Serialowo, s05e02

Louie, 1×02-05

Ja myślałem, że to jakieś niezależne przedsięwzięcie za czapkę gruszek, które z czasem i wzrostem popularności może zarobi trochę więcej i będzie mogło sobie pozwolić na coś więcej, a tu prawie od razu Ricky Grevais in my face! Oczywiście nic w tym złego, wręcz przeciwnie, ale nie powiem, zdziwiłem się.

Wydaje mi się, że „Louie” to serial, o którym za bardzo nie ma co pisać poza ogólnym wrażeniem, bo formę przybrał specyficzną i raczej się jej trzyma. Ani nie jestem ciekaw co w następnym odcinku, ani nic takiego, bo to absolutnie nie ma nic do rzeczy. Wygląda na to, że albo się „Louiego” lubi za to, że jest taki jaki jest, niepowtarzalny, albo się nie lubi za to, że jest taki jaki jest. Jest coś pomiędzy?

Ja „Louiego” polubiłem i nie dał mi na razie powodu do tego, żeby się to zmieniło. Bo przecież nie te dwa powtórzone dwa razy w różnych odcinkach żarty. Choć zastanawiam się, czemu je powtórzył. No ale w końcu występując na scenie przecież nie opowiada w kółko nowych dowcipów.

I byłbym szybko oglądał dalej, ale…

Suits, 1×01-04

…zarzuciłem w końcu „Suits” i potwierdziły się Wasze i gambita pochwały w jego kierunku. Co więcej, awansował na pierwsze miejsce w moim aktualnym rankingu „nie mogę się doczekać co dalej w tych z aktualnie wyświetlanych seriali”. A co za tym idzie „Louie” sobie trochę poczeka na ciąg dalszy.

Oto współczesny Good Will Hunting uciekając przed nieuchronną odsiadką za posiadanie trafia wprost na casting na asystenta wziętego adwokata we wziętej kancelarii prawniczej. Następnego dnia ma już tę posadę, a że jest Good Willem Huntingiem to radzi sobie lepiej niż nieźle. Razem z przełożonym tworzą dość specyficzny duet oparty zarówno na przeciwieństwach, jak i na podobnej skuteczności i zawziętości w dążeniu do zwycięstwa.

Taki to trochę Castle tyle, że o prawnikach. Nie ma tu w zasadzie ani krzty zadęcia, choć bohaterowie zgodnie z tytułem sypiają w najdroższych garniturach i jeżdżą najdroższymi samochodami przejmując się gdzieś tam mimochodem kryzysem ekonomicznym. Ale nie za bardzo. Do takiego świata trafia inteligentny luzak o gołębim sercu i po raz kolejny udowadnia, że najlepszą drogą do sukcesu na ekranie jest zderzenie ze sobą dwóch przeciwieństw. Do tego dochodzi lekkość i humor, z jaką przechodzimy przez kolejne sprawy piętrzące przed bohaterami sporo kłopotów, ale zawsze błyskotliwie rozpracowane do ostatniego precedensu.

Najbardziej pozytywne jest to, że serial się ładnie rozkręca. Pomijam, że to bardziej science-fiction niż serial prawniczy (nie ma się co zastanawiać nad tym, jak to możliwe, że nasz Good Will Hunting jest aż tak kumaty, po prostu jest i już; warto uwierzyć też w to, że każdą sprawę można rozwiązać znajdując haczyk na 1019 stronie akt sprawy tylko trzeba kogoś, kto szybko i ze zrozumieniem czyta), bo w zasadzie najbardziej to komedia (na tej samej zasadzie, na jakiej „Castle” jest komedią). Ale z odcinka na odcinek coraz mnie głupich pierdół, które psują odbiór serialu. A tych w pierwszych dwóch odcinkach, a w szczególności w pilocie było sporo. Słabe zawiązanie akcji bez żadnego większego sensu albo gruntowne przeszukanie pokoju bez zajrzenia do pudełka po pizzy. Albo te nudne dość minitwisty polegające na tym, że nowy z uporem maniaka zapomina powiedzieć koledze, że prosił o coś powoda, ale ten mu tego nie dał. Nie wiem czy powtarzane w kółko uproszczenia i niewykorzystane okazje (pierwsza wizyta w sklepie z garniturami zmarnowana zupełnie) bym wytrzymał na dłuższą metę, ale raczej się nie przekonam, bo jest tego coraz mniej. Wyraźnie widać, że scenarzystom przykręcono śrubę, posmarowano albo dorzucono zdolniejszego kolegę.

Reasumując: nie powinno zbyt długo trwać aż będę z „Suits” na bieżąco.

The Newsroom, 1×02

Do drugiego odcinka nie mam już w zasadzie żadnych zastrzeżeń. Oglądało mi się go świetnie i godzinka seansu zleciała bardzo szybko. Jeśli serial utrzyma poziom tego odcinka, to będę w zupełności zadowolony i raczej nie powinienem się krzywić.

Osadzenie w rzeczywistych realiach politycznych (w przypadku serialu bodajże rok 2010) w niczym nie przeszkadza (choć pewnie lepiej być w temacie niż nie być), bo to serial o mediach, a nie o poglądach politycznych autora i jako taki powinno się go oglądać. Inaczej widz amerykański, który w każdym słowie scenariusza widzi podteksty prawie tak jak fani Realu i Barcelony. Z tego też względu na IMDb aż roi się od niepochlebnych opisów produkcji, które w zasadzie są dość zabawne w czytaniu. Mniej zabawne jest to, że po takiej lekturze włącza się troska o biednego amerykańskiego widza, któremu już nie tylko przeszkadzają obcojęzyczne filmy (bo napisy trzeba czytać, geez), ale i anglojęzyczne produkcje, w których mówią za szybko. Póki co ich problem, ale będzie i nasz, kiedy po masowym robieniu remake’ów nieamerykańskich filmów, w Hollywood zaczną kręcić bardziej zrozumiałe wersje starych filmów. Dodanie narratora w „Łowcy androidów” to będzie przy tym pikuś.

W każdym bądź razie złymi opiniami o „The Newsroom” radzę się nie przejmować, bo są mocno przesadzone, nawet biorąc poprawkę na to, że autor serialu posiadając konkretne przekonania polityczne siłą rzeczy coś tam od siebie dorzuci, co nie spodoba się przeciwnej stronie barykady. Więcej luzu!

W drugim odcinku nie zauważyłem już tej teatrotelewizyjności z pierwszego odcinka, co tylko potwierdza paradoksalną tezę, że piloty, choć kręcone po to by zainteresować widzów i stację telewizyjną (w odwrotnej kolejności) w końcowym rozrachunku okazują się najsłabszym elementem całości, bo kręconym naprędce i z konkretnym celem, jakim nie jest sprawienie ich zajebistymi w każdym calu. Dopiero serial pewny swojej pozycji wygląda jak należy, co zresztą widać też po opisywanym wyżej „Suits”. A „The Newsroom” póki co nie ma się co martwić, bo już go przedłużyli na drugi sezon. Choć nie ma się też co za bardzo tym sugerować, bo zdaje się, że HBO wszystko od razu przedłuża, a potem różnie z tym jest.

Polecam w każdym bądź razie. Serial to oparty w głównej mierze na dialogach, ale te słucha się z nieukrywaną przyjemnością i uśmiechem.

Veep, 1×01

Zarzuciłem w ramach eksperymentu. Raczej jednorazowy to eksperyment i to ostatni raz, kiedy piszę o tym serialu. Bohaterką jest tytułowa viceprezydent USA, która w każdej sekundzie swojej viceprezydentury napotyka na kłody pod nogi w postaci niekompetentnych pracowników, zadufanych w sobie lizusów, senatorów, którzy nie chcą przepchnąć jej znakomitych pomysłów na ochronę środowiska itp. Ale przede wszystkim przekonuje się, że piastuje, za przeproszeniem, gówno warty urząd.

Brzmi jak dramat, ale to komedia. Nie sitcom, tylko zwyczajna komedia. No właśnie, zwyczajna. Nie ma w niej nic wielce złego i facepalma nie zaliczyłem, ale nie oszukujmy się – takich komedyjek jak ta są w stanie nakręcić i napisać w Stanach setki. Nie wyróżnia się niczym i z tego powodu nie widzę sensu, by dalej ją oglądać. Sztampa.

Z „ciekawych” spostrzeżeń zaobserwowałem, że HBO jakąś umowę z Blackberry podpisało (a jeśli Blackberry produkuje jakaś konkretna firma, to z tą firmą ;P), bo zarówno w „The Newsroom” jak i w „Veep” wyraźnie wspomniano tę markę. Nie zdziwiłbym się, gdyby wszyscy w serialach HBO używali teraz Blackberry. No może poza bohaterami „Gry o tron”… 😉

Breaking Bad, 5×01



Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.