WFF – Ace Attorney

Miałem w planach na bieżąco pisać o oglądanych na WFF filmach, ale wiecie jak to jest – chcesz rozśmieszyć Pana Boga to powiedz mu o swoich planach… W każdym bądź razie historię sparaliżowanego Bazyla opowiem innym razem, jak pierdzioch wyzdrowieje i wróci do domu, a na razie choć trochę nadrobię WFF-owe zaległości. Bardzo trochę.

„Ace Attorney” to jedyny film na WFF, który wybrałem ze świadomością tego na co idę. I choćby już przez to film wyjątkowy. Zachodzę tylko w głowę, dlaczego film reżysera, który nakręcił pierdyliard filmów (każdy w innym gatunku) został zakwalifikowany do niekonkursowej sekcji „Odkrycia”, ale jestem pewien, że jest jakieś proste rozwiązanie tej zagadki. Nie szukam, bo o wiele ciekawsze jest, gdy pozostaje nutka niepewności.

Nie trzeba oglądać „Ace Attorney”, żeby wiedzieć, że Takashi Miike ma nasrane w głowie, więc nikogo nie powinno dziwić, że jeśli w pierwszym akcie jego filmu pojawia się Niebieski Borsuk, to znak niechybny, że w trzecim akcie, wiadomo, wystrzeli. Miałem to wykropkować, bo to taki banał, że aż przykro, ale jakoś tak… Tu wykropkowałem. Nie powinno też dziwić, że jednym z głównych świadków obrony jest papuga…

Ha, teraz do mnie dotarła dwuznaczność papugi powołanej na świadka przez prawnika. Pewnie nawet Miike nie miał o niej pojęcia.

AA (nie mylić z Anonimowymi Alkoholikami) to ekranizacja gry komputerowej, o której istnieniu nie miałem pojęcia do momentu zobaczenia jakiś czas temu trailera jej ekranizacji (dziwne zdanie). Co za tym idzie nie powiem Wam jak ma się film do gry, ale wydaje mi się, że ten temat jest tak bardzo niegrokomputerowy, że gra musi być świetna. Kto wie, może spróbuję się przekonać.

Bohaterem filmu jest nie do końca rozgarnięty młody prawnik z ambicjami – Phoenix Wright. Kiedy pewnego dnia ginie jego mentorka, postanawia zgłębić temat jej śmierci, a to zgłębienie doprowadza go do niespodziewanych wniosków i do stanięcia twarzą w twarz z legendą japońskiej palestry. Kolesiem, który nigdy w życiu nie przegrał żadnej sprawy. Brzmi dość banalnie, więc czas dodać, że całość rozgrywa się w przyszłości (a przynajmniej tak sądzę na oko), w której to Japonia próbując poradzić sobie z zalewem kryminalistów likwiduje instytucję ławy przysięgłych (czy co tam podobnego w japoński deseń) i przyspiesza działanie sądu. Adwokat i prokurator przez trzy dni rzucają w siebie dowodami (dosłownie oczywiście), a trzeciego dnia sedzia ogłasza wyrok. I następny proszę.

Z punktu widzenia normalnego kina dość to pokręcony film, ale jak na Miike’ego całkiem normalny w sumie. Opowiadana przez niego historia nie jest jakoś specjalnie zawiła i na duże twisty nie ma co liczyć, ale reżyser w pełni wykorzystuje prosty pomysł umieszczenia thrillera sądowego w bliżej nieokreślonej przyszłości. Futurystyczne peruki prawników, nowoczesne wyposażenie sali sądowej i inne tego typu pierdoły nie dominują nad fabułą, ale sprawiają, że całość ogląda się z przyjemnością i z podziwem dla wyobraźni tego pokręconego narodu. A że wszystko podane jest z humorem i bez niepotrzebnego zacięcia, to naprawdę fajnie ogląda się całość i raz za razem wybucha się śmiechem. Może tylko film jest trochę za długi, ale po kilku dniach od seansu wciąż myślę o nim z przyjemnością, więc nie sądzę, aby było to jakąkolwiek przeszkodą. 8/10

(1431)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.