Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!

V/H/S/2 (i trochę o V/H/S też)

Troszkę krzywdę zrobiłem pierwszej części „V/H/S”, bo nie znalazłem chwili, by miło tu o niej skrobnąć kilku zdań zachęcając Was do seansu. Moja wina, moja wina. Zaglądacze na Q-Fejsa mogli przynajmniej zapoznać się z moją dla niej oceną: 8/10, która wskazywała na to, że było dobrze.

Ale to dobrze rodziło się w prawdziwych bólach i dojrzewało wraz z seansem. Zrealizowana w popularnej ostatnio konwencji found footage łączyła w sobie wszystkie jej zalety z umiłowanym przez wielu z nas prehistorycznym już formatem VHS. Rozpoczynająca się od klasycznych mrówek, znaczka trackingu itp. (ostatnio tą samą drogą podążyli twórcy „Far Cry 3”, którzy zachwycili świat gier komputerowych samodzielnym dodatkiem do ichniego hitu: „Blood Dragon”) z miejsca przenosiła nas do tego tajemniczego świata kaset z giełdy, na których nigdy nie było wiadomo co się znajdzie. Tego samego nie wiedzieli bohaterowie nowelowego filmu, którzy znaleźli się w tajemniczym domu pełnym kaset wideo. Kolejne z nich odkrywały przerażające – mniej lub bardziej – nagrania.

Sukces pierwszej części szybko doprowadził do nakręcenia kontynuacji. Poszło szybko, bo i idea filmu umożliwia szybsze trzepanie kolejnych części – bierzesz kilku reżyserów, każdy robi swoją nowelkę i voila. I, co jeszcze ważniejsze, poszło dobrze.

Druga część „V/H/S” jest tak różna od pierwszej części jak noc różni się od dnia. W części pierwszej królowała psychodeliczna forma i typowo found-footage’owy klimat nabierający blasku w niedoskonałym vhsowym formacie. Z tego powodu oglądało się to dość trudno i dość trudno było wkręcić się w ten specyficzny klimat, który z jednej strony dodawał nowelkom dreszczyku, ale z drugiej mógł denerwować zbyt wielką trzęsawką, niedoskonałościami obrazu (zarejestrowanego często telefonem komórkowym). Stąd ten mój ból w dojrzewaniu do ostatecznej oceny. W dwójce już żadnego bólu nie było. Została podobna rama fabularna, nowelkowy podział, found footage, ale już nie taki epileptyczny i bardziej urozmaicony (sztuczne oko, kamerka na hełmie), no i końcowa ocena: 8/10. Cała reszta – choć podobna – to już diametralnie różna.

„V/H/S 2” to klasyczny zbiór kilku nowelek z dreszczykiem, jak każdy inny taki zbiór oparty na ciekawym pomyśle i jakimś haczyku, który przyciąga nas do oglądania. I trzeba przyznać, że wszystkie z czterech nowelek (ramy nie liczę) dają pod tym względem radę. Z wykonaniem jest już różnie, ale nie mogę powiedzieć, że któraś z nich znalazła się tu niepotrzebnie. No może najsłabszą ostatnią bym poświęcił, gdybym musiał (Jason Eisener, który karierę rozpoczął z przytupem kręcąc Hobo with a Shotgun wyraźnie nie trafia w mój gust; już „Hobo” mnie zmęczył). Mamy tu więc faceta chwilę po operacji oka, rowerzystę, który wybiera się na przejażdżkę po parku, ekipę filmową zwiedzającą siedzibę filipińsko-wygladającej sekty oraz grupkę młodzieży, która za oknem słyszy dziwne odgłosy i widzi dziwne światła.

Nie ulega żadnej wątpliwości – całość warto obejrzeć dla nowelek numer dwa i trzy, które koncertowo ryją beret. Pierwsza (z pozostałych) poza pomysłem nie ma nic ciekawego, a ostatnia jest zbyt niepoważna. Obie bledną szczególnie przy dziele Garetha Evansa (pan od The Raid: Redemption) i Timo Tjahjanto (który ostatnio brał udział w podobnym projekcie, którego również nie zaszczyciłem recką: The ABCs of Death (niedługo część druga tak BTW)). W ich wspólnym „Safe Haven” jest wszystko, czego brakowało mi w „The Raid” i uwierzcie mi, nie będziecie zawiedzeni. Obok niej błyszczy też niebanalna „A Ride in the Park”, która zawstydza opisywany tu wczoraj Warm Bodies realizacją taką jak powinna i tam wyglądać. Wyrzeźbili ją Eduardo Sánchez i Gregg Hale, którzy wcześniej dali światu „Blair Witch Project” i w tym krótkim metrażu udowodnili, że jest jeszcze szansa na to, że zostaną zapamiętani przez kino nie tylko z powodu glutów Heather Donahue.

„V/H/S 2” to świetna pozycja dla miłośników kina gore, inni w najgorszym wypadku będą zniesmaczeni. Ale nikogo to nie obchodzi.

(1549)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.