pamięta ktoś? 😉 ) z OST sobie kupiłem i tłukłem. A nawet zacząłem pisać jakieś inspirowane UM opowiadania, ale przestałem, gdy uświadomiłem sobie, że to wcale nie jest inspiracja, a bardziej brak własnej wyobraźni… Nie oceniam, musiałbym obejrzeć jeszcze raz.

(1579)

2 odpowiedzi

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.