Zawrót głowy [Vertigo]

Czyli przygody z Alfredem Hitchcockiem ciąg dalszy.

Nie wiem, jaki był ówczesny stan wiedzy kryminalistycznej, ale myślę, że gdyby „Vertigo” było jednym z odcinków „C.S.I.” to sprawca zbrodni doskonałej zostałby rozkminiony w 30 sekund, a potem nie byłoby czym zapełnić odcinka. Zresztą, nawet pomijając kryminalistykę, wystarczyły chyba dwa, trzy odpowiednie telefony i już z misternej intrygi zostałoby przysłowiowe pizdu.

Nie mogłem się powstrzymać przed tą impertynencją i wsadzeniem kija w świeżo rozkopane gniazdo (pun intended), ale zrobiłem to z czystego masochizmu. Bo „Zawrót głowy” z pewnością jest filmem o wiele lepszym niż Ptaki, a gdyby skrócić go o pół godziny, to byłby jeszcze lepszy. Bo jest zdecydowanie za długi o jakieś piętnaście tysięcy zbliżeń na Jimmy’ego Stewarta kierującego samochodem.

Detektyw odchodzi z policji po tym, jak podczas pościgu za bandytą na jego oczach z wysokiego dachu spada policjant. Nasz nieborak nabawia się lęku wysokości objawiającego się tytułowymi zawrotami głowy, gdy oderwie się od ziemi na więcej niż pół metra. Szukając nowego miejsca w życiu spotyka się ze starym znajomym, który zleca mu śledzenie swojej żony. Kobieta go nie zdradza, co do tego nie ma wątpliwości, ale zachowuje się cokolwiek dziwnie. Często traci kontakt z rzeczywistością i znika na długie godziny nie wiadomo gdzie. Eksdetektyw podejmuje się śledztwa i wkrótce odkrywa, że sprawa jest jeszcze bardziej tajemnicza niż myślał.

Jako się rzekło, „Vertigo” zostawia „Ptaki” o parę długości taśmy filmowej za sobą. Nie ma tu mowy o marnowaniu czasu, a jego pierwsza połowa od samego początku przykuwa do ekranu i trzyma z ciekawością tego, co będzie dalej. Hitchcockowi prostymi środkami udaje się stworzyć klimat tajemniczości, momentami ocierający się o prawdziwą grozę. Zwykła wycieczka do lasu może zakończyć się dreszczami na karku u zaintrygowanego widza. Im dalej w ten las tym sprawa gmatwa się coraz bardziej i bardziej niepokoi. Nikt tu nie wyskakuje znienacka, nikt nie łazi po ekranie w środku nocy ciemnymi zaułkami, a mimo to cały czas jesteśmy świadomi jakiegoś nieopisanego niepokoju, który pobudza wyobraźnię do dopowiadania sobie czegoś, czego tak naprawdę nie ma.

A potem wszystko się wyjaśnia i przez ostatnie pół godziny filmu jest już dużo gorzej. Czy to wina klasycznej budowy filmu, która nakazuje po klimaksie na nieco spuszczenia z tonu w stronę napisów końcowych? Pewnie tak. Trzęsienie ziemi przestaje tu narastać zbyt wcześnie.

Paru rzeczy czepnąłbym się dodatkowo. Podobnie jak w „Ptakach” miałem wrażenie, że główni bohaterowie (BTW Kim Novak nie umywa się do Tippi Hedren) zbyt szybko się w sobie zakochują i trochę nic nie tłumaczy takiego nagłego przywiązania do siebie. Tak jakby w pewnym momencie przyszedł czas na pocałunek, więc się całują, żeby zagęścić fabułę. Przy czym to jeszcze spokojnie mogę przeżyć, ale najbardziej boli mnie w filmie wątek najfajniejszej okularnicy – Midge. No wielkie kaman, zupełnie niepotrzebna postać (czyt. zmarnowana). Jakieś wystawanie pod domem Stewarta, malowanie niepokojących obrazów (wyjątkowa łopatologia) i nagle laska znika w połowie filmu i już się nie pojawia. No tak się nie robi – lubiłem ją!

Ostatecznie więc 7/10, choć były zadatki na 8.

(1489)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.