Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!

Operacja Argo [Argo]

Bardzo często tu powtarzam, że bardzo duże znaczenie (o ile nie największe) w pozytywnym odbiorze filmu mają jego pierwsze minuty. Jeśli od początku coś zaskoczy (można rozumieć dwojako, wedle uznania), to potem już spora szansa na to, że do końca seansu będzie dobrze. Oczywiście często zdarza się tak, że twórcom wystarczyło pomysłu tylko na pół godziny, a potem akcja i fun z jej śledzenia się rozpływają w niebycie, ale chyba o wiele częściej jest tak, że jeżeli pierwsze 15 minut filmu nas śmiertelnie zanudzą to potem nie ma już szans na to, żeby przestać ziewać/iść na siku i nie wracać/włączyć sobie do oglądania inny film (niepotrzebne skreślić).

Przy czym nie zawsze jest tak, że do wciągnięcia się w film od pierwszych minut potrzeba nie wiadomo czego. Czasem wystarczy jakaś drobnostka. Tak jak w przypadku „Argo”. Stare logo Warner Bros. w pierwszych ułamkach sekundy seansu i już wiedziałem, że film mi się spodoba.

Na „Argo” czekałem od momentu zobaczenia pierwszego zwiastuna. Mogłem zaliczyć go wcześniej (film, a nie zwiastun), bo mnie Warner Bros. Polska próbował wyciągnąć na przedprzedpremierę, ale coś mi wypadło i z okazji zostało psinco. No ale co się odwlecze to nie uciecze. W końcu film dorwałem i zgodnie z przypuszczeniami byłem zadowolony. Filmy oparte na faktach lubię, fakty odnoszące się do burzliwej historii lubię, Afflecka lubię (paradoksalnie bardziej jako aktora niż reżysera)… Co mogło pójść nie tak?

A skoro wspomniałem o faktach to warto napisać od razu, że nie przeszkadza mi ich dość znaczne przeinaczenie w celu uczynienia fabuły bardziej filmową (czyt. atrakcyjną). Zdaję sobie sprawę z przeinaczeń większych (główny bohater nie pojechał do Iranu sam, umniejszenie roli Kanady itd.) jak i tych mniejszych (w momencie akcji znak HOLLYWOOD nie był już taki zaniedbany od dwóch lat gdzieś tak itp.) i Afflecka zupełnie rozgrzeszam.

Źle się dzieje w państwie irańskim. Miejscowi obalają z hukiem Rezę Szaha Pahlaviego, któremu udaje odlecieć się amerykańskim samolotem do Stanów. Oburzeni Irańczycy żądają wydania go z powrotem na co Amerykanie zgodzić się nie chcą. Tym samym na zagrożenie wystawiają pracowników swojej ambasady w Teheranie. Ambasada zostaje zajęta, dyplomaci pojmani i rozpoczyna się żmudny okres negocjacji. Zwolennicy Chomeiniego nie wiedzą jednak, że sześcioro Amerykanom udało się zbiec i zamieszkać w domu ambasadora Kanady. CIA duma jakby tu wyciągnąć całą szóstkę z opresji i wpadają na pomysł, by wysłać do Iranu agenta pod pozorem kręcenia filmu sci-fi. A właściwie to ten agent wpada na ów pomysł.

Świetne kino sensacyjno-polityczne w starym stylu. Nakręcone tak jak za najlepszych lat i gotów byś pomyśleć, że to film z przełomu lat 70. i 80. (stare logo Warnera to tylko wstęp do dobrej roboty). No i na dodatek tak, że na samą myśl o 3D pusty śmiech ogarnia, a zaraz potem żal, że – i wszyscy razem – „już takich filmów nie kręcą”. Całość wystylizowana została z mistrzowską precyzją i nic tylko bić brawo Affleckowi i całej ekipie na czele z charakteryzatorami i kostiumologami. A także ze scenarzystą, który wepchnął w dialogi kilka świetnych onelinerów i innych dobrych tekstów (ekipa techniczna z pompkami rządzi). W ogóle przyjemnie słucha się dialogów upstrzonych tam gdzie trzeba starymi dobrymi fuckami. Tak, pod tym względem to również stare dobre kino sprzed PG-13.

Tak w ogóle to przez długi czas byłem skłonny uszczęśliwić „Argo” dziesiątką, ale jednak będzie „tylko” 9/10. Do momentu wylotu Afflecka do Iranu wszystko było dla mnie na najwyższą ocenę, a szczególnie kulisy „starego” Hollywood, któremu dostaje się tutaj subtelnie i mniej subtelnie. Od razu zapragnąłem zobaczyć cały taki film o funkcjonowaniu Fabryki Snów w tamtym okresie przełomu wyznaczonego „Szczękami” i „Gwiezdnymi wojnami”. Coś a’la „Boogie Nights” – chyba nawet bardziej ciekaw byłbym czegoś takiego niż filmu o wywożeniu dyplomatów z wrogiego państwa. Bo jednak pozostała we mnie mała doza zawodu, że ten wątek został okrojony względem zbyt długich w moim odczuciu (momentami, zaznaczam: momentami) scen z gatunku „oni idą i się pocą, ale czy ci brodacze to zauważą i ich zabiją?”.

I tak jeszcze na koniec parę myśli, których nie chce mi się ubierać w akapity:
– WOW, w końcu Bryan Cranston w roli, która nie polega na pojawieniu się przez dwie minuty w filmie, żeby w zwiastunie można było dać o jedno znane nazwisko więcej.
– Irytujących było tych sześcioro nieszczęśników. Siedzieli sobie przez dwa miechy, winko pili, w szachy grali zamiast się opalać, zapuszczać brody, żeby w tłum się lepiej wmieszać. Przyjedźcie do nas, czekamy i coraz bardziej się irytujemy!
– Troszkę dobrej woli potrzeba, żeby twarz (nawet brodata) Bena Afflecka nie gryzła się z nazwiskiem postaci „Tony Mendez”. To bzdurka oczywiście, ale zabawna w sumie, bo gdy na końcu rzucili zdjęciami aktorów/postaci, które grali, to zamiast podziwiać świetną robotę castingowców i charakteryzatorów uśmiechałem się pod nosem, że nie było tam Afflecka, bo chłopak na latynosa nie wygląda (warto dodać, że każdy kij ma dwa końce i akurat to, że na siłę nie zrobiono z niego Latynosa jest plusem).
– No i trochę lepiej akcję z białymi/żółtymi formularzami mogli rozegrać, bo wyszło tak sobie.

(1455)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.