Hans Klops

O ile w filmoznawstwie nie ma takiego pojęcie jak Coś, to odważnej próbie przeniesienia na ekran kinowy przygód polskiego wojennego superbohatera zabrakło właśnie tego nieistniejącego Czegoś. Jasne, filmowi zabrakło wszystkiego po trochu. Mógł mieć lepszą fabułę, aktorzy mogli zagrać lepiej, efekty specjalne mogły aż tak bardzo nie wyglądać jak polskie, muzyka mogła brzmieć lepiej, zdjęcia wyglądać ładniej, a teksty zostawać w głowie po ich usłyszeniu. Mam jednak wrażenie, że to wszystko nie przeszkadzałoby, gdyby w „Stawce większej niż śmierć” zadomowiło się to Coś, o którego braku w różnych filmach pisałem już sto razy i którego nadal nie potrafię zdefiniować. To Coś, co np. sprawia, że jeden film o zombie podoba nam się dużo bardziej niż sto innych, bardzo podobnych przecież filmów o zombie.

Dobra wiadomość jest taka, że „Stawka…” jest filmem dużo lepszym niż „Ciacho„. Wiem, że o to nietrudno, ale mimo wszystko, jeśli ktoś się obawia, że trafi w kinie na podobną żenadę to może porzucić wszelki strach. Vedze udało się nakręcić coś, co i bez dobrej woli piszącego można nazwać filmem. Co więcej, podjął próbę zrobienia czegoś, czego jakoś nie potrafię sobie przypomnieć ostatnio i wcześniej też w polskim kinie. Zrobienia amerykańskiego kina przygodowo-szpiegowsko-wojennego, które od pierwszych scen wskazuje kierunek, w jakim podąży reszta filmu. Jakaś tajemnica będąca punktem wyjścia do awanturniczego kina pełnego akcji, rozrywki i niczym nieskrępowanej przygody. Poległ, ale próbował.

Druga, i już chyba ostatnia dobra wiadomość jest taka, że rzeczywiście, jak to można przeczytać w innych opiniach o filmie – wstydu nie ma. Vega zrobił film taki, na jaki stać polską kinematografię, a że wciąż stać ją na niewiele w temacie kinowej rozrywki… No cóż. Mimo wszystko lepiej próbować i polec niż pierdzieć w stołek i nic nie robić.

I to już chyba koniec pochwał będzie niestety.

Rok 1975. Na pogrzeb adiutanta Hitlera przybywa do Madrytu śmietanka oficerów SS itp. Pojawia się też Hans Kloss, który szybko zostaje zdemaskowany przez Brunnera jako polski szpieg. Wzięty na przesłuchanie zostaje wypytywany o pewne wydarzenie z samego końca wojny i tajemniczy transport o zawartości nam nieznanej. Historia wraca do 1945 roku, gdy koniec wojny jest bliski i wkrótce Sowieci podbiją na dobre Trzecią Rzeszę.

Zaczyna się intrygująco. Grupa więźniów pod nadzorem diabolicznego Mecwaldowskiego z wiecznym wytrzeszczem ładuje jakieś tajemnicze skrzynie. Pojawia się inny facet z CKM-em i wkrótce po więźniach zostają krwawe ochłapy (nie mam zielonego pojęcia, dlaczego taki krwawy początek; może to jakiś uśmiech do widza zważywszy śmierci z serialu, gdy zabijani łapali się za brzuch co oznaczało, że nie żyją? a jeśli już zapłacono za te dwa wiaderka krwi, to czemu nie użyto ich potem w scenie, w której Kloss z działka przeciwlotniczego sieje do fryców niczym John Rambo do birmańskich piechurów). Zaraz potem na ekranie melduje się młody Kloss w postaci wychudzonego i sprawiającego wrażenie wycieńczonego Tomasza Kota. A wraz z nim zaczyna się długa nuda zapoczątkowana przez sceny rodem z Zone Romantica. Macho flirtuje z dwoma laskami, a uszy i oczy bolą od sztuczności tych scen. Zdecydowanie o wiele lepiej wyglądają sceny akcji bądź jakiegoś tam napięcia sygnalizowanego przez muzykę. Szkoda tylko, że ich tak niewiele.

No właśnie. „Jakieś tam napięcie”. To jeden z głównych problemów filmu. Wszystko co dzieje się na ekranie wskazuje, że mamy do czynienia z Wielką Tajemnicą, Śmiertelnym Napięciem i Rozgrywką Na Śmierć I Życie. Kloss jest poważny, Brunner jest poważny, niemieccy dygnitarze chodzą ze zdeterminowanymi minami, a laski Klossa drżą o swoje życie. Problem w tym, że widz nie czuje, żeby miał do czynienia z tym wszystkim. Ani tajemnica nie jest tajemnicza, ani napięcie nie ma napięcia, ani nic takiego. Całość ogląda się na zimno z myślą: „No dobra, postrzelajcie się trochę”. Fabuła jest poszatkowana (ciekawe czy w extended DVD o ile takie wyjdzie będzie np. scena wypisz wymaluj z „Psów” – z facetem w worku; wydaje mi się, że coś takiego musiano wyciąć) i przekombinowana, a im dłużej gadają, tym robi się nudniej. Szczególnie że cały czas robią to z takimi minami jakby rzeczywiście od nich i od widzów na widowni zależał los wszechświata. Oj przydałoby się trochę luzu, a nie tak na poważnie wszystko. A to tylko woda na młyn dla wszystkich, którym zamarzy się zjechać „Stawkę…” od góry do dołu. Robotę będą mieli łatwą, bo takiej niezamierzonej komedii tu sporo.

Czego tu zresztą nie ma. Faszystkowskie Niemcy, faszystowska Hiszpania, radziecki wyzwoliciel (zdawało mi się czy Shermanem na ekran zajechał? a nie, nie zdaje mi się, podobno ma to sens – może i tak, ale jak dla mnie to zbyt łatwe podkładanie się pod krytykę; co komu szkodziło, żeby ruscy ruskim czołgiem przyjechali?), polska Służba Bezpieczeństwa, kilkanaście zagranicznych (przynajmniej wg napisów) lokacji od Madrytu po Zachodnie i Wschodnie Niemcy (swoją drogą bardzo ładnie wyglądały w filmie lokacje „sprzed lat” – o proszę, czyli jeszcze miałem jakieś pochwały)… Jak zawsze w takich przypadkach scenariuszowy chaos się tylko zwiększa i szkoda, że scenarzyści nie uprościli tej historii do minimum, bo próbując łapać za ogon kilka srok nie mieli czasu na skupienie się na dobre na choćby jednej.

Scenarzyści… Zapomnijcie o niezapomnianych tekstach. Pasikowski nie zaprezentował niczego godnego zapamiętania. Ze trzy grypsy były bardziej udane („Jak Boga kocham!”), a reszta bądź nijaka, bądź przekombinowana („- Spotkamy się w piekle. – Lepiej by było dla ciebie, żebyśmy się tam nie spotkali”.). Jeśli więc liczycie na jego talent, to przestańcie. Oprócz kilku nawiązań do „Psów” (ww. facet w worku) i jego aktorów (a w zasadzie to chyba tylko jednego – Student z „Psów”) nie słychać, żeby to pisał najbardziej amerykański w dialogach polski scenarzysta. Poza tym nie wiem, może to tylko ja tak mam, ale każdy dialog z niemieckim imieniem brzmiał mi strasznie sztucznie. Za każdym razem, gdy słyszałem „Odejdź stąd, Fritz, nie żartuj, Hans, znalazłem cię, Lars itd. itp.” czułem podświadomie, że to tylko przebrani aktorzy recytują napisany scenariusz. Czepiam się, wiem, ale chyba o to w aktorstwie chodzi, żeby umieć powiedzieć „Fritz, Lars, czy Hans” tak, żeby widz czuł, że osoba, do której się tak odnosi ma właśnie tak na imię.

Aktorsko jest słabo. Najbardziej podobał mi się Emil Karewicz. Jego młode alter ego Piotr Adamczyk też był niezły, ale nie miał do zagrania prawie nic. Obaj Klossi marni. Kot zabiedzony wygląda jakby pierwszego lepszego kolesia z ulicy wzięli i ubrali w mundur (na dodatek sprawia wrażenie jakby zębów nie miał), a Mikulski generalnie słabym aktorem jest. Radę dają tu jeszcze Daniel Olbrychski i Piotr Głowacki, ale jego za mało i w zasadzie powtarza rolę z „80 milionów„. Kobitki marnie, no ale wiecie, Żmuda 17-latkę gra…

No i to z grubsza chyba tyle. A musicie jeszcze pamiętać, że serialowego pierwowzoru nie lubię i w zasadzie nawet nie znam za bardzo. Na pewno w młodości oglądałem, ale nie trafił w mój gust (jestem fanem „Czterech pancernych”) i potem powtórek już nie oglądałem ani póki co nie mam zamiaru (czasem próbuję popatrzeć na jakiś odcinek, ale szybko odpadam). Dlatego nie patrzyłem na kinową „Stawkę…” jako na film, który za chwilę zgwałci legendę. Poszedłem zachęcony jedną tylko sceną ze zwiastuna, w której Kloss zeskakuje z metalowej konstrukcji i z miną badgaja załatwia dwóch wartowników. Miałem nadzieję, że to będzie taka rozpierducha z przymrużeniem oka. Nie była. Akcji jest tam naprawdę mało. I choć każdy bez trudu dojrzy, jakimi filmami się Vega inspirował (Bondy. Indiany Jonesy, Skarby Narodów czy inne Rambo), to jednak „Stawka…” jest cieniem każdego z nich. 5/10
(1348)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.