Millerowie [We`re the Millers]

Żałuję, ale tak bardzo niewiele, że nie mogę dawać połowicznych ocen. Tzn. mogę, ale nie chcę. Nie po to przechodziłem z systemu szóstkowego do dziesiątkowego, żeby dalej dostawiać do ocen plusy i minusy – sam bym sobie przeczył i podważał sensowność takiej zmiany. A żałuję (bardzo niewiele), bo najchętniej dałbym „Millerom” 7+/10. A tak to leci 8/10, a w głowie pozostaje myśl, że może ta niepewność spowodowana jest tym, że zamiast wciągnąć się w film to tylko zerkałem, czy spóźniony Asiek w końcu przyszedł do kina czy nie. A że przyszedł w dwudziestej minucie filmu…

Gwoli kronikarskiego obowiązku dodam, że Asiek już oceniła ten film na 10/10, ale ona zawsze potrafiła dostrzec coś więcej w nie aż tak wspaniałych rzeczach… Yyy… Ten tego…

Gdzieś mi tam mignęło wcześniej przed oczami, że „Millerowie” to kolejny „film twórców Horrible Bosses, ale tak teraz zerkam jednym okiem i nie widzę, skąd upoważnienie do takiego stwierdzenia. Może producentów ma tych samych? No bo poza Sudakisem i Aniston w obsadzie nie zauważam innych podobieństw. Mniejsza z tym, ważne, że „Millerowie” nie zawodzą i zasługują na takie porównanie choćby dlatego, że i jeden i drugi film to dobre komedie, które przywracają wiarę w gatunek zalewany od dawna fart-joke’ami. Może nie wybitne, ale śmieszne i z pomysłem, a nie tylko utkane z klozetowych żartów – choć i tych nie brakuje, ale są w ilościach znośnych i raczej śmieszą niż żenują.

Pomysł na tę akurat komedię jest prosty. Drobny diler narkotyków, wieczny licealista, traci cały towar swojego szefa. Szef, człowiek wyrozumiały, składa mu propozycję nie do odrzucenia. Albo przewiezie przez granicę z Meksyku troszkę marihuany, albo nie będzie już tak miło. Diler nie ma wyjścia i zaczyna kombinować jak to zrobić, żeby nie wpaść na granicy. Postanawia „zatrudnić” troje dalekich znajomych do odgrywania roli jego rodziny, która razem z nim wybiera się kamperem na wakacje. Striptizerka, bezdomna dziewczyna i sąsiad-patałach, nie bez obiekcji, zgadzają się na ten układ.

No to już wiadomo, czego się spodziewać i spokojnie mogę Was zapewnić, że film spełnia swoje sugerowane zwiastunem obietnice. Główni bohaterowie nieustannie sobie dogryzają, robią wszystko, żeby misja nie poszła tak jak należy, ale gdy przyjdzie co do czego jednak zginąć nie chcą. Zapewnia to śmiech raz mniejszy, a raz większy przez cały czas trwania filmu, który nie traci narzuconego przez siebie tempa. Dowcipy gonią dowcipy i nawet jeśli umrzeć ze śmiechu się na „Millerach” nie da, to jednak niewymuszony uśmiech nie opuszcza twarzy przez cały seans (choć dobrze mieć też przy sobie takiego Aśka, który odpowiednio głośno się śmieje).

Jest dobrze, no i jest też Jennifer Aniston w bieliźnie, co nie może przejść bez wzmianki w recce. Większość jej striptizerskich wyczynów można co prawda zobaczyć w materiałach promocyjnych, ale zawsze co duży ekran to duży ekran. Swoją drogą rozebrałaby się w końcu kiedyś, bo niedługo już będzie za późno 😛 choć i tak ciekawe, że jednym z motorów napędzających widzów do kin zarówno w przypadku „Millerów” jak i wspomnianych wyżej HB są gorące sceny z aktorką, która nigdy jeszcze nie pokazała się na ekranie na golasa. Wot taki mały paradoks, ale warto też zapewnić, że jeśli chodzi o obydwa filmy to jedynie miły dodatek do dobrej całości. A Aniston skutecznie kusi widza wciąż zostawiając zakrytym to, czego pokazać najwyraźniej nie chce. Bo i nie musi. Jako jedynej z „Przyjaciół” udało się jej to dorosłe pozaserialowe życie bez konieczności istnienia na dużym ekranie za wszelką cenę.

Większych wątpliwości nie ma – jeśli podobał Wam się HB, to i spodobają się Wam „Millerowie”. A jeśli Wam się HB nie podobał to nie wiem, ale chyba nie macie poczucia humoru ;P No dobrze, wiem, że nie ma co generalizować, ale serio, przemyślcie Wasze podejście do komedii ;P

(1581)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.