To niepokojące, czyli kilka recek

Remont remontem, ale tyle dni bez wpisów – to niepokojące. Niepokojące dlatego, że gdy na Mundialowie zacząłem się opieprzać, Mundialowo padło (poszło w zimowy sen, z którego kiedyś może się obudzi). A nie chciałbym, żeby z tego samego powodu padł Q-Blog. A już widzę, że niepisanie jest uzależniające…

Zatem. Dużo ostatnio nie oglądałem (a w zasadzie oglądałem mało), ale żeby wyjść z marazmu, napiszę.

Mój rower

No cóż, „Edi” toto zdecydowanie nie jest.

Dziadek, ojciec i syn (albo Ojciec, syn i wnuk – też paduje) wyjeżdżają we wspólną podróż na poszukiwanie żony/matki/babci (trzy w jednym), która się zakochała i niespodziewanie odeszła. Podróż ta zbliży ich na nowo do siebie, gdyż przez ostatnie lata praktycznie nie utrzymywali ze sobą kontaktu zajęci swoim życiem.

„A miało być tak pięknie” cytując klasyka. Zewsząd pochwały, pozytywne oceny, ostrożne zachwyty. Dobre kino. No może i dobre, ale z lekka nudne i z lekka zmanierowane (ach, patrzcie, nasz film jest taki artystyczny, bo dajemy zbliżenia na ziarno fotografii). Z pewnością nie takie kino, jakiego by się oczekiwało, bo zdolnym reżyserze, który zrobił sobie parę lat przerwy, czyli kręci tylko wtedy, gdy naprawdę ma coś do powiedzenia.

Film Trzaskalskiego, wbrew tagline’owi, nie zdradza żadnej prawdy o facetach. Opowiada prostą historię ubraną w sentymentalne kino drogi. Bardzo ładnie zrealizowaną i dobrze zagraną. Trochę kiepsko zilustrowaną muzycznie, jak na udział Urbanatora, głównych bohaterów muzyków i epizodzik Szczepanika. 6/10

„Mój rower” zostanie w mej pamięci głównie dzięki Lolkontentowi Miesiąca, czyli transmitowanemu na końcu koncertowi fortepianowemu bohatera granego przez Żmijewskiego. Transmitowanemu przez TVN. Ja wiem, że sponsor i w ogóle, ale kaman, ktoś widział kiedykolwiek fortepian w TVN-ie? (tak, wiem, laski z Tap Madl kiedyś na takim pozowały).

***

Niewiarygodny Burt Wonderstone [The Incredible Burt Wonderstone]

Nie spodziewałem się po filmie wiele (choć trailer chyba mi się podobał), ale miałem ochotę na coś lekkiego, łatwego i przyjemnego. Ryzykowałem więc właściwie tylko to, że zostanę niepotrzebnie oblany płynami ustrojowymi, a ponadto powinno być nieźle.

Steve’a Carella nie od początku lubiłem jako aktora, ale jakoś tak niezauważalnie samo mi przeszło. Spokojnie więc mogę oglądać kolejne filmy z jego udziałem i w sumie się chyba jeszcze jakoś mocno nie zawiodłem. Tym razem gra zdolnego iluzjonistę, który ma swój własny (no do spółki z kolegą) program w kasynie w Las Vegas. Nadchodzą jednak ciężkie czasy. Widzów nie przybywa, a coraz większą popularnością cieszy się uliczny magik ekstremalny, który budzi wyobraźnię milionów nie sikając przez tydzień. Tytułowy Burt z dnia na dzień odchodzi na śmietnik historii iluzji. Czy wróci z niego?

Ano wróci, bo jak miałby nie wrócić. Po drodze zrozumie kilka rzeczy i stanie się lepszym człowiekiem. I tylko finałową sztuczkę mógłby lepiej przemyśleć, bo wystarczyło, że ktoś z widowni rzuci okiem na zegarek. Spoileruję, bo przecież to standardowe kino ze sztampowym (nie znaczy, że złym) scenariuszem. Opowiastka jakich tysiące. Wyróżniająca się jednak tematyką i właśnie dla niej godna polecenia. Nie widziałem lepszego filmu o iluzjonistach (tak, widziałem Prestiż :P). 7/10

Uśmiałem się szczerze parę razy i sądzę, że jeśli szybko wciągnie się w temat filmu, to zapewni on fajną i lekką rozrywkę. A Jim Carrey w roli ulicznego magika rządzi jak Jim Carrey.

***

G.I. Joe: Odwet [G.I. Joe: Retaliation]

O wiele ciekawszą historią niż ta opowiedziana w filmie jest historia powstawania samego filmu. Kombinowali, przekładali, w końcu trafił na ekrany. I na szczęście dało się go oglądać.

Jestem jednym z niewielu żyjących fanów pierwszej części (fanów = osób, którym film się podobał), więc miałem nadzieję, że na dwójce będę bawił się równie dobrze. Cóż, nie bawiłem się, choć źle nie było. Winę finałowej oceny (6/10) po części zrzucam na kino. Myślałem, że już wszędzie dają do 3D te lekkie okulary i obraz nie jest ciemny. Źle myślałem. Do Wola Parku nie opłaca się chodzić na filmy 3D, bo ogląda się jej jak TS-a.

Fabuła jakaś oczywiście jest. Oddział G.I.Joe zostaje skompromitowany, a światu grozi nuklearne rozczłonkowanie na mniejsze planety. Kilku pozostałych przy życiu żołnierzy pod wodzą Bruce’a Willisa rozpoczyna walkę o odkompromitowanie się.

Jeden wielki fajerwerk, ale jakoś tak bez szału. Jedna jedyna scena walki na linach na górskich zboczach wbija w fotel, a reszta jest co najwyżej taka jak należy. Bohaterowie nie rzucają na szczęście śmiesznymi na siłę sucharami, a każdy z nich ma równo kilka minutek do zaprezentowania się. Bo tak naprawdę nie ma tu nikogo w jednej głównej roli, jest kilka ról równie głównych. Ale to pewnie przez to kręcenie na raty.

(1524)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.