Pacific Rim

Uspokajałem już wczoraj na Q-Fejsie, teraz uspokoję tutaj: jeśli zwiastuny najnowszego filmu Guillermo del Toro rozbudziły Wasze nadzieje na duże widowisko i rozpierduchę w rozmiarze XXL, to spokojnie możecie kroczyć do kina i dostać to, na co mieliście ochotę. „Pacific Rim” to letni blockbuster w najlepszym tego słowa znaczeniu. Gwarantuje maksymalną odmóżdżającą rozrywkę, której miejscem jest właśnie duży kinowy ekran. To mokry sen każdego Japończyka i wielkie (nomen omen) osiągnięcie współczesnej techniki filmowej. Starcia ogromnych potworów z ogromnym mechami robią wrażenie precyzją dopracowania, w której nic nie zostało potraktowane po macoszemu. Twórcy zadbali o to, żeby każdej z rozpierduch towarzyszyły jakieś punkty odniesienia (kuter rybacki, ludzie, ptaszki), byśmy nie mieli wątpliwości, że naparzają się ze sobą prawdziwe giganty. Dlatego też kinowy ekran, jak największy, to najlepsze miejsce do podziwiania tego filmu. Przy czym ideałem są chyba odwiedziny w IMAX-ie, bo format filmu został zdaje się skrojony pod właśnie to kino. Odczułem lekki zawód, że całość wielkiego ekranu w Arkadii nie została zagospodarowana w pełni, szczególnie że przed filmem zapodali zwiastun „The Conjuring”, który wypełnił już cały ekran i świetnie to wyglądało.

A pozostając na chwilkę przy technicznych sprawach: niezmiennie dziwią mnie pytania o to, jak w danym filmie wypada 3D. Myślę, że już dawno powinniśmy się przyzwyczaić do tego, że 3D w filmie nic nie daje. Poza droższymi biletami. W „Pacific Rim” również jest niepotrzebne, ale odkąd (a piszę o tym zawsze w przypadku 3D) okulary nie przeszkadzają mi na nosie i nie zaciemniają obrazu – nie narzekam już na 3D. Uważam, że jest zupełnie zbędne, ale jeśli tylko nie przeszkadza, to przechodzę nad nim do porządku dziennego. I Wy też powinniście to zrobić, bo wszystko, czym mogło nas zadziwić 3D już raczej zobaczyliśmy.

I cóż tu więcej pisać zanim przejdę do standardowego narzekania? O fabule wiadomo wszystko ze zwiastunów, a zresztą co to za fabuła. Duzi kosmici(?) mają napieprzać się z dużymi robotami. Koniec fabuły, ale nie o nią tu chodzi. Chodzi o to, żeby było widowisko i widowisko jest. Chodzi o to, żeby nie przynudzali i nie przy… no przez większość czasu nie przynudzają (zbędne wątki z Japonką, było ją zrobić na megawojowniczkę i by wystarczyło). Chodzi o to, żeby nie było śmiertelnie poważnie i śmiertelnie poważnie nie jest. Przy czym del Toro udaje się o wiele lepiej niż innemu gigantycznemu reżyserowi – Emmerichowi – wpleść w fabułę głupawy momentami humor. Tak, że nie zgrzyta i powoduje uśmiech rozbawienia, a nie zażenowania. Jest tutaj przynajmniej kilka postaci służących tylko i wyłącznie rozładowaniu napięcia. Całe szczęście mniej jest kolesi od patetycznych przemówień, bo tekst z cancelingowaniem Apokalipsy uważam za największy kinowy suchar roku i cieszę się, że nie było tego dużo więcej.

Żeby nie było żadnych wątpliwości, kto jest głównym bohaterem filmu, reżyser zadbał o to, żeby nie zatrudnić żadnej filmowej gwiazdy. I bardzo dobrze. Pełno tu twarzy znajomych z seriali, ale ani przez chwilę nie ma wątpliwości, że największe gwiazdy filmu zaczynają się od trzydziestego piętra wzwyż. A aktorzy robią wszystko, żeby nie zepsuć tej rozpierduchy, wnosząc do filmu to, do czego nas przyzwyczaili na małym ekranie. I tak np. Charlie Jax Hunnam wniósł swój charakterystyczny luzacki krok i Minę pełną pogardy. Chyba drugą serialową Minę po królowej Min – Minie Chloe… A dla mnie przyjemnym zaskoczeniem było zobaczenie w małej rólce Santiaga Segury, choć dziwić mnie nie powinno, bo przecież to nie jego pierwsza rola u del Toro.

Nie mam więc żadnych większych wątpliwości, że na „Pacific Rim” warto do kina pójść, choć tylko i wyłącznie wtedy, jeśli spodobał Wam się zwiastun. Bo jeśli nie, to jest spora szansa na to, że będziecie pieprzyć głupoty po Internecie, że to marny film ;P Ode mnie 8/10, a byłoby 9, gdyby nie jedna mała rzecz, którą zostawię dla siebie, bo byłaby spoilerem. Żadne cuda, po prostu w trakcie seansu już postanowiłem, że będzie 9 pod warunkiem, że wydarzy się coś tam.

Co? Pisałem, że będę marudził? Pamiętam, pamiętam. Będę marudził.

Wiem, że „Pacific Rim” nie został stworzony po to, żeby czepiać się rozwiązań fabularnych, ale tym bardziej mnie dziwi, że twórcy postanowili sami sobie niepotrzebnie komplikować życie. Sedno filmu to duży mech sterowany od środka przez człowieka. Mech walczy z gigantycznym potworem. Widownia szaleje. Proste w takim wydaniu, więc po co jakieś bzdury o dwójce pilotów połączonych neuromostem z maszyną ble ble? Niczemu to nie służy, bo i nauki w tym (chyba 😉 ) nie ma nic a nic, a sedno sprawy i tak pozostaje takie same – napieprzamy gada. Generalnie więc – sposób sterowania mechów jest maksymalnie bzdurny i przekombinowany. Nie mówiąc o takich szczegółach, że głupie skorzystanie z działka w grabie zajmuje kilka sekund, przez które gad ze dwa razy mógłby nas już rozszarpać. I o tym, że najskuteczniejszy jest miecz, z którego do końcówki filmu korzystają zbyt rzadko. I o tym, że skoro większość walk załatwia salwa z działek ukrytych w klacie mecha, to po co budować mechy? Nie lepiej wybudować baterię badassowych działek na plaży?… O wiele mniej bym się nad tym zastanawiał, gdyby Jax po prostu wszedł do sterowni i poszedł się bić.

A skoro przy mechach jesteśmy, to jakim cudem świata utrzymywały się na powierzchni oceanu? Bo raczej wątpliwe, żeby wszędzie była mielizna.

A skoro przy pilotach jesteśmy, to gambit pyta: po co w ogóle te testy na mechowego były? Przecież nic nie wskazuje na to, żeby w bazie w Hongkongu była jeszcze choć jedna osoba, która potrafi sterować mechem.

A skoro przy monstrualnych gadach jesteśmy, to skąd one w ogóle się wzięły? O nic bym nie pytał, gdyby po prostu siedziały sobie w jądrze ziemi i nagle postanowiły wyjść. Ale nie, to głębsza historia jest. Bo one tak sobie podróżowały od planety do planety, niszczyły je i jechały dalej. Zaraz. Ale jak to podróżowały, skoro były zamknięte w środku? Gdy się ostatnio pojawiły na Ziemi wytępiły dinozaury i co dalej? Schowały się z powrotem i czekały na odpowiednią atmosferę? To kiedy między tymi planetami się przenosiły? Średnio co 70 milionów lat? A jeśli po dinozaurach odleciały, to jakim cudem umknął ludziom taki szczegół, jak ich ponowne pojawienie się? Itd., itp.

EDIT
debergerac
2013/07/14 10:12:43
Ale przeciez te potwory byly jeno bezwolnym narzedziem w rekach tych zlych obcych-kolonizatorow. Tych co to byli po drugiej stronie tunelu. Same bestie byly tylko klonowane i posylane zeby wyczyscyc przedpole
KONIEC EDITA

Nie sądzę, aby widzowi świadomemu tego, na co się wybiera powyższe szczegóły popsuły choćby trochę zabawę, ale myślę, że droga do 10/10 leży w maksymalnym wytrzebieniu takich pierdół. I wcale nie domagam się, żeby było mądrzej i logiczniej. Wystarczyłoby, żeby było jeszcze prościej.

(1560)

2 odpowiedzi

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.