Człowiek ze stali [Man of Steel]

Agnieszka, młoda i ambitna studentka szkoły filmowej przygotowuje się do nakręcenia swojego filmu dyplomowego, którego bohaterem ma być niejaki Mateusz Birkut. Socjalistyczny przodownik pracy, który pewnego dnia – z przyczyn jej nieznanych – wziął i zniknął. Przyszła pani reżyser…

Wróć…

Tylko pozazdrościć sytuacji „Człowieka ze stali”, który jeszcze przed trafieniem na kinowe ekrany już się finansowo zwrócił. A potem było jeszcze lepiej. Czy w takiej sytuacji kogokolwiek z jego twórców może ruszać jakakolwiek krytyka? Los kontynuacji przygód faceta, który tym razem dobrze założył majtki jest pewna, kasa robi k-ching, wszystko gra i buczy… No i pytanie drugie: czy wobec tego jest w ogóle sens silić się na jakąś krytykę? Ano jest, bo choć nie zmieni nic, to przynajmniej śmiało można się wyżyć bez martwienia się o to, czy jakiś producent itp. zapłaci za to głową. Krytykujmy więc, bo jest co.

Na seans „Człowieka…” wybraliśmy się wczoraj z gambitem i nasze zdanie o nim jest w zasadzie identyczne – film nam się nie podobał. A warto dodać, że przeczucia chyba mieliśmy dobre, skoro już zarezerwowaliśmy bilety na niedzielne obczajanie nowego arkadyjskiego cuda – kina 4D – właśnie na Supermanie. Po godzinie filmu wiedzieliśmy już, że niedzielny seans będzie trudny, a pół godziny później, że raczej nie dojdzie do skutku. Filmowi nie pomogło nawet to, że nie miałem wobec niego żadnych większych oczekiwań – zwyczajnie nie działa na mnie magia nazwisk Zack Snyder i Christopher Nolan. I choć filmy zdarza im się robić zacne, to na dźwięk ich brzmienia nie zaznaczam w kalendarzu odpowiedniej kratki.

Większa rozbieżność w naszych opiniach pojawia się w zasadzie tylko, jeśli chodzi o finałową rozpierduchę (bo mniejsza dotyczy ogólnego wrażenia: moje jest na 6/10, a gambita jeszcze niżej). Dla mnie była bardzo fajna, odpowiednio widowiskowa i nie szkodzi, że polegała głównie na grze w ludzkie kręgle – jeden Kryptończyk rzucał drugim Kryptończykiem w budynki pełne ludzi i ich zabijał (nikt się tym raczej z twórców nie przejął, bo przecież rozwalano jakieś tam wymyślone Metropolis; gdyby to był Nowy Jork, to pewnie rozpierduchę poprzedziłaby akcja ewakuacji Manhattanu). Końcowe xx minut trochę pozwoliło mi zapomnieć o mordędze pierwszej, dłuższej (za „dłuższej”) części filmu. Natomiast gambit uważa, że rozpierducha była tandetna i pachniała bluboksem. W ogóle dużo więcej miał zastrzeżeń do technikaliów, których osobiście nie podzielam (zastrzeżeń, nie technikaliów :P), bo chyba się na tym nie znam na tyle, żeby się przejmować :).

Wad w „Człowieku…” jest naprawdę sporo, a najważniejsza z nich to nuda. Zanim cokolwiek zacznie się dziać (pomijam wizję Kryptona, w trakcie której myśli się tylko o tym, żeby w końcu akcja przeniosła się na Ziemię; jakieś sowopodobne komunikatory, dingsy wygladające jak ta taka srebrna tablica do odbijania twarzy – kto przy zdrowych zmysłach chciałby zamieniać fajną Ziemię na maksymalnie nudny Krypton?), poszatkowana retrospekcjami fabuła pełna jest długich ujęć, patetycznych dialogów, wątpliwości tytułowego bohatera i bólu scenarzysty, że nie może napisać, choć bardzo by chciał, że z wielką siłą przychodzi duża odpowiedzialność. Nasz Supek (wtedy jeszcze nie Supek, ale tak łatwiej pisać) szuka swojego miejsca na świecie i choć temu szukaniu towarzyszy pięknie sfilmowana zima i pięknie sfilmowany chłód (do czasu pojawienia się Lois Lane, która po -40 chodzi jak po -5), to chciałoby się, żeby chłopak w końcu przestał poszukiwać i wskoczył w kombinezon. Ale nie może tego zrobić, bo zgodnie z nowymi trendami, komiksowy bohater musi zamienić się w bohatera z krwi i kości, który jest bardziej mroczny niż wesoły. Trzeba pogłębić jego psychologię wszelkimi dostępnymi metodami, nawet jeśli to oznacza wysłanie go do spowiedzi lub poleżenie z melancholijna miną na trawie bujającej się na wietrze. Tej powagi jest tu zdecydowanie za dużo, a cierpi na niej humor, którego tu prawie nie ma. Wszystko jest takie nadęte i poważne, że finałowy żarcik sympatycznej pani kapitan aż boli w uszy – tak bardzo nie pasuje.

Zgodnie z tytułem filmu, jest to w całości opowieść o Supku. Nie ma w niej miejsca na inne postaci, które są po prostu słabe. Sam Superman (Cavill) jest całkiem w porządku, choć dla mnie za bardzo nijaki. Coś jak Sam Worthington, który też dostaje (dostawał) głośne role, a tak naprawdę nie ma w sobie niczego charakterystycznego i wyróżniającego go ponad innych aktorów. No ale przynajmniej ma trochę do zagrania, czego nie można powiedzieć już o reszcie postaci. Wyjątkowo słaba jest Lois Lane (Amy Adams), której postać została napisana okropnie. Nie dość, że nie ma żadnej chemii między nią, a Supkiem, to jedyną jej rolą jest pojawianie się zupełnie od czapy w różnych miejscach akcji i pchanie jej w ten sposób do przodu. Przynajmniej trzy czy cztery razy tak akurat i po prostu znajduje się w odpowiednim miejscu i czasie, przez co akcja filmu może potoczyć się dalej. Ach, wyjdę sobie na spacer po mrozie. Ach, jakiś pan gdzieś idzie. Ach, poszliśmy do statku kosmicznego, dobrze, że przyleciałam dzień wcześniej… Mizerię scenariusza i naszą obojętność względem postaci najlepiej moim zdaniem charakteryzuje jedna scena. Pod koniec filmu niejaka Jenny zostaje uwięziona w budynku. Morfeusz (z okropnym kolczykiem w uchu, który na miejscu reżysera przed rozpoczęciem zdjęć urwałbym razem z uchem, jeśli by była taka potrzeba) z kolegą próbują ją uwolnić i na tę akcję ratunkową co jakiś czas pojawiają się przebitki z Wielkiej Rozpierduchy. Jenny płacze, Morfeusz się siłuje, wielkie napięcie… Nie, żadne napięcie. Co to za Jenny w ogóle? Jakaś anonimowa do tej pory i olana w filmie laska została uwięziona i nie ma powodu, bym się tym przejmował. Nie miałem okazji wcześniej jej lepiej poznać ani nic takiego.

O Zodzie nic nie napiszę, bo teraz zauważyłem, że od początku patrzyłem na niego z niechęcią, bo wydawało mi się, że gra go Kevin Durand, którego nie lubię :) Za Shannonem też nie przepadam, ale może niesprawiedliwie tak z marszu go nie lubiłem zanim się odezwał? Inna sprawa, że kwestie miał „zacne”. „Mój klucz anulował twój klucz!”. Yhy. Diane Lane mogłoby nie być w ogóle, Costnerowi należałaby się w końcu jakaś dobra główna rola raczej, natomiast co do Crowe’a to cały czas zastanawiałem się nad tym, co chodzi mu po głowie podczas latania na ważce o kiepskim imieniu. Myślę, że „w co ja się, kurna, wplątałem?”.

Ogólnie więc mam wrażenie, że „Man of Steel” to ponad dwugodzinny wstęp do jakiegoś fajnego filmu. Przygotowanie do czegoś, co w końcu obejrzy się z przyjemnością (kto wie, może w następnej części Lois powie Supkowi, że jest zbyt poważny i trzeba trochę ożywić jego wizerunek przez.. co byś powiedział na założenie majtek na kombinezon, he?). A co za tym idzie zupełnie niepotrzebny, bo ja chciałbym poczuć tę przyjemność już teraz. Niestety, nie poczułem. Wymęczyłem się jedynie. 6/10 jak już pisałem.

(1550)

Odpowiedź

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.