„Prestiż” [„The Prestige”]

Dwóch iluzjonistów (Hugh Jackman i Christian Bale) w wyniku nieszczęśliwego wypadku staje się wrogami na śmierć i życie. Wkrótce konkurują ze sobą gdzie i jak się tylko da.

Nie jestem wyznawcą Christophera Nolana (reżysera „The Prestige”) i nie padam na kolana przed jego „Memento”. Owszem, wysoko oceniam (i doceniam) ten film, ale nie jest to kino, które targa mą duszą i nie daje o sobie zapomnieć. Nic więc dziwnego, że na „The Prestige” nie czekałem gryząc palce do krwi, ani nie wierzyłem w bardzo dobre recenzje jakie zbierał i nie pragnąłem obejrzeć go jak tylko najszybciej się dało (ostatnio zresztą taki status ma u mnie jedynie „Hannibal Rising”, wszystko inne może poczekać). No, ale obejrzałem – w końcu trzeba szukać wszedzie, żeby w końcu znaleźć jakiś zachwycający nowy film.

„The Prestige” mnie nie zachwycił. Jest dużo lepszym filmem od ‚równoległego’ „The Illusionist”, którego tu już opisywałem i któremu jak widzę teraz wystawiłem za wysoką ocenę, ale nie jest filmem zachwycającym. I właściwie dzieje się tak tylko z jednego powodu – scenariusza. Wszystko inne jest na najwyższym poziomie. Aktorstwo, zdjęcia, reżyseria, etc. – zero zastrzeżeń. „The Illusionist” w porównaniu z nim wygląda na biednego kuzyna nakręconego za marne pieniądze i z aktorem, który w każdym filmie gra tak samo. Pod tym względem nic, tylko cieszyć oczy z ogladania „The Prestige” i chłonięcia klimatu jakim emanuje. Gdyby tylko nie ten scenariusz…

A tak swoją drogą odnośnie powyższego zdjęcia: to ta cała Scarlett Johansson jakoś tak w filmach nie wypada tak ładnie jak na przeróżnych pictorialach z Vogue’ów i innych śmiogów.

Nie wiem, może innym to nie przeszkadza wobec całej tak wspaniałej reszty, ale mnie fabuła filmu przeszkadzała i to bardzo. Bohaterowie odstawiali na zmianę te swoje dziecinady z przebieraniem i atakowaniem ‚kolegi’ po fachu i tak przez pierwsze pół filmu. A przez drugie pół zaczęły się za sprawą ulubieńca tvn’owskiego „Nie do wiary”, Nikola Tesli (David Bowie), czary mary, które nie mają nic wspólnego z iluzją. A przecież to film o iluzjonistach miał być, a nie dramat science fiction.

Być może film Nolana należy traktować i odczytywać metaforycznie, ale ja jestem prosty chłop i biorę to, co mi pokazują. I nigdy nie będę drążył w poszukiwaniu drugiego dna w filmie, w którym pokazują mi rzeczy niemożliwe. Nie iluzję, bo to nie była iluzja, tylko po prostu niemożliwe sprawy. Automatycznie odczytuję to wtedy jako s-f. i nie szukam przesłania. Oczywiście nie oznacza to, że wg mnie film s-f nie może mieć żadnego przesłania. Może, o ile z założenia jest filmem o s-f, a nie dopiero się takim okazuje. W tym drugim wypadku czuję się oszukany i twierdzę, że film jest taki sobie, mimo całej fachowości z jaką został nakręcony.

Jednym słowem wciąż czekam na film o iluzjoniście. Od początku do końca prawdziwy. Nie kupuję numerów typu rosnąca z prędkością światła pomarańcza z „The Illusionist”, „wytłumaczonych” potem kilkoma zapisanymi wzorami kartkami papieru, które pokazują przez ułamek sekundy a ktoś na ich widok kiwa głową, ze już rozumie jak to działa. Nie! To jest niemożliwe i już. A w „The Prestige” pokazywali jeszcze bardziej wydumane sztuczki. A opieranie na nich fabuły jest dla widza oczekującego filmu o iluzjonistach, oszustwem. I taki widz zamiast przezywać film to tylko z politowaniem się śmieje, jakie to głupie. 4(6)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.